Państwo po rosyjskiej pacyfikacji
Z prof. Ewą Thompson z Rice University w Houston rozmawia Mariusz Bober
Ostrzegała Pani niedawno na łamach dwumiesięcznika "Arcana", że wchłonięcie
polskiej tożsamości przez rosyjską może być obecnie największym zagrożeniem dla
Polski. Na jakiej płaszczyźnie? W obszarze cywilizacyjno-kulturowym widać u nas
raczej bezkrytyczne przyjmowanie wzorców zachodnich.
– Mówi Pan o cywilizacji rozrywki i zabawy, która jest produktem ubocznym
technologii stworzonej przez Zachód. To tandetne pożądanie rozrywki rzeczywiście
ogarnęło nie tylko Zachód, lecz także Wschód. Należy je odróżnić od wzorców i
wartości, które umożliwiły pojawienie się owej technologii właśnie na Zachodzie.
Został on zbudowany na cywilizacji pracy, czy raczej współpracy, wyrastającej z
tradycji grekochrześcijańskiej. Nieco upraszczając, można powiedzieć, że na
budowę względnie wolnych, zadowolonych i silnych społeczeństw na Zachodzie
złożyły się dwie wartości: umiłowanie wolności osobistej i chrześcijańskie
przekonanie, że mój sąsiad to mój brat, i nie muszę się go bać. Dlatego mogę
swobodnie podejmować rożne projekty, a nawet liczyć na współpracę z sąsiadem.
Sama też mogę mu pomóc w jego projektach. Z tego poczucia osobistej wolności
oraz z chrześcijańskiego stosunku do sąsiada wyłoniła się na Zachodzie
cywilizacja pracy, której owoce zbiera współczesne pokolenie. Oczywiście, Zachód
ma na sumieniu również wielkie przestępstwa, wojny i kolonizacje słabszych, ale
są to cechy "ludzkich królestw" od początku historii. Myślę, że pomimo
dechrystianizacji Europy Zachodniej nawyki i wartości cywilizacji współpracy –
takie, jak lojalność w stosunku do sąsiada, szacunek wobec własności publicznej,
poczucie odpowiedzialności za siebie, rodzinę, wieś, miasto, w których się żyje
– jeszcze na Zachodzie nie wygasły. W Polsce wielowiekowa kolonizacja ze Wschodu
oraz tresura rosyjskiego sowietyzmu zniszczyły wiele tych nawyków, ale szansa na
ich odbudowę istnieje. W Rosji ideą naczelną było i jest państwo – czy to
sowieckie, czy carskie, czy postkomunistyczne. Wszystko jest mu podporządkowane,
nawet religia. Większość Rosjan przyjmuje pozę niewolników tego wszechwładnego
państwa i traktuje się nawzajem tak, jak niewolnik traktuje innego niewolnika –
bez szacunku należnego wolnej osobie. Gdybym nie miała racji, wybuchłoby w Rosji
takie powstanie, jakie w Polsce następowało wiele razy. I takiego powstania nie
miałby kto stłumić – Rosjanie przecież są u siebie, nie są przez nikogo
okupowani. Z tego należy wnioskować, że – za wyjątkiem niewielkiej liczby
"myślących inaczej" – Rosjanie akceptują system, który wprawdzie czyni z nich
niewolników, ale pozwala im sycić próżność poczuciem imperialnej władzy i
potęgi.
Obawiam się, że jeżeli Polska stanie się ekonomicznym i politycznym wasalem
Rosji, wasalstwo kulturowe będzie nieuniknione. Oznacza to wyrzeczenie się
kultury, którą poprzednie pokolenia starały się budować, często za cenę życia.
Zwraca Pani również uwagę na zagrożenie uzależnienia energetycznego od Rosji.
Czy ma Pani na myśli wyłącznie sprawę importu gazu z tego kraju, czy także inne
sektory polskiej energetyki?
– Umowa gazowa z Rosją podpisana przez wicepremiera Waldemara Pawlaka była
jednym z najgorszych błędów popełnionych przez obecny rząd. W sprawie ropy
zaczynają się pojawiać promyki nadziei. W 2011 r. azerbejdżańska firma naftowa
SOCAR zaczęła po raz pierwszy dostarczać azerbejdżańską ropę na Białoruś przez
naftociąg Odessa – Brody pomimo gróźb Rosji, która wykorzystywała ten rurociąg
do transportu rosyjskiej ropy do Odessy, a więc w odwrotnym kierunku. Białoruś
ma otrzymać 4 miliony ton ropy z Azerbejdżanu, a Ukraina – 5. Z Brodów nafta ma
płynąć przez naftociąg Drużba do rafinerii Mozyr na Białorusi oraz do rafinerii
w Płocku. Odcinek Brody – Płock nie został jeszcze zbudowany, ale istnieją na to
szanse do roku 2015. Jest to dobra wiadomość dla Polski, bo naftociąg Odessa –
Brody (i dalej do Płocka) zaplanowany był po to, aby częściowo uniezależnić
Europę Środkową od rosyjskiej nafty.
A czy zagrożeniem nie jest rosyjska polityka "bezpieczeństwa"? Nowa doktryna
wojenna Federacji Rosyjskiej uznaje za "wyzwanie" m.in. plany rozmieszczenia sił
lub systemów rakietowych w sąsiedztwie Federacji.
– Zgoda na umieszczenie rakiet Patriot w Polsce była błędem. Tego rodzaju
instalacje bez obecności przynajmniej jednej brygady amerykańskich wojsk są
raczej zagrożeniem dla Polski niż sposobem wzmocnienia obronności kraju. Irytują
one Rosjan, a więc wywołują bez potrzeby wilka z lasu. Trzeba również pamiętać,
że patrioty nie sprawdziły się w czasie I wojny w Zatoce Perskiej na początku
ubiegłej dekady. Miały one chronić Izraelczyków przed irackimi rakietami, ale
przechwytywały je w taki sposób, że odłamki rozbitych rakiet spadały na
izraelskie miasta, co przynosiło poważne szkody. Te bezużyteczne dla polskiej
obronności patrioty zostały wykorzystane przez Rosjan jako pretekst do gróźb
zainstalowania rakiet z głowicami atomowymi w rejonie Kaliningradu.
Co się zaś tyczy deklaracji, wydaje mi się, że w obecnej chwili Polska nie musi
zajmować się rosyjskimi deklaracjami na temat bezpieczeństwa. To sprawa dla
mocarstw, takich jak USA. Polska i bez dyplomatycznych oświadczeń wie, że Rosja
może ją zaatakować pod wieloma pretekstami. Należałoby raczej nagłaśniać w
Polsce i za granicą ataki ekonomiczne, takie jak blokada Zalewu Wiślanego lub
niedotrzymywanie przez Rosję umów o dostawie polskich produktów żywnościowych.
Zachód zawsze interesuje się sprawami rosyjskimi, więc istnieje szansa dotarcia
do światowych mediów. Niemcy wykorzystują swoje instytuty historyczne za granicą
do informowania zagranicy o stosunkach pomiędzy Niemcami i ich sąsiadami
(oczywiście w sposób korzystny dla Niemców), Rosjanie robią to samo na olbrzymią
skalę w swoich niezliczonych "agencjach wpływu". Zaś polskie ambasady, konsulaty
oraz utrzymywane przez polski rząd instytuty kulturalne za granicą zajmują się
wysyłaniem e-maili, głównie do Polonusów, (które chyba większość adresatów
natychmiast kasuje, bo taki jest los regularnie przysyłanego spamu) o tym, jaki
polski film pokazują w mieście X lub jaki muzyk ma wystąpić w mieście Y. Nabija
im to licznik osób, z którymi rzekomo są w kontakcie, ale w propagowaniu
polskich interesów i polskiego punktu widzenia ma to znaczenie zerowe.
Jak postrzega Pani plany władz Rosji do budowania określanego jako "EuRosja"
projektu strategicznej współpracy z Unią Europejską, dzięki któremu Moskwa chce
przeprowadzić szybką modernizację kraju? Przecieki z WikiLeaks pokazały, że UE
chciała objąć byłe republiki sowieckie pogłębioną strefą wolnego handlu.
– Jest to pomysł, którego realizacja miałaby negatywne konsekwencje dla Polski.
Większość umów pomiędzy UE a Rosją będzie niekorzystna dla Polski, bo nie
będziemy mieli przy ich zawieraniu wiele do powiedzenia. Im bardziej UE zbliży
się do Rosji, tym dalej odejdzie od USA i tym mniej korzystne będzie to dla
Polski. Zwłaszcza że od setek lat współpraca rosyjsko-niemiecka źle się dla
Polaków kończy, a tego rodzaju umowa dotyczyłaby głównie tych dwóch krajów.
Czy "szantaż Sarkozy´ego" wobec Polski nie pokazuje, że UE w ostatnich latach
de facto przyzwala na oddanie Ukrainy, Białorusi, Gruzji, a nawet Litwy w
rosyjską strefę wpływów?
– Przeciętny obywatel zachodniej Europy i USA kojarzy te kraje, które pan
wymienił, ze strefą wpływów rosyjskich. Należy temu przeciwdziałać w sposób
zorganizowany, np. przez stworzenie sieci porozumiewania się pomiędzy
urzędnikami niższego szczebla w NATO z krajów tzw. Nowej Europy. Celem takiej
sieci byłaby dyskusja nad postawą NATO wobec "Nowej Europy" i Rosji, jak również
dostarczanie sobie nawzajem informacji o rosyjskiej wersji historii i jej
propagandzie na arenie międzynarodowej. Zrodziłoby to współpracę w zwalczaniu
posunięć zmierzających do utrwalenia percepcji kolonialnego statusu tych krajów.
Jednym ze sposobów walki z tego rodzaju wizerunkiem jest pisanie listów do
światowych mediów, ale nie przez osoby bezpośrednio zainteresowane, lecz przez
osoby trzecie. Na przykład listy od rumuńskiego konsula w sprawie Ukrainy
miałyby większą wagę niż listy ukraińskiego konsula w sprawie Ukrainy.
Należy sobie zdać sprawę, że UE nie załatwi problemów wizerunkowych żadnego z
jej członków: jest to praca dla służb dyplomatycznych danego kraju. Tym bardziej
nie może zająć się krajami, które do UE nie należą. Niewątpliwie zaliczanie
Gruzji czy Ukrainy do rosyjskiej strefy wpływów jest niekorzystne dla Polski.
Jestem jednak zdania, że Polska niewiele w tych sprawach może zrobić sama.
Jak zatem państwa Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza Polska, mogą budować
znaczącą pozycję w polityce w tej części świata i wzmacniać swoją podmiotowość?
– Liczy się siła – ekonomiczna i kulturowa, którą trzeba budować. Liczą się PKB,
wielkie dzieła kultury, wysiłek pojedynczych obywateli, konkurencyjność. To
trzeba przełożyć na konkretne plany w rożnych dziedzinach życia społecznego, na
pracę organiczną w swoim zawodzie. Na przykład w Polsce brakuje banków, których
właścicielami byłyby albo państwo polskie, albo polskie konsorcja. W tej chwili
prawie wszystkie banki mają zagranicznych właścicieli. Ich wyprzedaż to
tragiczne w skutkach posunięcie polskiego rządu. W jaki sposób można budować
konkurencyjność, jeżeli kredyty zależą od banków, których właściciele mają swoje
narodowe i niepolskie interesy?
Z drugiej strony polscy prawicowcy niekiedy jakby wierzyli, że wystarczy zmienić
rząd, aby królestwo Boże natychmiast w Polsce zapanowało. Chrystus wiele razy
nas ostrzegał, że królestwa Bożego na ziemi nie znajdziemy. W niechrześcijańskim
świecie, w którym żyjemy, najpierw musimy się stać kimś, a potem dopiero żądać,
aby inni nas brali pod uwagę. Można stać się kimś dzięki wynalazczości. Na
przykład wynalezienie komputera otworzyło nowe, nigdy wcześniej niespotykane
bogactwo. Ambicja wynalezienia czegoś, co mogłoby ułatwić życie miliardom ludzi
na świecie, powinna być wpajana polskim uczniom już w szkole podstawowej. W
Polsce co roku zdobywa się kilkadziesiąt międzynarodowych patentów, podczas gdy
np. w Niemczech kilkadziesiąt tysięcy. To są cyfry niewspółmierne i likwidacja
tej nierówności jest jedną z najpilniejszych spraw.
Czy oznacza to wdrożenie reform służących szybszemu rozwojowi gospodarczemu i
usprawnieniu funkcjonowania państwa, czy jeszcze inne zmiany?
– Sfingowana "sprzedaż" Stoczni Gdańskiej, a następnie jej bankructwo to symbol
rozkładu gospodarczego ostatnich lat. Należałoby zacząć od ujawnienia, w jaki
sposób doszło do upadku stoczni i kto wystąpił z pomysłem podstawienia
"katarskiego inwestora", aby zyskać na czasie. Tego rodzaju otrzeźwiające
dochodzenie przekonałoby Polaków, że rząd serio zabiera się za likwidację
korupcji. Następnym krokiem powinna być likwidacja rozmaitych przepisów i ustaw,
które państwo polskie odziedziczyło po sowieckiej okupacji i po okresie
przejściowym. Powinna ona dotyczyć przede wszystkim obywateli polskich
mieszkających w Polsce na stałe, a następnie cudzoziemców. Przepisy te
uniemożliwiają szybkie zakładanie firm, a już istniejące zmuszają do straty
cennego czasu na biurokrację. Dalej istotne byłoby obniżenie podatków dla
przedsiębiorstw, może stworzenie kilku stref bezpodatkowych na terenach
wielkiego bezrobocia, a także lobbowanie Amerykanów, aby przenieśli przynajmniej
jedną brygadę wojsk amerykańskich z Niemiec do Polski (w tej chwili w Niemczech
stacjonują trzy dywizje). Istotne jest pójście na rękę instytucjom takim jak
Kościół katolicki, w zakładaniu szkół i prowadzeniu działalności charytatywnej
(w Nowym Jorku szkoły katolickie wydają kilka razy mniej pieniędzy na ucznia niż
państwowe, a rezultaty mają o wiele lepsze). A na poziomie osobistym
niebagatelne byłoby propagowanie ponowoczesnego wariantu pracy organicznej,
czyli staromodnej zasady, że trzeba być dumnym ze swojej pracy i wykonywać ją
jak najlepiej.
Jakie atuty są najbardziej skuteczne w kształtowaniu relacji z Rosją? Część
ekspertów wskazuje, że także jej władze mają "wrażliwe" punkty, nawet w sferze
wizerunkowej, które państwa o mniejszym potencjale gospodarczym mogą
wykorzystać.
– Najważniejszym atutem jest silna armia. Rosja nie jest krajem, który posiada
armię, lecz armią, która posiada kraj. Rosjanie szanują tych, którzy potrafią
się bronić. Co do "wrażliwych" punktów, o których pan wspomina – to są mrzonki,
sprowadzanie polityki do przedszkolnych gier. Polityka rosyjskich elit jest
całkowicie pozbawiona dziecinnych próżności, im chodzi o realne korzyści, a nie
o opinie Polaków o Rosjanach. O swój wizerunek Rosjanie troszczą się w Ameryce i
Europie Zachodniej, tzn. w krajach silnych i liczących się w polityce
międzynarodowej. Nie należy się łudzić, że można coś z Rosjanami ugrać,
prezentując im przyjazne oferty dotyczące np. centrów kultury rosyjskiej w
Polsce.
Jaka jest, Pani zdaniem, rzeczywista rola Polski w rosyjskiej polityce
zagranicznej?
– Gdy się czyta komentarze czytelników na utrzymywanej przez rosyjski rząd
propagandowej stronie tłumaczeń Inosmi.ru, można odnieść wrażenie, że Polska to
natrętny komar, który nie odgrywa istotnej roli w rosyjskiej wizji świata.
Jednak sam fakt obszernej listy polskich czasopism, z których tłumaczenia
pojawiają się dość regularnie, wskazuje, że Polska wciąż jest postrzegana jako
potencjalnie poważny konkurent, którego trzeba poniżyć i zniszczyć – potencjalny
powtarzam, bo Rosjanie zdają sobie sprawę z militarnej słabości Polaków. Również
na Polskę bardziej niż na Niemcy nastawiona jest gra "agentami wpływu", gdyż ich
umiejętne umieszczenie w kręgu polskich elit może odegrać niekorzystną (dla
Polski) i korzystną (dla Rosji) rolę. Szpiegostwo w ścisłym tego słowa znaczeniu
jest bardziej nastawione na Niemcy i USA, którym można ukraść najnowsze
technologie. Polska to raczej miejsce, gdzie Rosja stara się popierać osoby,
które potrafią wpłynąć na rozwój wypadków w sposób, jakiego sobie życzy Rosja.
Czy dostrzega Pani realne – w odróżnieniu od wizerunkowych – zmiany w
polityce rosyjskiej względem Polski po katastrofie smoleńskiej?
– Katastrofa smoleńska, a raczej bierność polskiego rządu w odniesieniu do niej,
rozzuchwaliła Rosjan i dała im do zrozumienia, że z Polską mogą zrobić wszystko,
co zechcą – oczywiście zachowując dyplomatyczne pozory. Polityka polskich władz,
począwszy od słynnego "objęcia" premiera Tuska przez Putina, jest upokarzająca
dla Polaków i osób polskiego pochodzenia we wszystkich krajach świata. Nikt
stojący na czele jakiegokolwiek rządu nie powinien pozwolić, aby tego rodzaju
zdjęcie ukazało się w prasie światowej – wziąwszy pod uwagę historię stosunków
polsko-rosyjskich. Oczywiście, w tamtym momencie premier Tusk już na tyle
stracił kontrolę nad sytuacją, że nie mógł temu zapobiec. To był niezapomniany
pokaz dyletantyzmu i niemocy politycznej polskiego rządu. W ostatecznym
rozrachunku toczenie zimnej wojny z PiS i z prezydentem Kaczyńskim odbiło się
niekorzystnie na wizerunku PO jako partii o dużym potencjale politycznym.
Dalsze kroki polskiego rządu można jedynie porównać z nadskakiwaniem polskich
arystokratów carycy Katarzynie w wieku XVIII. Podczas gdy polska szlachta
traciła majątek i życie, walcząc z kolonizatorem, polska arystokracja przymilała
się do najeźdźcy, aby nie utracić swoich przywilejów. Oczywiście były wyjątki.
Czy polityka wyłożona przez premiera Tuska w Sejmie podczas debaty nad raportem
MAK w sprawie katastrofy smoleńskiej: "Był drugi cel (…), a więc wygrać prawdę
i równocześnie wygrać pokój, (…) również ze względu na sąsiedztwo, w jakim
przyszło Polakom żyć", służy budowaniu siły niezależnego państwa?
– "Si vis pacem, para bellum" – jak zauważył pewien Rzymianin. "Jeżeli chcesz
pokoju, przygotuj się do wojny". Nie zauważyłam jednak, aby po pełnym przejęciu
władzy przez PO powstały jakieś pomysły na budowanie silnego państwa. Wręcz
przeciwnie, państwo polskie w roku 2011 jest słabsze na arenie międzynarodowej
niż w roku 2007, gdy rządziło PiS. Rząd nie podejmuje żadnych kroków, aby
zmobilizować społeczną energię, jak to czyniono w okresie II Rzeczypospolitej,
gdy budowa Gdyni jednoczyła wszystkich Polaków. Nie wierzę, że – jak to niedawno
sugerował Robert Krasowski – społeczeństw postpolitycznych nie da się
zmobilizować. Jest to trudniej zrobić niż kiedyś, ale nie jest to niemożliwe.
Rząd premiera Tuska zatrudnia 60 tys. więcej urzędników państwowych niż rząd
premiera Kaczyńskiego. Nowe reguły społecznego porządku, które stara się
wdrożyć, nie mają żadnej siły mobilizacyjnej i nie sprawdzają się w praktyce.
Jakie długofalowe skutki w relacjach polsko-rosyjskich będzie miała
katastrofa smoleńska?
– To zależy od tego, czy kiedykolwiek zostanie w pełni wyjaśniona. W chwili
obecnej rząd rosyjski ma pełne prawo uważać, że Polska jest na tyle słaba, iż
podda się każdej próbie szantażu ekonomicznego czy politycznego. Tym jednym
wydarzeniem Polska (w osobach jej rządu) została spacyfikowana tak jak za czasów
antyrosyjskich powstań. A ci, którzy pacyfikują, odnoszą się zwykle z pogardą do
pacyfikowanych.
Czy raport MAK w sprawie katastrofy został przyjęty na Zachodzie jako
wiarygodny?
– Natychmiast po katastrofie opinia publiczna na Zachodzie była zdumiona, że
polski rząd nie zaapelował do żadnej organizacji międzynarodowej o pomoc w
badaniu jej przyczyn. Gdy polski rząd przeszedł nad katastrofą do porządku
dziennego i oddał sprawę w ręce Rosjan jak dziecko, które nie potrafi samo
czegoś zrobić i przekazuje sprawę starszym i mądrzejszym, zainteresowanie
katastrofą spadło. Do tego dochodzi fakt, że rząd nie potrafił czy nie zechciał
energicznie zdementować informacji prasowych, że winni byli piloci, gen. Błasik
czy sam prezydent. Gdy z fanfarami obwieszczono koniec dochodzeń MAK, było już
za późno na dochodzenie swoich racji. Cieniutki głos protestu, który wtedy
usłyszeliśmy od polskich władz, już prawie do nikogo, z wyjątkiem Polonusów, nie
dotarł. Przeciętny obywatel USA, którego Polska mało interesuje, przyjął te
wcześniejsze niezdementowane wiadomości w taki sam sposób, jak przyjmuje się
wiadomości medialne o przyczynie katastrofy reaktorów atomowych w Japonii. Im
bardziej daleki kraj i im mniej się go zna, tym skwapliwiej ludzie przyjmują to,
co im podają mainstreamowe media.
Jak państwa zachodnie oceniają sposób wyjaśniania przyczyn katastrofy
smoleńskiej przez władze Polski?
– W dyplomacji nie potępia się głośno innych państw. Ale trudno wątpić, by kraje
zachodnie nie zdały sobie sprawy z politycznej niemocy polskiego państwa. W
pierwszych dniach po katastrofie chyba wszyscy liczący się analitycy spraw
międzynarodowych uważali, że nie był to po prostu wypadek. Nie tylko dlatego, że
głowy państw nie giną w wypadkach, lecz również ze względu na miejsce i
okoliczności katastrofy. Ale gdy polskie media i niektórzy członkowie elit
zaczęli przekonywać świat, że winni byli lekkomyślni piloci lub pijany generał,
lub asertywny prezydent – ludzie przestali się tą sprawą interesować, bo mało
kogo obchodzi kraj, który nie potrafi zapewnić swojemu prezydentowi bezpiecznego
lotu. To był klasyczny przykład prawdziwości zasady, że "jeśli dom wewnętrznie
jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać" (Mk 3, 25). Nawet jeżeli
nie był to zamach, Rosja potrafiła wyciągnąć z niego polityczne korzyści,
podczas gdy Polska dała się wystrychnąć na dudka. Gdyby polskie władze twardo
odrzuciły pomówienia – bo aż do dziś obarczanie winą polskich pilotów to
pomówienie – można by było uniknąć politycznej klęski. W tej chwili ta sprawa
nie jest już za granicą w zasięgu radaru uwagi społecznej. Społeczność
międzynarodowa ma bardzo krótką pamięć. Jedyne, co zapamiętała, to fakt, że
Polska jest krajem bardzo słabym. Opinii publicznej nie interesują słabe kraje,
na czele których stoją słabi przywódcy. Paradoksalnie więc śmierć prezydenta
Kaczyńskiego i tych, którzy z nim zginęli, okazała się również porażką Platformy
Obywatelskiej na arenie międzynarodowej. Nie jest przypadkiem, że po tej
demonstracji słabości platformerskiego rządu władze Litwy pozwoliły sobie na
zlekceważenie praw polskiej mniejszości na Litwie.
Dziękuję za rozmowę.
Prof. Ewa Thompson jest profesorem literatury porównawczej i slawistyki na
Rice University w Houston. Ukończyła Uniwersytet Warszawski, doktoryzowała się
(z literaturoznawstwa porównawczego) na Vanderbilt University. Wykładała m.in.
na uniwersytetach: Indiana, Indiana State, Virginia i w Ohio. Opublikowała wiele
artykułów z dziedziny literaturoznawstwa i politologii (m.in. w "The Washington
Times", "Slavic Review", "Arcanach"). Jest redaktorem kwartalnika "Sarmatian
Review".
