Odliczałem godziny, ile jeszcze wytrwam

Z Jerzym Bieleckim,
więźniem KL Auschwitz z numerem obozowym 243, który trafił do Oświęcimia
w pierwszym transporcie 14 czerwca 1940 roku, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler

W jakich okolicznościach został Pan
aresztowany i trafił do więzienia w Tarnowie, skąd wyruszył pierwszy
transport do KL Auschwitz?

– Pod koniec kwietnia 1940 r. z
czterema kolegami chcieliśmy przedostać się na Węgry, a stamtąd do
Francji, do tworzącego się Wojska Polskiego. Niestety, Niemcy
aresztowali nas przed granicą i osadzili w więzieniu w Nowym Sączu,
gdzie byliśmy przesłuchiwani przez trzy tygodnie, a następnie
przewieziono nas do więzienia w Tarnowie. Tutaj byliśmy aż do 14 czerwca
1940 roku. Dzień wcześniej zrobiono nam nagle zbiórkę, przeliczono
więźniów i zapędzono do łaźni żydowskiej, gdzie spędziliśmy noc, śpiąc
na betonie. Rano, po zbiórce, gestapo pognało nas na dworzec kolejowy,
gdzie zostaliśmy załadowani do pociągu. To był skład osobowy z małymi
wagonikami starego typu, chyba ośmioprzedziałowymi. W każdym przedziale
mieściło się najwyżej sześciu pasażerów, a nas wsadzano po 12 lub 15.
Pociąg miał pięć wagonów.

Wiedzieliście, dokąd jedzie ten
transport?

– Nie. Sądziliśmy, że jedziemy na Śląsk do pracy w
kopalniach lub hutach. Cieszyliśmy się, że wreszcie nie będziemy
przebywać w ciasnym więzieniu, cierpiąc głód. Woleliśmy pracować.
Tymczasem przewieziono nas przez Kraków do Trzebini, gdzie pociąg
zatrzymał się po raz pierwszy, a potem skręcił w kierunku Chrzanowa,
minął go i znalazł się na dworcu w Oświęcimiu. Przez uchylone okienko w
wagonie zobaczyłem napis „Auschwitz – Oświęcim”. Wtedy nazwę Oświęcim
znałem jedynie z lekcji geografii. Po krótkim postoju pociąg skręcił na
boczny tor i pojechał w kierunku magazynów Polskiego Monopolu
Tytoniowego. Wysiadając, zobaczyliśmy około stu esesmanów z drewnianymi
pałami długości około półtora metra i jakimiś kablami w rękach. Stali w
dwuszeregu na odcinku między pociągiem a prowizoryczną bramką z drutu
kolczastego, znajdującą się w ogrodzeniu, za którym mieścił się jeden z
bloków obozowych. Trafiliśmy do niego na tzw. kwarantannę. Nagle padła
komenda „na prawo” i „biegiem marsz”. Biegliśmy w tym szpalerze
ustawionym z esesmanów. Ci zaś, krzycząc, podkładali nam nogi i bili
gdzie popadnie tym, co mieli w rękach. Sam oberwałem ze dwa razy w głowę
i plecy.

Brutalne metody i terror miały pozbawić więźniów
nadziei?

– Nie wiedziałem, co się dzieje, gdzie się dostaliśmy.
Gdy trafiliśmy za ogrodzenie z drutu kolczastego, ustawiono nas w
szereg. Naszą uwagę zwróciło 30 więźniów w pasiakach, którzy już tam
byli. Jak się okazało, byli to tzw. kapo, kryminaliści przywiezieni
tutaj specjalnie, by nas katować. Podchodzili do nas i krzycząc
niesamowicie, bili wszystkich. Zapamiętałem może 15- czy 16-letniego
chłopaka stojącego obok mnie, któremu z rozbitej głowy ciekła krew na
ubranie, cały się trząsł i płakał. Tak wyglądały moje pierwsze chwile w
Auschwitz…

Każdy dzień był walką o życie…
– Już po
pięciu miesiącach najmłodszy z nas – Edward – zmarł na ciężkie zapalenie
płuc. Był bardzo osłabiony, bo jedzenia było za mało, żeby żyć, a za
dużo, żeby od razu umrzeć. Już wtedy widziało się w obozie więźniów
zwanych przez Niemców i kapo „muzułmanami”, tzn. ludzi zupełnie
wykończonych. To byli nasi koledzy, którzy wracali z pracy poranieni,
głodni, często z osłabienia nie mogli ustać na nogach. Ci ludzie liczyli
już tylko swoje dni, a nawet godziny. Przez pierwsze 13 miesięcy
pracowałem w różnych komandach: przy budowie dróg, rozbieraniu budynków,
wykopywaniu fundamentów po budynkach już rozebranych, odgarnianiu
śniegu w zimie, czyszczeniu ulic, magazynowaniu drewna. Wszystkie te
prace, które trwały dziennie około 10 godzin, odbywały się pod gołym
niebem. Często cały dzień padał deszcz, deszcz ze śniegiem lub śnieg, w
zimie były wielkie mrozy, pracowaliśmy więc przemoczeni i zmarznięci. To
było wykańczające. Nie wiedziałem, ile jeszcze wytrwam. Ludzie
przeważnie umierali z głodu, przepracowania, bicia, z ran odniesionych w
czasie pracy i w wyniku różnych chorób, które pojawiały się w okresie
jesienno-zimowym. Miałem wtedy 19 lat. Gdy trafiłem do obozu, ważyłem
ponad 60 kg, bardzo szybko moja waga spadła do 42 kilogramów.

Jak
udało się Panu przeżyć ten koszmarny czas?

– Dzięki znajomości
języka niemieckiego, którego nauczyłem się w gimnazjum, w drugiej
połowie lipca 1941 roku dostałem się do ośmioosobowego komanda, które
pracowało w młynie. Zostałem tam skierowany jako mechanik-konserwator i
to właściwie uratowało mi życie. Nie brakowało tam mąki, kaszy, jakiegoś
pęczaku, krup, z których można było przyrządzić sobie jedzenie. Była to
ponadto robota pod dachem, a więc w cieple. Tam doszedłem do siebie,
odzyskałem siły. W młynie, który znajdował się na przedmieściach
Oświęcimia, pracowałem 19 miesięcy.

Krematoria Auschwitz
pochłonęły setki tysięcy istnień ludzkich. Pracując w różnych komandach,
wiedział Pan, co dzieje się w tych budynkach?

– W 1943 roku
zostałem skierowany do komanda kosiarzy, którzy zajmowali się koszeniem
trawy na terenie obozu. Pewnego dnia, kiedy kosiliśmy przy ogrodzeniu
krematorium nr 3 w Birkenau, podsłuchałem rozmowę esesmana z kapo z
naszego komanda. Zauważyłem nagie ciała ułożone jak drewno obok
ogrodzenia krematorium. Podobno było tam ponad tysiąc zwłok, tak
wynikało z rozmowy między nimi. Esesman powiedział: „Będzie tego gnoju
sporo ponad tysiąc”. Już wtedy przychodziły tu transporty Żydów.
Nadwyżkę zwłok, której nie można było spalić, układano pod drutami
ogrodzenia krematorium. Później dopóty je palono, dopóki wszystkich się
nie pozbyto. Bywało nawet tak, że kiedy brakowało czasu na spalenie
zwłok w krematoriach, układano olbrzymie stosy spaleniskowe, które
dymiły dzień i noc, swąd palonych ciał rozchodził się dookoła. Trudno
było to wytrzymać.

Wtedy zrodziła się w Panu myśl ucieczki z
obozu?

– Trafiłem do komanda pracującego w magazynie zbożowym, w
którym zostałem już do końca pobytu w obozie. Pracowało w nim przy
reperacji worków dziesięć młodych Żydówek. Z czasem pokochałem jedną z
nich, miała na imię Cyla. Do Birkenau zaczęto zwozić w tym czasie po
pięć transportów wypełnionych Żydami dziennie. Bez selekcji prowadzono
ich do tzw. łaźni, czyli komór gazowych, a potem palono. Wtedy zacząłem
myśleć o ucieczce. Dobrze wiedziałem, że na dziesięć prób ucieczki z
obozu, udawała się zwykle jedna. Uciekinierów wyłapywano i ginęli na
szubienicy. Mało tego, każda ucieczka z obozu miała także swoje
konsekwencje dla kolegów zbiega – wybierano dziesięciu więźniów z bloku,
skazując ich na śmierć głodową w bunkrze.

Podjął Pan jednak
ryzyko i opracował plan ucieczki, i to nie sam, lecz razem z Cylą. W
jaki sposób wydostaliście się z obozu?

– Miałem w obozie kolegę –
Tadeusza Srogiego z pierwszego transportu (nr 178), który zmarł w
ubiegłym roku. Pracował wtedy w magazynie mundurowym SS. Wpadła mi do
głowy szaleńcza myśl, żeby skompletował dla mnie taki mundur. Gdy mu to
zaproponowałem, powiedział, że obaj pójdziemy za to na szubienicę,
jednak przez pięć tygodni znosił mi części umundurowania. Chowałem je w
specjalnej skrytce pod dachem magazynu zbożowego. Tadeusz dostarczył mi
także używaną przepustkę, której esesman zapomniał wyjąć z bluzy. Była
koloru oliwkowo-zielonego i pozwalała na wyprowadzenie z obozu trzech
więźniów przez esesmana o nazwisku Stehler. Zmieniłem na niej liczbę
więźniów i datę, a także nazwisko samego esesmana. Bałem się, żeby
podoficer dyżurny SS, który będzie mnie legitymował na przejściu, nie
znał przypadkiem owego Stehlera.

Jak wyglądała sama ucieczka?

Czekałem na taki dzień, kiedy obowiązywać miały przepustki koloru
oliwkowo-zielonego, bo esesmani zmieniali zasady co pewien czas. Był
lipiec 1944 roku, gdy przez przypadek dowiedziałem się, że jest
oliwkowo-zielony kolor przepustek. Spotkałem się z Cylą w wyznaczonym
miejscu koło śmietnika należącego do pralni SS. Powiedziałem jej:
„Skarbie, uważaj dobrze. To, co ci powiem, zapamiętaj sobie bardzo
szczegółowo. Jutro około godziny trzeciej przyjdzie do ciebie do komanda
esesman z oddziału politycznego i weźmie cię na przesłuchanie. Tym
esesmanem będę ja”. Pamiętam, że popatrzyła na mnie jak na wariata. Nie
spałem całą noc, myśląc, czy nam się uda uciec z obozu. Następnego dnia
przebrałem się w mundur esesmana i poszedłem po Cylę. Po drodze
przejeżdżający na motocyklu Niemiec zasalutował, co dodało mi odwagi,
także dwóch więźniów zamiatających ulice stanęło na baczność, gdy
przechodziłem obok nich. Wszedłem do budynku, w którym pracowała Cyla.
Nagle z kąta podeszła do mnie kapo, pytając, czego sobie życzę. Zza pasa
wyjąłem karteczkę, na której dla niepoznaki miałem napisane imię i
nazwisko Cyli, jej numer obozowy, nawet nazwisko jej ojca i nazwę
miejscowości, z której pochodziła. Gdy chciałem przeczytać jej dane,
otworzyły się nagle drzwi i zobaczyłem kierowniczkę komanda z ramienia
SS. Podeszła do mnie, przywitała się. Podałem jej rękę, powiedziałem, że
jestem z oddziału politycznego i muszę zabrać na przesłuchanie Cylę
Cybulską z Łomży i podałem jej numer obozowy.

Udało się do
końca zachować zimną krew? Przecież w każdej chwili mógł Pan popełnić
jakiś błąd…

– Z wrażenia spociłem się i zamgliły mi się
okulary. Gdy Cyla mnie zobaczyła w mundurze esesmana, na jej twarzy
zaczęły perlić się kropelki potu, widziałem, jak opuściła wzrok, zaczęła
zagryzać wargi i nerwowo zaciskać i otwierać palce u ręki. Opanowałem
się, sprawdziłem jej numer i powiedziałem kierowniczce, że muszę już
iść. Dodałem, że gdybyśmy musieli dłużej zatrzymać Cylę, to powiadomimy o
tym. Wyszliśmy, dawałem komendy po niemiecku – „na lewo”, „na prawo”, a
po cichu uspokajałem Cylę. Gdy z budki kontrolnej wyszedł podoficer SS,
wiedziałem, że nie ma już odwrotu: albo będziemy wolni, albo zawiśniemy
na stryczku. Przywitałem się, zameldowałem, że wychodzi jeden wartownik
i jeden więzień, i podałem swoją przepustkę. Serce mi w piersiach
waliło, bo zdawało mi się, że coś za długo jej się przygląda. Zacząłem
modlić się do Boga, by był dla nas łaskawy. Strażnik jeszcze raz
popatrzył na Cylę, potem na przepustkę i marszcząc lekko brwi, oddał mi
dokument. Podziękowałem i trzęsącą ręką odebrałem przepustkę. Niemiec
cofnął się do budki i wypuścił nas za ogrodzenie obozu. Wyobraża pan
sobie, ile kosztowało mnie te 15-20 kroków… Dopiero po pół godzinie
zawyła syrena alarmująca brak więźnia w obozie.

Jak potoczyły
się wasze dalsze losy?

– Po 9 dobach ucieczki dotarliśmy do
granicy III Rzeszy z Generalnym Gubernatorstwem. Cylę ukrywała rodzina
Czerników z Gruszowa koło Racławic, ja wyjechałem w rodzinne strony, do
Igołomi pod Krakowem, gdzie z początku też się ukrywałem. Następnie
wstąpiłem do oddziału partyzanckiego Armii Krajowej. Po przejściu frontu
nie mogliśmy się z Cylą znaleźć. Powiedziano mi, że wyjechała do
Szwecji i tam zmarła, jej z kolei, że zginąłem w partyzantce. Dopiero po
prawie 40 latach, pod koniec maja 1983 r. o piątej nad ranem w moim
mieszkaniu zadzwonił telefon. Usłyszałem szloch w słuchawce: „Jureczku,
to ja, twoja Cyla”. Dowiedziałem się od niej, że przez Szwecję dostała
się do Stanów Zjednoczonych i tam zamieszkała. 8 czerwca 1983 r. Cyla
przyleciała do Polski. Powitałem ją na lotnisku bukietem z 39 czerwonych
róż – za każdy rok rozstania jedna róża. W następnych latach Cyla
wielokrotnie odwiedzała Polskę, ja również kilka razy byłem u niej w
Ameryce. Zmarła w 2005 roku.

Dziękuję za rozmowę.


drukuj