Pakt dla Berlina i Paryża
Akceptując na szczycie w Brukseli pakt dla konkurencyjności, Donald Tusk
zgodził się, by Polska straciła 160 tysięcy miejsc pracy na rzecz krajów strefy
euro. Podział na Europę dwóch prędkości stał się faktem.
Gdy kilka lat temu ówcześni ministrowie finansów Niemiec i Francji – Theo Weigel
i Nicolas Sarkozy (tak, ten sam, obecny prezydent Republiki), wyszli z
inicjatywą ujednolicenia podatku od firm, oburzenie w Europie było powszechne, a
eksperci zapewniali opinię publiczną, że niemożliwe jest, aby Berlin i Paryż
narzucili swoją wolę w tak drażliwej kwestii pozostałym krajom członkowskim. A
jednak tamta inicjatywa wróciła niczym bumerang. Tym razem jako część paktu dla
konkurencyjności. Ten bumerang jest jednak dla Polski szkodliwy, a pakt jako
przejaw niemiecko-francuskiego dyktatu faktycznie… zmniejsza konkurencyjność
innych państw europejskich, w tym Polski, wobec dwóch największych europejskich
potęg.
Europa "A" i Europa "B"
Powodem, a może raczej pretekstem do zaskoczenia przez kanclerz Angelę Merkel i
Nicolasa Sarkozy´ego 25 krajów członkowskich Unii Europejskiej ową inicjatywą
jest kryzys ekonomiczny w Europie. Frau Merkel, a za nią niemieccy publicyści
mówią twardo i otwartym tekstem, że skoro Berlin ratuje od bankructwa Grecję,
Irlandię, a niedługo zapewne także Portugalię, ojczyznę przewodniczącego Komisji
Europejskiej José Manuela Durao Barroso (Hiszpanię, która też była na tej
liście, chwilowo olbrzymimi pożyczkami uratował Pekin), to ma prawo narzucać
swoje porządki w gospodarce.
To, co korzystne dla Niemiec, a zwłaszcza dla Francji, nie musi być jednak
korzystne dla Polski. W tym przypadku po prostu nie jest. Pakt dla
konkurencyjności – czy tego chcemy, czy nie – ustanawia podział na Europę "A" i
Europę "B". Europę lepszą i gorszą (w tym także biedniejszą, choć od tej reguły
są wyjątki – mające własną walutę i niezamierzające z niej zrezygnować
relatywnie bogate kraje, jak Wielka Brytania i Królestwo Szwecji). Oczywistym
następstwem paktu jest powstanie Europy dwóch prędkości. Szczerze potwierdził to
polski komisarz Komisji Europejskiej Janusz Lewandowski w wywiadzie, którego
udzielił dwa tygodnie temu "Gazecie Wyborczej". Jeśli teraz premier Donald Tusk
propagandowo mówi, że obawa powstania Europy dwóch prędkości… została
zażegnana, to jest to wyłącznie zwrot retoryczny, próba uspokojenia polskiej
opinii publicznej. Charakterystyczne zresztą, że ten sam Tusk na pierwsze
informacje o "niemiecko-francuskim dyktacie" (określenie… niemieckiego
polityka Martina Schulza, szefa frakcji socjalistycznej w Parlamencie
Europejskim) i powstaniu paktu dla konkurencyjności na poprzednim szczycie UE w
Brukseli zareagował bardzo krytycznie i ostro, co zresztą znalazło swoje
odzwierciedlenie m.in. w prasie niemieckiej ("Der Spiegel"). Jednak szybko
zmienił zdanie i pakt zaakceptował. Stało się tak po… zeszłotygodniowym
telefonie kanclerz Angeli Merkel. To swoisty "stały fragment gry". Po raz
kolejny polski premier zmienia zdanie w kluczowej sprawie po telefonicznym
lobbingu niemieckiej kanclerz. Trudno się potem dziwić, że w europejskich
stolicach jest, z pewną złośliwością, nazywany premierem na telefon.
Polska traci
Donald Tusk odtrąbił pakt jako swoisty sukces jego rządu: istniała groźba, że
będzie źle, a jest dobrze. Przypomina to bliźniaczą sytuację sprzed trzech lat,
gdy w Brukseli uzgodniono bardzo niekorzystny dla polskiej gospodarki pakiet
klimatyczno-energetyczny. Wówczas też premier z PO przedstawiał to jako doniosłe
osiągnięcie Polski, a dziś wiadomo, że dokument ten będzie miał niesłychanie
negatywne konsekwencje dla naszej gospodarki narodowej: już w 2013 roku nasz
produkt krajowy brutto zmniejszy się tylko z tego tytułu o 2,2 proc., bezrobocie
wzrośnie o 2 proc., a ceny elektryczności pójdą w górę o 23 procent. Dziś
premier Tusk, mówiąc, że "pakt dla konkurencyjności" nie będzie dzielił Europy,
jest równie niepoważny jak premier Tusk w 2008 roku, gdy ogłaszał w Brukseli na
konferencji prasowej polski sukces w kontekście paktu
klimatyczno-energetycznego. Gdy zaś mówi, że "Polska chce być w europejskim
mainstreamie" (czyli głównym nurcie), jest zabawny, bo ów główny nurt płynie
Renem i Sekwaną i ewentualnie, od biedy, w pozostałych krajach strefy euro – na
pewno nie Wisłą.
Ekonomiści są jednomyślni: ostrożnie licząc, pakt dla konkurencyjności
przyniesie w Polsce wzrost bezrobocia o 1 procent. To poważne zagrożenie,
zważywszy na to, że w ostatnich kilku miesiącach pracę straciło aż ćwierć
miliona Polaków. Zmiana podatku CIT, co jest konsekwencją paktu, oznacza również
straty dla Polski i niewielkim pocieszeniem jest fakt, że jeszcze większe straty
niż my zanotują takie kraje jak Irlandia, Dania i Holandia. Skądinąd wiadomo
też, że największymi beneficjentami będą Francja, Grecja i Łotwa. To dlatego ta
ostatnia entuzjastycznie przyjęła powstanie paktu i zgłosiła do niego swój akces
– obok jednego z dwóch najbiedniejszych krajów UE – Bułgarii, która widocznie
uważa, że gorzej już tam być nie może, a przykład Grecji może być na Bałkanach
zaraźliwy…
Polska w wyniku tak dobrze ocenianego przez szefa rządu PO – PSL paktu dla
konkurencyjności straci 160 tysięcy miejsc pracy – bezrobocie natomiast dzięki
paktowi zmniejszy się we Francji, Hiszpanii i Belgii, natomiast Niemcy ucierpią
najmniej. Poza nami najwięcej procentowo miejsc pracy stracą Irlandia i
Luksemburg. Ale to polski premier mówi, że akceptujemy ustalenia szczytu UE "bez
kompleksów i przesadnych trudności". Jakoś nie dał mu do myślenia fakt, że
zdecydowanie przeciwko paktowi dla konkurencyjności opowiedziały się Republika
Czeska i Wielka Brytania.
W praktyce pakt dla konkurencyjności oznacza oddanie części suwerenności
ekonomicznej Polski na rzecz krajów strefy euro, a w gruncie rzeczy na rzecz
polityczno-ekonomicznej osi Berlin – Paryż. Ten pakt równa się, co zresztą
szczerze przyznają nawet jego zwolennicy, zacieśnieniu narodowych polityk
gospodarczych. Także tych dotyczących kwestii emerytalnych i zatrudnienia. W obu
obszarach Polska już sobie nie radzi, a jeszcze dodatkowo straci.
Swoistą metaforą jest ustalenie, że szczyty krajów należących do "eurozony" mają
odbywać się każdego roku w marcu, tuż przed… szczytami Rady Europejskiej,
czyli szczytami UE poświęconymi gospodarce. Jasne jest więc, że decyzje
dotyczące państw nienależących do strefy euro będą zapadały poza nimi, na
spotkaniu krajów, w których obowiązuje wspólna waluta. Nic dodać, nic ująć…
Ryszard Czarnecki
Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego (Europejscy Konserwatyści
i Reformatorzy).
