Odrodzić Polskę z Prymasem Tysiąclecia

Interes narodowy, racja stanu, dobro wspólne, pomyślność Narodu pożarły
dziś postpolityka i propaganda zwana PR. Poraża atrofia aspiracji obozu władzy,
recydywa metod rządzenia rodem z głębokiego PRL, powrót mentalności
totalitarnej. Hegemonia Platformy Obywatelskiej na scenie politycznej niszczy
Polskę we wszystkich wymiarach. Afera hazardowa, zawłaszczanie i rozkład państwa
przez nową oligarchię, wymieranie Narodu, degradacja rodziny, stygmatyzowanie i
wykluczanie elektoratu prawicowo-katolickiego, powrót "układu"
biznesowo-medialnego ze służbami w tle – tym kończą się rządy Donalda Tuska, dla
którego "polskość to nienormalność". Nie takiej Polski wypatrywał ks. kard.
Stefan Wyszyński.

Obrońca wiary i ojciec Ojczyzny, bohater narodowy i święty – zmarły 30 lat temu
ks. kard. Stefan Wyszyński godzien jest wielkich słów. Czas nie umniejszył jego
zasług, nie osłabił pamięci. Przeciwnie – po beatyfikacji Jana Pawła II i ks.
Jerzego Popiełuszki – dwóch wielkich synów Polski, a zarazem duchowych
dziedziców Prymasa Tysiąclecia, jego spiżowa postać jaśnieje coraz większym
blaskiem. Jak patrzyłby na dzisiejszą Polskę? Co chciałby powiedzieć Narodowi,
rządzącym, Kościołowi?
Jego pamiętne "non possumus" z 1953 r., rzucone uzurpatorskiej władzy, uratowało
wolność Kościoła i ducha Narodu. Ksiądz Prymas był wtedy naszym "antemurale" –
prawdziwym przedmurzem – wiedział, że komunizm może pokonać tylko katolicyzm, a
los bezbożnej ideologii rozstrzygnie się w Polsce. Kościół i Naród – nigdy nie
rozdzielał tych dwóch rzeczywistości, bo jako wytrawny znawca historii i duszy
polskiej rozumiał ten związek jako jedność. By ocalić tę więź, zagrożoną przez
kurs na publiczny ateizm przyjęty po 1944 r., podjął swoje wiekopomne
inicjatywy: Śluby Jasnogórskie, Wielką Nowennę, peregrynację Obrazu Matki Bożej
Częstochowskiej, Sacrum Poloniae Millennium, Społeczną Krucjatę Miłości. Dzięki
owocom tych dzieł nasz katolicyzm jest wciąż dynamiczny i silny, a Kościół
pozostaje – mimo zakusów jego nieprzyjaciół – nieusuwalną częścią życia
publicznego. A przecież, według demiurgów "nowej wiary", miało być zupełnie
inaczej…
Czym byłaby Polska, gdyby Prymas Tysiąclecia "nie mieszał się" do polityki?
Gdyby nie wsłuchiwał się w głos Narodu, nie identyfikował z jego bólami i
nadziejami? Politykę pojmował na sposób klasyczny – jako roztropną troskę o
dobro wspólne i obowiązek każdego, kto poczuwa się do odpowiedzialności za
sprawy publiczne. On sam z racji swego urzędu uważał się za ojca wszystkich
Polaków, również "braci komunistów". Dlatego za swoje najważniejsze zadanie
uznał budowanie jedności na fundamencie Ewangelii i odnowę moralną Narodu. Jako
przenikliwy znawca systemów totalitarnych wskazywał, że ład w Ojczyźnie nastąpi
wtedy, gdy uszanowane będzie prawo Boga do serc ludzi, prawo człowieka do Boga,
gdy rodzina wyzwolona zostanie z ideologicznych okowów. Za trwałe punkty
odniesienia w polskiej rzeczywistości uznawał Naród, Kościół i rodzinę – reszta,
zwłaszcza partie polityczne, to ruchome piaski, na których nie można budować.
Swój program odrodzenia zawarł w słowach: "Kocham Ojczyznę więcej niż własne
serce, i wszystko, co czynię dla Kościoła, czynię dla niej". Żył sprawami
Polaków, boleśnie odczuwając wszystko, co godziło w dobro Narodu, zwłaszcza w
jego kondycję duchową i moralną. Z największym cierpieniem patrzył, jak pod
rządami ustawy umożliwiającej zabijanie dzieci poczętych polska ziemia spływa
krwią, od której czerwienieją wody Wisły. Niestety, wtedy był to głos wołającego
na puszczy… Prorokował, że jeżeli nie zostanie natychmiast zniesiona
zbrodnicza ustawa, Naród przestanie istnieć, a bruki Warszawy porosną trawą.
Można być pewnym, że i dziś piętnowałby bezczynność Platformy Obywatelskiej w
obliczu zapaści demograficznej – w szybkim tempie zmierzamy do zaplanowanych
przez Klub Rzymski w 1972 r. 15 milionów Polaków, planowe niszczenie rodziny
przez podcinanie podstaw bytu ekonomicznego, narzucanie procedury in vitro i jej
refundację, brak pełnej ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci,
otwieranie drogi związkom homoseksualnym.
Prymas Tysiąclecia uważał, że polską racją stanu jest 80 milionów Polaków, bo
żyjemy między dwoma molochami: Moskwą i Berlinem – w tym miejscu Europy ostoi
się tylko Naród silny liczebnie, zwarty, trzymający się ziemi, która z łatwością
może wyżywić nie tylko Polskę, ale i inne kraje. Rząd Donalda Tuska ma rolników
w pogardzie, nie walczy o równe dopłaty unijne, nie inwestuje w ścianę
wschodnią, zamykając perspektywy rozwoju dla mieszkańców. Nie wykazuje troski o
zabezpieczenie naszego stanu posiadania na ziemiach zachodnich. Niszczycielska
furia tego rządu dosięga każdego odcinka życia publicznego: Platforma
doprowadziła państwo do rozkładu, niebywałej zapaści finansowej, nie działają
podstawowe instytucje konieczne do przetrwania tkanki narodowej. W XXI wieku
Polacy pozbawieni są dostępu do służby zdrowia z prawdziwego zdarzenia. Szkoła
zamiast uczyć i wychowywać, indoktrynuje w duchu europejskiej poprawności,
zamiast patriotyzmu szerzy nihilizm. Wśród "młodych wykształconych z wielkich
miast" panuje największe bezrobocie; PO zamiast tworzyć miejsca pracy w kraju,
wypycha ludzi na emigrację zarobkową na Zachód, by pracowali na pomyślność
tamtejszych społeczeństw, tylko nie Polski. To są działania obliczone na
niszczenie Narodu, jak chce ideologia Nowej Lewicy, czyli marksizm w nowych
szatach, ale z tą samą nienawiścią do Kościoła i Pana Boga.
Polska wciąż nie jest tą Ojczyzną, o której marzył, dla której cierpiał Prymas
Tysiąclecia. Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy jego odwagi, mądrości i
wiary, wskazówek i rad zawartych w nauczaniu. Gdy podejmiemy to dziedzictwo,
nadejdzie wyczekiwane "nowych ludzi plemię" i odrodzi Polskę.

 

Małgorzata Rutkowska

drukuj