PiS bez liberałów, czyli jakie?

Odejście z Prawa i Sprawiedliwości Joanny Kluzik-Rostkowskiej i Elżbiety
Jakubiak tuż przed wyborami samorządowymi wywołało burzę na polskiej scenie
politycznej. Dzisiaj, kiedy Jarosław Kaczyński szykuje się do długotrwałej
batalii, bez widoków na szybkie dojście do władzy, dla ideowych liberałów
radykalna retoryka lidera jest nie do przyjęcia. Z kolei dla prezesa PiS
środowiska liberalne w starciu z Platformą Obywatelską są po prostu balastem. W
kręgach narodowo-katolickich ożywają nadzieje na bardziej prawicowy kurs Prawa i
Sprawiedliwości.

Medialna burza wokół odejścia Kluzik-Rostkowskiej i Jakubiak trwa. Oczywiście
nie dlatego, jakoby zajmowały one znaczące miejsce w partii, ale dlatego, że w
czasie ostatnich wyborów prezydenckich były "twarzami" kampanii Jarosława
Kaczyńskiego. Wielu twierdziło, że jego dobry wynik wyborczy to przede wszystkim
ich zasługa, że miękka kampania i kreowanie miękkiego wizerunku lidera PiS
przynosiło owoce.
Nasuwa się zatem pytanie: dlaczego Jarosław Kaczyński tak szybko odwrócił się od
nich i od środowiska liberalnego, które reprezentowały? Otóż zasadniczy powód
jest taki, że mimo wszystko PiS nie wygrało wyborów prezydenckich. Wiele musiał
w sobie Jarosław Kaczyński przemóc, aby kreować się na łagodnego baranka w
sytuacji katastrofy smoleńskiej i osobistej tragedii, jaką przeżył. Było to
niejako wbrew naturze prezesa, co bardzo mocno odreagował po wyborach – wszak
powyborcza retoryka PiS radykalnie się zmieniła z łagodnej na mocno agresywną.
Dla wielu ta nowa taktyka miała wymiar niemal szaleńczy, wszak PiS bardzo szybko
traciło w sondażach centrowych wyborców. Ostatnie wydalenie z partii dwóch
posłanek z pewnością również odbije się w jakimś stopniu na wyniku wyborczym.

Czas na konserwatywne otwarcie
Czy za ostatnimi wydarzeniami kryje się jakaś taktyka, czy mamy do czynienia
tylko z zapamiętałą walką polityczną? Otóż Jarosław Kaczyński musiał
zdiagnozować, że PiS po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych nie będzie w
żadnym wypadku w stanie samodzielnie rządzić. Musiałoby zdobyć ponad 50 proc.
poparcia, co w obecnych warunkach jest niemożliwe. Koalicjanta też nie bardzo
widać. Nie może nim być wszak ani PO, ani SLD. W tych warunkach posiadanie 30-
czy 20-procentowego poparcia z punktu widzenia Kaczyńskiego ma dość drugorzędne
znaczenie. Dla prezesa PiS, również ze względów osobistych, misją polityczną
numer jeden stało się wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej, jak również
upamiętnienie ofiar, przede wszystkim prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Oczywiście
wewnętrzne przekonanie o ogromnych winach ciążących na obecnym obozie władzy
skłania go do walki o wszystko i na każdym poziomie. Dlatego przywódca PiS
zapowiedział, że kto w tej walce nie chce uczestniczyć, niech opuści partię. W
domyśle chodziło mu przede wszystkim o liberalne skrzydło jego stronnictwa. Otóż
PiS było pierwotnie pomyślane jako centrowy byt na polskiej scenie politycznej,
w sytuacji gdy jednoznaczna prawica zdefiniowana była poprzez brylującą wówczas
w parlamencie Ligę Polskich Rodzin. Taka formuła polityczna PiS wiązała się z
włączeniem w szereg partii ludzi o poglądach zbliżonych do Platformy
(przypomnijmy, że wówczas mówiło się powszechnie o koalicji rządowej w postaci
PO – PiS). Joanna Kluzik-Rostkowska na początku swej drogi politycznej miała się
nawet zastanawiać, czy wybrać PO czy PiS, nie widząc między obiema formacjami
większej różnicy. Oprócz typowo liberalnie nastawionych osób (działacze
prounijni, o liberalnych poglądach w kwestii ochrony życia, wychowania itp.) do
PiS ciągnęły całe rzesze bezideowców głodnych władzy. Szansa na rządzenie była
wszak bardzo realna.
Obecnie, w sytuacji ostrego konfliktu z PO, Kaczyński potrzebuje polityków
skłonnych przyjąć radykalną retorykę i zaostrzenie oblicza ideowego partii. O
wiele większy pożytek miałby on z polityków o narodowo-konserwatywnych
poglądach, gotowych z większym poświęceniem walczyć w imię ideałów. Pytanie
tylko, czy Jarosław Kaczyński zdecyduje się na takie otwarcie.

Gra na osłabienie PiS
Plany te dość dobrze musiały zdiagnozować Jakubiak i Kluzik-Rostkowska, nie
widząc dla siebie miejsca w takiej formule. Być może dlatego zaczęły aranżować
coraz szerszą dyskusję medialną o stosunkach wewnętrznych w PiS, i to jeszcze
przed wyborami samorządowymi. Mogło chodzić tu o realne osłabienie wyniku
wyborczego partii, tak aby Jarosław Kaczyński mógł się przekonać, że idzie ślepą
drogą, że dobry wynik może zapewnić jedynie frakcja liberalna. Decyzja o ich
wykluczeniu z partii była jakby zaskoczeniem, ale ostatecznie można się było jej
spodziewać. Mówi się coraz szerzej o dalszych odejściach takich ludzi, jak Paweł
Poncyliusz, spin doktorzy – Kamiński i Bielan, i inni, co wydaje się
prawdopodobne zaraz po samorządowych wyborach, i to na tyle szybko, aby nie
rzutowało to zbyt mocno na przyszłoroczne wybory parlamentarne. Jeśli takie
odejścia będą się opóźniać do przyszłego roku, nieustannie będzie o nich głośno
w mediach. A rozgłos ten jest niezwykle ważny dla Kluzik-Rostkowskiej i
Jakubiak, jeżeli rzeczywiście chcą założyć nową partię, która miałaby osiągnąć
realne poparcie. Dla obu posłanek najlepiej byłoby, gdyby z PiS pojedynczy
politycy wychodzili powoli, tak aby ten proces został rozłożony w dłuższej
perspektywie czasowej. Dla PiS – wręcz przeciwnie – chodzi o szybkie cięcia i
przygotowanie się do batalii parlamentarnej za rok.
Pojawia się jeszcze inne pytanie: czy liberalni secesjoniści z PiS będą w stanie
utworzyć nowy byt polityczny, który dostanie się do parlamentu? Na pewno sukcesy
w kampanii prezydenckiej Kluzik-Rostkowskiej dają pewne nadzieje na wejście za
rok do parlamentu ewentualnej partii posłanki. Z drugiej strony dotychczas nowe
byty partyjne umierały śmiercią naturalną, przytłoczone brakiem funduszy.
Dofinansowanie stronnictw parlamentarnych z budżetu państwa jest na tyle duże,
że w dłuższej perspektywie nowe ugrupowania nie są w stanie utrzymać się na
scenie politycznej. Czy uda się to Jakubiak i Kluzik-Rostkowskiej, stoi więc pod
dużym znakiem zapytania. W poważnej mierze zależy to od mediów liberalnych,
które mogą lub nie podtrzymywać bytowanie liberalnej frakcji postpisowskiej w
przestrzeni publicznej. Powodzenie partii liberałów z PiS byłoby także
uwarunkowane poparciem tzw. biznesu politycznego w naszym kraju. Czy zechce on
zainwestować w nowy byt i na nowo ukształtować scenę parlamentarną? Niedługo
będziemy mogli się przekonać, jakie działania zostaną podjęte.

Węgierski scenariusz
Poprzez taki splot działań PiS ma szansę umocnić pozycję wśród zdecydowanie
prawicowych wyborców. Bolesne doświadczenia z czasów ratyfikacji traktatu
lizbońskiego czy batalii o konstytucyjną ochronę życia mogą zostać – o ile
doczekamy się klarownych działań PiS – zatarte. Także głos Jarosława
Kaczyńskiego w sprawach międzynarodowych zabrzmiał ostatnimi czasy czytelnie dla
elektoratu narodowego. Zdefiniowanie pozycji międzynarodowej Polski jako
kondominium niemiecko-rosyjskiego odpowiada w dużym stopniu diagnozie
charakterystycznej dla polityków narodowych. Oczywiście taktyka polityczna PiS –
jak to zdarzało się już wiele razy – może ulec zmianie, ale na razie Kaczyński
zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że do walki, którą planuje na najbliższe
lata, najbardziej wiernych żołnierzy znajdzie po prawej stronie sceny
politycznej i po takiej stronie opinii publicznej.
Oczywiście rodzi się pytanie, kiedy taktyka, jaką stosuje dziś Jarosław
Kaczyński, może doprowadzić PiS do władzy. Przy obecnym stanie sceny medialnej i
ideowych preferencjach Polaków perspektywa ta wydaje się bardzo daleka. Upadek
obecnego establishmentu rządzącego Polską jest możliwy w sytuacji kryzysowej,
porównywalnej do tej z Węgier. Tam konsekwentnie działając antysystemowo, Wiktor
Orban w sytuacji głębokiego kryzysu gospodarczego wygrał wszystko i posiada dziś
pełnię władzy. W Polsce zadłużenie państwa rośnie lawinowo, a zagrożenia są
coraz większe. Wydaje się jednak, iż polityka zadłużania państwa i podnoszenia
podatków może się jeszcze obronić przez najbliższy rok (do wyborów
parlamentarnych), ale na dłuższą metę wstrząsy społeczne są bardzo
prawdopodobne.

 

Prof. Mieczysław Ryba

Autor jest kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, wykładowcą w WSKSiM,
członkiem Kolegium IPN.

drukuj