Pałac antywartości

Bronisław Komorowski od wielu lat deklaruje swoje związki z polską
tradycją narodową, której nieodłącznym elementem pozostaje tożsamość
chrześcijańska. Obecny prezydent lubi podkreślać, że ma szlacheckie
pochodzenie, że jest konserwatystą, ojcem wielodzietnej rodziny,
miłośnikiem wojska i myślistwa. I taki wizerunek własny kreuje
niezależnie od prowadzonej przez siebie gry politycznej, której
charakter dobrze symbolizuje sprzeciw – i to nawet wbrew stanowisku PO –
wobec rozwiązania Wojskowych Służb Informacyjnych.

Walka z krzyżem
Rok temu coś się jednak zmieniło. Na wizerunku tradycjonalisty pojawiły
się wyraźne rysy. Dość groteskowe było ostentacyjne pożegnanie
Komorowskiego z bronią myśliwską w trakcie prezydenckiej kampanii
wyborczej. Kandydat Platformy Obywatelskiej chciał się tym samym
przypodobać środowiskom lewicy, które z pozycji ekologicznych
krytykowały jego upodobanie do myślistwa. Gdyby jednak chodziło tylko o
takie, błahe raczej sprawy, nie byłoby problemu. Prezydent przecież
deklarował, że będzie sprawował swój urząd w imieniu wszystkich Polaków.
Tyle że realizuje wizję, którą w Polsce od 22 lat lansuje "Gazeta
Wyborcza", czyli konsekwentnego rugowania autorytetu Kościoła z
przestrzeni publicznej. A to już nijak się ma do wizerunku
tradycjonalisty czerpiącego inspirację z tożsamości chrześcijańskiej.
Przykładów jest aż nadto, by wspomnieć kuriozalną, jak na polityka
katolika, wypowiedź na łamach "Gościa Niedzielnego": "Konsekwentnie
jestem za życiem. W związku z tym jestem (…) za metodą in vitro, gdyż
jest to szansa na życie".
Warto też przypomnieć, że to "GW" czyniła problem z obecności przed
Pałacem Prezydenckim krzyża upamiętniającego ofiary katastrofy
smoleńskiej. A Komorowski idealnie wpisał się w scenariusz napisany w
redakcji przy ul. Czerskiej. Prezydenccy urzędnicy zaczęli walkę o
usunięcie krzyża. W sukurs przyszedł im Janusz Palikot, prywatnie
przyjaciel Komorowskiego, wtedy prominentny poseł PO. Swoimi
wystąpieniami zainicjował bluźniercze, satanistyczne spektakle w
wykonaniu podburzanej przez niego części młodzieży oraz ludzi z
marginesu społecznego (także – jak się okazało – o ubeckiej
przeszłości). Modlące się osoby padały ofiarą agresywnych zachowań z ich
strony. Szczególnie skandaliczne było to, co działo się przed Pałacem
Prezydenckim w nocy z 9 na 10 sierpnia ub.r., gdzie obelżywe drwienie z
pamięci po tragicznie zmarłym prezydencie Lechu Kaczyńskim było tylko
jednym z wielu szokujących ekscesów, do jakich tam doszło. Komorowski od
Palikota się nie odciął. Ale co gorsza, nie stanął też w obronie
profanowanego krzyża i tych, którzy się tam modlili.
Kontynuacja tej postawy to bierność prezydenta wobec sytuacji w mediach
publicznych. Przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji jest
nominowany przez Komorowskiego Jan Dworak. Z kolei prezesurę w telewizji
publicznej sprawuje Juliusz Braun i nikt nie próbuje nawet zaprzeczać,
że patronem tej nominacji był prezydent. Wymienieni decydenci nie
dostrzegają niczego złego w zatrudnieniu w jednym z programów w
telewizyjnej Dwójce Adama "Nergala" Darskiego, wokalisty satanistycznego
zespołu Behemoth.
Kiedy Darski używający wcześniej pseudonimu "Holocausto" wznosi okrzyki
w rodzaju: "Heil, Satan!", prezydencki minister Sławomir Nowak broni go
i nazywa swoim "ziomalem", a członek KRRiT z nominacji prezydenta,
Krzysztof Luft, wzywa do szacunku dla niego! Bronisław Komorowski zdaje
się to całkowicie akceptować. Na te bulwersujące Polaków, w tym
przedstawicieli hierarchii kościelnej, zdarzenia nie reaguje. Bo chyba
nie można traktować poważnie ostatniego wywiadu prezydenta dla "Super
Expressu", w którym stwierdza m.in.: "Jeśli spyta mnie pan, czy należy
drzeć Biblię, odpowiem oczywiście, że nie! Należy ją szanować, podobnie
jak wszystkie symbole religijne i księgi ważne dla wyznawców tych
religii". I jeszcze skwitowane uwagą, iż ta sprawa to "kwestia estetyki,
a nie polityki". I tyle.
To stanowisko przywódcy państwa w sprawie bulwersującej miliony
obywateli. Surowiej przecież ocenia się osoby zaśmiecające ulice. Polacy
w tej sprawie nie oczekują od prezydenta uwag, że nie należy niszczyć
Biblii! Żądają, by prezydent stanął po ich stronie w słusznym gniewie
przeciw człowiekowi szargającemu to, co dla nich jest święte. Żądają też
odpowiedzi na pytanie, jak funkcjonariusze publiczni doprowadzili do
sytuacji, iż Darski otrzymuje regularnie nagrodę z publicznych pieniędzy
w wysokości wielokrotnie przewyższającej przeciętną emeryturę! Głos
prezydenta jest niesłyszalny, za to chętnie sprawę komentuje przyjaciel
domu Komorowskich, "niezawodny" Janusz Palikot.

Atak na Kościół
Kolejna sprawa to incydent z 11 listopada ub.r. z udziałem ówczesnego
administratora Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego księdza pułkownika
Sławomira Żarskiego, który wygłosił w bazylice Świętego Krzyża w
Warszawie homilię, surowo oceniając w niej dorobek III RP. Mówił m.in.:
"Zaradność w zaspokajaniu własnych potrzeb i gromadzeniu dóbr
osobistych, nawet za cenę zniszczenia dobra wspólnego, stała się
wartością. U podstaw III Rzeczypospolitej miejsce patriotyzmu zajęło
stwierdzenie jednego z pierwszych premierów "nowej" Polski [chodziło o
Jana Krzysztofa Bieleckiego, dzień wcześniej odznaczonego przez
prezydenta Komorowskiego Orderem Orła Białego], który powiedział, że
"aby zostać bogaczem, pierwszy milion trzeba ukraść". Propagowanie
podobnych haseł zaowocowało tym, że wartość została zastąpiona
antywartością". W innym miejscu ks. płk Żarski powiedział: "Zadaniom
polityki są w stanie sprostać tylko ludzie wielkiej miłości do Ojczyzny,
a nie polityczni klauni z antykościelnymi kompleksami".
Prezydent, zamiast podjąć refleksję nad treścią homilii, po Mszy Świętej
upomniał duchownego słowami: "Jest ksiądz pułkownikiem, wojskowym, jak
tak można – że Polska jest budowana na antywartościach". Jak widać, tym
razem prezydentowi nie zabrakło animuszu do bardzo ostrej wypowiedzi. Na
takie zachowania nie pozwalali sobie nawet politycy SLD. Ale nie ma co
się dziwić. Dzień przed wspomnianym incydentem Bronisław Komorowski w
wywiadzie udzielonym KAI, na pytanie o zagrożenia dla stosunków państwo
– Kościół, oświadczył: "Poważne zagrożenie dostrzegam gdzie indziej. W
pierwszym rzędzie obserwując katastrofalne skutki działania prawicowych
i przy tym katolickich fundamentalistów". Tymczasem ks. płk Żarski,
wymieniany jako główny kandydat na stanowisko ordynariusza polowego
Wojska Polskiego, został przeniesiony do rezerwy kadrowej.

Zrywając z dziedzictwem
Podobne "sukcesy" Bronisław Komorowski osiąga na polu krzewienia
wartości patriotycznych i bardzo oryginalnie rozumianej "polityki
historycznej". Prezydent od początku swojej kadencji jest orędownikiem
tego, co się hucznie i na wyrost nazywa "pojednaniem polsko-rosyjskim".
W istocie to polityka uległości wobec państwa, które bardzo asertywnie
domaga się od Polski realizacji swoich interesów. Komorowski zachowuje
się tak, jakby tego problemu nie było. I znajduje to wyraz także w jego
gestach symbolicznych.
Tak było w przypadku tego, co się stało 17 września br. w Ossowie.
Zbezczeszczono tam pomnik upamiętniający bolszewików poległych w wojnie
polsko-sowieckiej. Pomnik ten wzbudza od samego początku mnóstwo
kontrowersji. Oczywiście jego bezczeszczenie nie jest właściwą formą
wyrażania niezadowolenia z niego. Ale trzeba mieć świadomość, że
monument ten oddaje hołd bolszewickim najeźdźcom, których szlak znaczony
jest zbrodnią, gwałtem i rabunkiem. Bronisław Komorowski był gorliwym
orędownikiem wybudowania tego pomnika, co wywoływało liczne i gorące
protesty. W takiej sytuacji czyjś desperacki czyn wydaje się, niestety,
naturalną konsekwencją.
A wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby nagle w Warszawie przyszła
komuś fantazja postawienia pomnika esesmanom z brygady Dirlewangera, tak
krwawo pacyfikującym Powstanie Warszawskie. A może żołnierzom SS
poległym w walce z żydowskimi bojownikami w warszawskim getcie w 1943
roku? Absurd? Jeszcze dwa lata temu powiedziałbym, że tak. Ale teraz
mamy pomnik sowieckich najeźdźców w Ossowie, na który państwo nie żałuje
pieniędzy. A żołnierzom podziemia niepodległościowego muszą stawiać
pomniki z prywatnych środków pasjonaci w rodzaju członków Fundacji
"Pamiętamy". I w dniu, kiedy Polacy obchodzili 72. rocznicę agresji
sowieckiej na Polskę, Bronisław Komorowski składa ubolewania z powodu
zbezczeszczenia pomnika w Ossowie. To było dla niego ważniejsze niż
pamięć o Golgocie Wschodu.

Dlaczego…
W czasie obecnej kampanii niepokojące zjawiska się nasiliły. A w tle
niemal zawsze pojawia się Janusz Palikot i jego ugrupowanie. Może rację
mają ci, którzy sugerują, że secesja z PO posła z Biłgoraja i jego
dalsze postępowanie odbywały się przy cichym poparciu prezydenta
Komorowskiego, który miałby w ten sposób wzmacniać swoją pozycję na
scenie politycznej. Jeżeli spojrzymy na publicystykę "Gazety Wyborczej",
stanowiącej przecież wsparcie zarówno dla Komorowskiego, jak i Palikota,
to taka koncepcja wydaje się realna. Tylko dlaczego prezydent na ołtarzu
własnych ambicji i cynicznej gry politycznej składa w ofierze wartości
dla nas najcenniejsze?
Mógłby ktoś zapytać, dlaczego akurat ja postanowiłem dokonać tak
krytycznej analizy niektórych przejawów działalności prezydenta
Komorowskiego. Myślę, że mam ku temu mandat szczególny. Podczas
kilkuletniej współpracy z prezydentem Lechem Kaczyńskim miałem okazję z
bliska obserwować, jaki stosunek do wartości, idei, patriotyzmu miał
nasz tragicznie zmarły przywódca. Czy ktokolwiek z nas jest w stanie
wyobrazić sobie prezydenta Kaczyńskiego, który nie reaguje na
barbarzyńskie, antychrześcijańskie ekscesy wokół krzyża przed Pałacem
Prezydenckim? A ile czasu pracowałby w Kancelarii Prezydenta
Kaczyńskiego minister, który publicznie, w sposób żenujący, schlebiałby
piewcy szatana?
Każdy z nas bez trudu sam udzieli odpowiedzi na te pytania. Stawiam je,
bo warto, byśmy pamiętali, jakim prezydentem był Lech Kaczyński. To tak
boleśnie uzmysławia nam, jakim prezydentem jest Bronisław Komorowski

 

Jacek Sasin

był zastępca szefa Kancelarii Prezydenta RP Lecha
Kaczyńskiego

drukuj