Pierwszy milion trzeba ukraść
Choć od czasu premierowania Jana Krzysztofa Bieleckiego minęła już cała epoka, to jednak część polityków PO i pijarowców partii martwi się o to, że właśnie ten czas może być wykorzystany przez opozycję przeciw partii rządzącej. I to wykorzystany skutecznie.
Mało kto już zapewne pamięta, ale to Bielecki jest autorem tezy, że w warunkach rodzącego się polskiego kapitalizmu „pierwszy milion trzeba ukraść”. To sformułowanie padło w jednym z wywiadów dla „Gazety Wyborczej” i choć premier próbował obrócić to w żart, to jednak fakt jest faktem, że właśnie wtedy swój początek bierze wiele afer gospodarczych, to wtedy rodziły się także fortuny budowane dzięki oszustwom podatkowym czy przestępstwom kryminalnym. To wówczas na wielką skalę szmuglowano alkohol, papierosy, paliwa. Zarówno premier, jak i wielu ministrów oraz wysokich urzędników państwowych, wspieranych przez większość mediów, uważali, że… taki jest po prostu koszt tworzenia wolnego rynku.
Gdańscy liberałowie uruchomili także na szeroką skalę prywatyzację państwowego majątku, która w wielu przypadkach polegała na jego rozkradaniu przy udziale zagranicznych koncernów i spółek nomenklaturowych, często związanych z komunistycznymi służbami specjalnymi. Symbolem tych zmian był ówczesny minister przekształceń własnościowych Janusz Lewandowski. Jednocześnie rząd nie zwracał majątku dawnym właścicielom ograbionym przez komunistów. I dlatego rząd Bieleckiego i sam minister Lewandowski byli nazywani „największymi paserami”, którzy handlowali zagrabionym mieniem. To właśnie ten rząd odpowiada za to, że Polacy znienawidzili prywatyzację, że wróciła tęsknota za PRL. Mnogość afer gospodarczych, tolerowanych przez słaby rząd, spowodowała, że w odbiorze społecznym KLD stał się nie kongresem liberałów, ale „kongresem aferałów”, był też nazywany „Klubem Liberałów Aferałów”. A gdy w 1993 roku KLD startował w wyborach pod hasłem „Milion nowych miejsc pracy”, ludzie natychmiast je zmienili na „Milion nowych afer” i Kongres nie wszedł do Sejmu.
Co więcej, 1991 rok to czas pogłębiania się kryzysu gospodarczego, spadku produkcji i bardzo wysokiej inflacji (70 proc.) i jakoś rząd fachowców – liberałów nie potrafił sobie z tymi problemami skutecznie poradzić. Poza tym to Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu zawdzięczamy podpisanie wyjątkowo niekorzystnego dla Polski układu stowarzyszeniowego z EWG (od 1993 roku Wspólnoty Europejskie, teraz nazywane Unią Europejską). Warunki integracji były dla polskiej gospodarki, w tym dla przemysłu i rolnictwa, o wiele gorsze niż te, które w latach 80. dostały Grecja, Hiszpania i Portugalia. Bielecki zapowiadał, że będziemy w europejskiej wspólnocie już w 2000 roku i dlatego mieliśmy szybko „dostosowywać się do norm europejskich”. W efekcie traciliśmy co roku miliardy dolarów w handlu zagranicznym, upadło wiele przedsiębiorstw i o kilkaset tysięcy ludzi wzrosło bezrobocie. Nie należy się więc dziwić, że w Platformie słychać głosy, iż jeśli opozycja o tym ludziom przypomni, to partia może wiele stracić. Już formuje się frakcja, która będzie namawiać kolegów do odrzucenia kandydatury Bieleckiego, jeśli ta oficjalnie się pojawi.
Krzysztof Losz
