Pilotów zaskoczył chaos na „Korsarzu”
Z mec. Marcinem Madejem, obrońcą por. Artura Wosztyla, dowódcy załogi
samolotu Jak-40, który lądował w Smoleńsku przed rządowym Tu-154M, rozmawia Anna
Ambroziak
Rzecznik dyscyplinarny 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego
uniewinnił Pana klienta, por. Artura Wosztyla, od zarzutu naruszenia regulaminu
lotu podczas lądowania 10 kwietnia ubiegłego roku. Mógłby Pan opisać kulisy tej
sprawy?
– Przedmiotowe postępowanie dyscyplinarne przeciwko por. Arturowi Wosztylowi
prowadził rzecznik dyscyplinarny w 36. SPLT. Przechodząc na grunt procedury
karnej, można stwierdzić, że jest to odpowiednik prokuratora w procesie karnym.
Rzecznik dyscyplinarny gromadzi dowody w sprawie, przesłuchuje świadków, a także
samego obwinionego. Następnie na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego
rzecznik dyscyplinarny formułuje wniosek do przełożonego dyscyplinarnego co do
sposobu zakończenia postępowania. Przełożony dyscyplinarny jest natomiast
uprawniony do powzięcia decyzji o wymierzeniu kary dyscyplinarnej lub
uniewinnieniu. Major Albert Słowiński – tak nazywa się bowiem rzecznik
dyscyplinarny 36. SPLT – podszedł do sprawy rzetelnie. Na podstawie dogłębnej
analizy zgromadzonych w sprawie dowodów wyraził swoje stanowisko, że proponuje
uniewinnić pana porucznika Wosztyla od zarzutu naruszenia regulaminu lotu
podczas lądowania samolotu Jak-40 10 kwietnia ubiegłego roku. Na podstawie tego
materiału przełożony dyscyplinarny wydał postanowienie o uniewinnieniu pana
porucznika Wosztyla z tychże zarzutów. Pragnę podkreślić, że rzecznik
dyscyplinarny prowadzi postępowanie w oparciu o przepisy o dyscyplinie
wojskowej, a także w określonym zakresie w oparciu o przepisy procedury karnej.
Ma prawo żądać rozmaitych dokumentów, przesłuchuje świadków z uprzedzeniem o
odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań.
Tymczasem komisja badająca incydent lotniczy z udziałem samolotu Jak-40 aż tak
szerokich uprawnień nie ma.
Orzeczenie jest prawomocne – czy to oznacza, że zarzuty nie zostaną
ponowione?
– Orzeczenie zostało wydane w miniony piątek, uprawomocniło się po trzech
dniach, tj. we wtorek. Zarzuty w postępowaniu dyscyplinarnym nie mogą się
powtórzyć. Równolegle toczy się postępowanie karne w sprawie sprowadzenia
bezpośredniego niebezpieczeństwa w ruchu powietrznym w związku z lądowaniem
statku powietrznego Jak-40 w dniu 10 kwietnia 2010 roku. Oznacza to, że w tym
postępowaniu nikomu nie przedstawiono żadnych zarzutów. Z przekazów medialnych
wiadomo, że postępowanie karne zainicjowane zostało w oparciu o zawiadomienia
dowódcy Sił Powietrznych – pana generała Lecha Majewskiego. Wojskowa Prokuratura
Okręgowa w Warszawie w toku tego postępowania zapewne wyjaśnia, czy doszło do
naruszenia regulaminu lotów i czy w związku z tym doszło do spowodowania
bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu powietrznym. W mojej ocenie,
jeżeli prowadzący postępowanie dojdzie do takich ustaleń, podejmie decyzję w
przedmiocie ewentualnych zarzutów. Wówczas sprawa może znaleźć swój finał w
sądzie. Sądzę jednak, że na obecnym etapie takie dywagacje są zbyt wczesne.
Przechodząc na grunt prowadzonego postępowania dyscyplinarnego, chcę zauważyć,
że postępowanie w sprawie naruszenia regulaminu lotów przez załogę Jaka-40
podczas lądowania 10 kwietnia 2010 r. prowadziła także w specpułku Komisja
Badania Incydentów Sił Powietrznych (KBI SP). Po zakończeniu prac Komisja
opracowała dokument o nazwie "Karta incydentu lotniczego". W dokumencie tym
wyraziła stanowisko, cytuję: "przyczyną zaistnienia zdarzenia było dopuszczenie
przez dowódcę załogi do zniżenia się poniżej minimalnej wysokości zniżania
ustalonej w Karcie podejścia przy nieprecyzyjnym podejściu oraz wykonanie
lądowania przy warunkach, przy których załoga nie była wyszkolona". Komisja
zakwalifikowała powyższe zdarzenie do grupy przyczynowej "Niewłaściwa
organizacja lotu lub szkolenia lotniczego wynikająca z nieprzestrzegania
ustalonych zasad".
Z raportu nie wynikało, że doszło do popełnienia przestępstwa?
– Nie. Raport nie obejmował bowiem tego, czy doszło do popełnienia przestępstwa,
a jedynie czy został naruszony regulamin lotów. Nadmieniam, że pan porucznik
Wosztyl nie zgodził się z ustaleniami zawartymi w "Karcie incydentu lotniczego"
i odwołał się do Sztabu Generalnego. Sztab Generalny WP nie uwzględnił
odwołania. W raporcie tym zawarte zostało stwierdzenie, że prawdopodobne jest,
że załoga Jaka-40 lądowała poniżej warunków minimalnych. Powołano się przy tym
na raport MAK, gdzie zawarte było stwierdzenie, że jeden z kontrolerów lotniska
Smoleńsk miał stwierdzić, że zobaczył statek powietrzny Jak-40 na wysokości 25
metrów. W postępowaniu przed Komisją, a także w postępowaniu odwoławczym przed
Sztabem Generalnym WP nie opierano się na dokumentach procesowych. Natomiast ja
pozwoliłem sobie na ocenę prawidłowości takiego wnioskowania.
I co Pan ustalił?
– Po pierwsze – niewykluczone jest, że kontroler wypatrywał Jaka-40 w zupełnie
innym punkcie, ponieważ na tym lotnisku lądowały statki powietrzne o dużo
większych gabarytach. Po drugie – kontroler wypatrywał statku o wymiarach mniej
więcej 25 m na 20, natomiast załoga Jaka-40 wypatrywała obiektu (lotnisko) o
powierzchni ok. 4 km, które oświetlone było reflektorami o mocy 12 tys. watów.
Nie bez znaczenia jest fakt, że kontroler patrzył pod słońce. W mojej ocenie,
kontroler lotniska Smoleńsk mógł późno dostrzec lądujący statek powietrzny
Jak-40. Nie są tym samym uprawnione wnioski, że jeżeli kontroler zobaczył
Jaka-40 nawet na wysokości 25 m, to załoga dostrzegła lotnisko poniżej 100
metrów. Komisja nie przedstawiła żadnego materialnego dowodu, który by
potwierdził jej wnioskowanie. Kolejne ze stwierdzeń Komisji, które nie zostało
potwierdzone w toku prowadzonego postępowania dyscyplinarnego, to rzekome
stwierdzenie jednego z kontrolerów lotniska Okęcie, że jeden z członków załogi w
rozmowie telefonicznej przyznał, że lądował przy wysokości w pionie 60 metrów.
Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa w sprawie sprowadzenia
bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu powietrznym postawiono na
zasadzie przypuszczeń?
– W mojej ocenie, zawiadomienie oparte zostało na domniemaniach, ale te
okoliczności zostaną poddane ocenie Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Podstawę do skierowania zawiadomienia o przestępstwie stanowi subiektywne
podejrzenie, że doszło do popełnienia przestępstwa. Nie można więc czynić
zarzutu, że takie zawiadomienie zostało skierowane. Niemniej wyrażam zdziwienie,
że przed skierowaniem zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa dowódca Sił
Powietrznych nie poczekał na zakończenie toczącego się postępowania
dyscyplinarnego. Moim zdaniem, o czym mówiłem wcześniej, rzecznik dyscyplinarny
gromadzi dowody w oparciu o uprawnienia wynikające z ustawy.
Po zgromadzeniu dowodów, gdyby uznał, że doszło do popełnienia przewinienia
dyscyplinarnego, które wypełnia także znamiona przestępstwa, byłby zobowiązany
wnioskować o skierowanie zawiadomienia do prokuratury.
Naczelna Prokuratura Wojskowa powołała biegłych mających zbadać zapisy rozmów
z kabiny Jaka-40, który lądował w Smoleńsku przed katastrofą Tu-154.
– Odczyt z czarnych skrzynek jaka będzie bardzo istotny z punktu widzenia
odpowiedzialności pilotów. Poza korespondencją głosową będzie można odczytać też
inne parametry dotyczące tego lotu. Jeżeli znajdą się tam jakieś dane, które
będą świadczyć, na jakiej wysokości załoga podchodziła do lądowania, będzie to
miało znaczenie w przebiegu ustalenia lotu: czy załoga jaka lądowała w warunkach
dopuszczalnych, czy też poniżej warunków minimalnych. W mojej ocenie – na
podstawie rozmów, jakie przeprowadziłem ze wszystkimi pilotami – z
korespondencji przeprowadzonej między członkami załogi powinno wynikać, że
lądowali w warunkach dopuszczalnych.
Co przesądziło o uniewinnieniu porucznika Wosztyla?
– Ogólnie mówiąc, wszystkie dowody zgromadzone w tym postępowaniu. Ale
oczywiście bardzo istotnym dowodem były zbieżne zeznania członków załogi
Jaka-40. Chciałbym podkreślić, że prowadzenie statku powietrznego, w tym
podejście do lądowania, to czynność zespołowa. Dowódca załogi, czyli w tym
wypadku por. Artur Wosztyl, obserwował przyrządy pomiarowe, drugi pilot
obserwował przestrzeń przed sobą oraz inne przyrządy pokładowe. Nie wchodząc w
szczegóły, załoga konsekwentnie twierdziła, że drugi pilot dostrzegł pas drogi
startowej i światła APM oświetlające pas drogi startowej na wysokości ok. 130
metrów. Po otrzymaniu tej informacji por. Wosztyl potwierdził komunikat w
oparciu o przyrządy pomiarowe. Istniał też inny ważny element tych zeznań: w tym
samolocie był zainstalowany radiowysokościomierz ustawiony na wysokość 100
metrów. To odległość, poniżej której nie można już podejść do lądowania. Załoga
stoi na stanowisku, że po dostrzeżeniu pasa drogi startowej dopiero po upływie
kilku sekund usłyszała charakterystyczne brzęczenie. Stąd wiedziała, że jest na
wysokości 100 m, z tym że już w trakcie podejścia do lądowania. Stąd wniosek, że
warunki meteo uprawniały do podejścia do lądowania.
Pana zdaniem, prokuratura weźmie pod uwagę orzeczenie rzecznika
dyscyplinarnego SPLT?
– Według mnie, powinna to zrobić. Zgadzam się ze stanowiskiem Naczelnej
Prokuratury Wojskowej, że są to dwa odrębne postępowania. Nie zapominajmy, że
prokuratura dysponuje dużo większymi możliwościami w dotarciu do materiałów
dowodowych. Rzecznik dyscyplinarny nie dysponował na przykład protokołami zeznań
kontrolerów z wieży lotów lotniska Siewiernyj. Tak samo nie miał żadnych
informacji z czarnych skrzynek – nie miał wglądu w korespondencję między
kontrolerami lotniska a załogą jaka. Miał natomiast stenogram z tych rozmów.
Było w nim coś, co zwróciło szczególnie Pana uwagę?
– Jedna rzecz: korespondencja kontrolerów lotów lotniska Smoleńsk była
chaotyczna. Z załącznika 10 do konwencji chicagowskiej odnośnie do zasad
prowadzenia takiej korespondencji wynika, że kierując ją do określonej załogi,
kontrolerzy powinni używać jej kryptonimu. Tymczasem ze strony wieży pada
mnóstwo komunikatów kierowanych nie wiadomo do kogo. A jest to ważna
korespondencja, na przykład dotycząca warunków pogodowych. Nie zapominajmy, że
10 kwietnia nad lotniskiem w Smoleńsku kołował jeszcze jeden samolot, Ił-76.
Załoga Jaka-40 była bardzo zdziwiona, gdy na podstawie stenogramów
udostępnionych w toku prac KBI SP dowiedziała się, że z wieży padła komenda
odejścia na drugi krąg. Załodze jaka Sztab Generalny zarzucał, że nie wykonała
tego zalecenia – tymczasem tak naprawdę nie wiadomo, do kogo komenda była
kierowana. Nie jest również wiadome, czy dotarła ona do adresata.
Rozumiem, że kwestia wyszkolenia pilotów nie była podnoszona w postępowaniu
dyscyplinarnym?
– Nie. Postępowanie toczyło się tylko w tym kierunku, czy załoga jaka naruszyła
regulamin lotów, lądując poniżej warunków minimalnych. Nie była poruszana też
kwestia ewentualnego niedoszkolenia.
Dziękuję za rozmowę.
Adwokat Marcin Madej ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
w Toruniu. W latach 1994-2004 funkcjonariusz organów ścigania. W latach
2004-2005 prokurator Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście. W latach
2005-2006 prokurator Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Warszawie. Od 2006 r.
radca prawny m.in. w Komendzie Głównej Straży Granicznej. Od 2008 r. adwokat,
wspólnik kancelarii Nieszpaur, Wallewein, Madej Adwokaci i Radcowie Prawni Sp.p.
Komisja Badania Incydentów Sił Powietrznych jest powoływana doraźnie,
w przypadku gdy zdarzy się jakikolwiek incydent na statku powietrznym. Komisja
nie przesądza o winie, ale diagnozuje sytuację. W zależności od incydentu
Komisja jest powoływana na szczeblu jednostki lub na szczeblu Dowództwa Sił
Powietrznych. W przypadku por. Wosztyla została powołana na szczeblu jednostki.
