Ojciec

Głównym bohaterem przypowieści przypomnianej dziś po raz kolejny w liturgii wcale nie jest wiarołomny, rozrzutny młodzieniec, który po skosztowaniu świńskiego menu powraca skruszony do domu. W jej centrum stoi ojciec.

To opowieść o powrotach i tęsknocie. O miłości i przebaczeniu, ludzkim upadku, zazdrości i mocy miłosierdzia. Zanalizowano ją już na wszystkie możliwe sposoby. Motyw od wieków obecny jest w sztuce, funkcjonuje jako topos w literaturze i codziennym języku. Ale to wszystko teoria. Nie zrozumie, czym jest Boże przebaczenie, ten, kto go nie doświadczył bądź nie ma świadomości swojej winy, ani ten, kto jest usatysfakcjonowany „karmą świń”, nie rozbudza w sobie tęsknoty za pięknym, czystym życiem. Upadek nie jest jeszcze do końca dramatem człowieka. Tragedia zaczyna się w momencie, kiedy nie chce on już powstać. W XX wieku, pięknym i okrutnym zarazem, dostaliśmy bezcenny skarb: to przypomnienie nam przez skromną zakonnicę orędzia Bożego miłosierdzia. „Jestem święty – mówił do niej Pan Jezus – po trzykroć i brzydzę się najmniejszym grzechem. Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech, ale kiedy żałuje, to nie ma granic dla mojej hojności, jaką mam ku niej. Miłosierdzie moje ogarnia ją i usprawiedliwia. Miłosierdziem swoim ścigam grzeszników na wszystkich drogach ich i raduje się Serce Moje, gdy oni wracają do Mnie. Zapominam o goryczach, którymi poili serce Moje, a cieszę się z ich powrotu. (…)” (por. „Dzienniczek” S. Faustyny, p. 1728).

Głównym celem działania złego ducha – istotą mechanizmu zła – jest nie tylko zło egzystencjalne: grzech, nienawiść, odrzucenie Boga. Owszem, jest ono uderzeniem w świętość Boga, próbą wprowadzenia dysharmonii pomiędzy Stwórcą i stworzeniem. Ale celem ostatecznym jest jeszcze coś innego, stokroć gorszego: to odebranie człowiekowi nadziei, przekonanie go, że nie ma już powrotu, że żadne podnoszenie się nie ma sensu. Wmówienie mu, że z wszelkim plugastwem, które nagromadził w swoim sercu, jest skazany tylko na siebie. Wydany we własne ręce. Jeżeli człowiek w to uwierzy, przegra życie. A trzeba tak niewiele, a może tylko to jedno: wykonania tego najtrudniejszego, pierwszego kroku – skierowania spojrzenia na drogę, której kresem jest najprawdziwsza wolność. Bóg uczyni resztę. Dlatego właśnie istota przepowiadania o Bożym miłosierdziu zamyka się w archetypie drogi. Syn marnotrawny w porwanych butach, ze zwieszoną głową wraca do ojca. Idzie tym samym szlakiem, którym niedawno pobiegł korzystać z uciech świata. Ojciec wychodzi na drogę, czekając na jego powrót. Nawet Jezus Miłosierny na znanym wszystkim obrazie kroczy, błogosławiąc! To ważny znak. Wszyscy są w ruchu. Nikt nie stoi w miejscu. Co więcej – cała Ewangelia zostaje proklamowana w drodze. Nawet krzyż nie był w stanie zatrzymać tego pochodu zbawienia. Całe dzieje ludzkości są drogą…

Idą ku Panu Bogu, wchodząc na drogę swojego powołania, nie wolno się zatrzymywać, cofać. Przychodzą upadki, bo jesteśmy tylko ludźmi. Ale wtedy na grzesznika czekają konfesjonały. Zły będzie kusił, przekonywał: – Masz jeszcze czas, nie spiesz się, będą święta, rekolekcje – wtedy się wyspowiadasz; nie bądź taki gorliwy… Jeśli się zgodzisz na to, przyjdą kolejne upadki. Przyjdzie moment, że nie będą one już problemem. I tak niepostrzeżenie może zrodzić się odejście. Nawet wieczne.


Marcin Jasiński
drukuj