Od małego byłem dumny z ojca
Z Adamem Brońskim, synem por. Zdzisława Brońskiego ps. "Uskok",
rozmawia Adam Kruczek
Pana ojciec zginął w 1949 r., gdy miał Pan półtora roku. Kiedy
dowiedział się Pan, kim był, za co walczył i poległ?
– Pamiętam, że gdy miałem 4-5 lat, słyszałem od matki, że ojciec żyje. Była
puszczona taka fama, że w bunkrze zginął nie "Uskok", tylko student KUL, który
był łącznikiem oddziału. Miało to podnieść na duchu poddawanych represjom ludzi
związanych z podziemiem. Choć mama uczestniczyła w autopsji ojca, to jednak była
tak zdenerwowana – wcześniej przeszła ubeckie śledztwo – że nie miała
stuprocentowej pewności, czy to rzeczywiście on. Zwłoki były bardzo poszarpane,
bo granat urwał nie tylko ręce i głowę "Uskoka", ale odłamki uszkodziły inne
części ciała. Dopiero po latach mama przyjęła do wiadomości, że "Uskok" nie
żyje. "Gdyby żył, to by się odezwał" – mówiła.
"Uskok" został zdradzony przez byłego członka oddziału.
– Tak, zdradził go Franciszek Kasperek ps. "Janek". To był człowiek po szkole
żandarmerii w Grudziądzu. Przeszedł kampanię wrześniową. W oddziale ojca był
jego prawą ręką – i za okupacji niemieckiej, i za sowieckiej. Skorzystał z tzw.
drugiej amnestii w 1947 r., zresztą za pełną aprobatą "Uskoka", który namawiał
kolegów mających rodziny, by próbowali ułożyć sobie legalne życie. Nie wiem, w
jaki sposób Kasperek stał się konfidentem UB, ale są na to bezsporne dowody. Za
pieniądze sypał kolegów. To on po podaniu środka usypiającego obezwładnił i
przekazał UB najbliższego wówczas towarzysza broni mojego ojca, Zygmunta Liberę
"Babinicza". Bestialskimi torturami i środkami narkotycznymi ubecy wymusili na "Babiniczu"
podanie miejsca pobytu "Uskoka", gwarantując mu, że ani jemu samemu, ani jego
dowódcy nic się nie stanie. Oczywiście było to typowo sowieckie kłamstwo.
Okrążony w bunkrze pod stodołą Lisowskich ojciec nie miał złudzeń co do intencji
ubeków i wysadził się granatem. Po roku po pseudoprocesie zastrzelono "Babinicza".
Wcześniej, bo trzy miesiące po śmierci ojca, wyrok na zdrajcy Kasperku wykonali
Edward Taraszkiewicz "Żelazny", Stanisław Kuchcewicz "Wiktor" i Józef Franczak
"Lalek".
Co matka mówiła Panu jako dziecku o ojcu?
– Nie ukrywała, że był dowódcą oddziału partyzanckiego, a ona w tym oddziale
pełniła funkcję łączniczki. Wpajała mi od małego, że mój ojciec był wielkim
patriotą. Mówiła mi też, że jestem do niego podobny, bo jako dziecko
rzeczywiście byłem podobny. Te rozmowy zawsze kończyły się jej płaczem. Nigdy
nie pojawiał się temat mojego ojca, gdy kogoś gościliśmy. To było po prostu
niebezpieczne. Od małego miałem wpojone, żeby o ojcu z nikim nie rozmawiać.
Zdzisław Broński był wykształconym człowiekiem, a sądząc po stylu, w
jakim pisał pamiętniki, miał też niewątpliwy talent literacki.
– Ojciec uczęszczał do znanego liceum Zamoyskiego w Lublinie i ukończył tę
szkołę, jednak zrezygnował ze zdawania matury. Niestety, nie udało mi się
ustalić przyczyn tej decyzji. Chodziło o jakieś względy ambicjonalne. Uniósł się
honorem i w dniu matury wyjechał do brata Wacława na Kresy. Od rodziny
dowiedziałem się, że był bardzo wrażliwym, młodym człowiekiem. Występował w
chórze parafialnym, udzielał się w kółku teatralnym. Przejawiał zainteresowania
humanistyczne. Matka mi opowiadała, że dobrze znał literaturę narodową,
twórczość Mickiewicza, Sienkiewicza. Potrafił przytaczać z pamięci całe
fragmenty Trylogii i "Pana Tadeusza".
W jaki sposób poznali się Pana rodzice?
– Oni znali się jeszcze sprzed wojny. Ojciec pochodził z Radzica, a moi
dziadkowie mieszkali w Kijanach. W prostej linii dzieliły ich trzy kilometry z
rzeką Wieprz pośrodku. To była ta sama parafia, ta sama szkoła. Mama wcześnie
wyszła za mąż i owdowiała w 1943 r., gdy Niemcy zastrzelili jej męża. Po
wkroczeniu Sowietów, ale i za okupacji niemieckiej, choć rzadziej, "Uskok"
korzystał z zabudowań dziadków jako kwatery dla swojego oddziału. Tu u mojego
dziadka, byłego legionisty, mógł liczyć na odpoczynek, nocleg, posiłek, zmianę
bielizny. Tu oddział przechowywał również broń ze zrzutów i materiały wybuchowe.
Rodzice bliżej poznali się jeszcze przed zaprzysiężeniem mamy. Nie mogli wziąć
ślubu, bo to stanowiło śmiertelne zagrożenie dla księdza. Mama wstąpiła do
oddziału w czerwcu 1946 roku. Była łączniczką głównie między Hieronimem
Dekutowskim "Zaporą" a "Uskokiem". Wykonała kilkadziesiąt kursów łącznościowych.
Została aresztowana w Wigilię 1946 roku. Od stołu wigilijnego zawieziono ją do
siedziby UB w Lublinie na ul. Krótkiej. Przeszła ciężkie śledztwo.
Opowiadała Panu o tym?
– Tak, choć niechętnie. Zabrano ją w stroju odświętnym, w najlepszych butach.
Nie chciała się przyznać, więc starano się ją zmiękczyć. Opowiadała, że
rozebraną do bielizny trzymano ją przez dwa tygodnie w celi z wodą do kostek,
bez światła, w chłodzie. W celi nie było żadnej pryczy, tylko jedna cegła
wystająca ponad wodę. Przeżyła dzięki młodemu, zdrowemu organizmowi. Przeszła
wszystkie tortury – od siedzenia na stołku po porażanie prądem, była bita,
straciła kilka zębów. Do dziś ma na tym tle traumę. Czasami powie: "Byłam na
Krótkiej" i zapada potem w długą zadumę. Nie zdradziła i nie przyznała się do
niczego. Wypuścili ją po 5 miesiącach, już po amnestii.
Dom Pana dziadków, gdzie mieszkał Pan z matką, musiał być pod
obserwacją bezpieki.
– Tak, ale dopiero dzięki IPN okazało się, kto donosił. Konfidentów było
kilkunastu, a jednym z nich osoba najmniej "podejrzana", sąsiad mieszkający o
dwa zabudowania od gospodarstwa dziadka, wójt, przykładny gospodarz często
pożyczający swoje konie i oferujący pomoc. Bezpieka wysyłała do naszego domu na
zwiady np. byłych kolegów ze szkoły mojej mamy, uczniów dziadka. Ale i wśród
tych "umoczonych" we współpracę z bezpieką zdarzały się przykłady szlachetnych
postaw, gdy ostrzegano moją rodzinę przed rewizjami, nalotami UB itp.
Często przeprowadzono rewizje?
– Pamiętam, że kiedyś – było to już długo po śmierci ojca – przyszło trzech
panów i szukali czegoś w domu, a nawet mieli zamiar zerwać podłogę. Ale żyjąca
jeszcze babcia powiedziała im: "Ta podłoga była już zrywana trzy razy, jakby coś
tam było, to byście dawno znaleźli". I dali spokój. Wcześniej zrywali i podłogi,
i strzechę.
"Uskok" po śmierci "Zapory" był komendantem wszystkich oddziałów WiN
na Lubelszczyźnie. To była znana postać. Nie pokazywali Pana palcem: "O, idzie
syn "Uskoka""?
– Bywało i tak, ale uczono mnie w domu, żebym nigdzie, nigdy i nikomu się do
tego nie przyznawał. Chodziłem do szkoły podstawowej w miejscowości Ludwików,
gmina Spiczyn. Lekcje odbywały się jeszcze w domach prywatnych. Idąc do szkoły,
często byłem zaczepiany, zwłaszcza przez jednego z mieszkańców, który zwykł do
mnie mówić: "Ty, Broński, tędy nie chodź, bo to moje pole i moja miedza", choć
ja nosiłem nazwisko matki. Później dziadek mi wytłumaczył, że to działacz
partyjny, żebym się nie przejmował. Byli też inni, też związani z ówczesną
władzą, którzy podpici przywoływali mnie i pytali ze śmiechem, czy wiem, kto był
moim ojcem. Wyraźnie chodziło im, żeby mi dokuczyć, bo mówili wtedy bardzo
nieprzyjemne rzeczy o ojcu. Jeszcze inni zastawiali mi drogę, gdy szedłem do
piekarni i nie dawali kupić chleba. "Idź do Mikołajczyka, niech ci da chleba, bo
tutaj nie dostaniesz" – śmiali się. Musiałem wracać z pustymi rękoma. Od tego
czasu chleb zaczęto wypiekać w domu.
Jak Pan reagował na te prowokacje?
– Uprzedzony głównie przez dziadka grzecznie słuchałem i nie odzywałem się.
Dziadek, który był doświadczonym człowiekiem, przykazał mi, żebym w żadnym
wypadku nie dał się ponieść, nie sprzeciwiał się, nie oponował, tylko raczej
udawał, że mnie to nie dotyczy. Po prostu jako synowi "Uskoka" groziło mi
niebezpieczeństwo. Byli ludzie, którzy mogli mi zrobić krzywdę, i nie wolno im
było dać pretekstu. Dużo zawdzięczam dziadkowi, mądremu i rozważnemu
człowiekowi, który przeszedł z Legionami szlak od Zamościa do Wilna i pracował w
kancelarii Józefa Piłsudskiego. W rozmowach ze mną porównywał mojego ojca z
powstańcami listopadowymi i styczniowymi. Dzięki tym rozmowom od małego byłem
dumny ze swojego ojca.
A nauczyciele w szkole nie próbowali Pana szykanować?
– Nie, zachowywali się bardzo przyzwoicie. Zresztą dyrektorem szkoły
powszechnej do 4 klasy była pani Jadwiga Pokorna, która za okupacji niemieckiej
służyła w dowództwie AK obwodu Lubartów. Dzięki niej dzieci partyzantów, a było
ich w szkole kilkoro, nie były dyskryminowane. A wśród kolegów nie było o tym
mowy, bo dzieci aktywistów partyjnych było bardzo mało i to raczej one starały
się dostosować do reszty. Koledzy w szkole mówili mi szeptem, że słyszeli od
rodziców, jak to kiedyś stacjonował w ich domu "Uskok" albo że gdzieś w okolicy
była jakaś potyczka z jego udziałem. Ale ja raczej nie kontynuowałem tego
tematu. Bezpieka musiała jednak wysyłać za mną swoje "referencje", gdyż później,
już w średniej szkole rolniczej, gdy zostałem kiedyś bezpodstawnie posądzony o
kradzież dziennika i zawieszony na trzy tygodnie, od dyrektora usłyszałem:
"Jesteś elementem niepewnym, ale my cię ukształtujemy". Nie robiło to już na
mnie większego wrażenia.
Fakt bycia synem żołnierza wyklętego zaważył na Pana drodze życiowej?
– Na pewno. Miałem zamiłowania artystyczne i chciałem dostać się do liceum
plastycznego w Lublinie. Pamiętam, jak w trakcie egzaminu wstępnego weszło na
salę kilku nauczycieli, a dyrektor pokazał mnie palcem. Później oni chodzili
wśród zdających, ale każdy zatrzymywał się przy mnie i przyglądał się.
Ostatecznie nie dostałem się, bo jak usłyszałem, choć ze wszystkich przedmiotów
miałem piątki, to nie zdałem z matematyki. Byłem pewny, że zrobiłem dobrze
cztery zadania z pięciu, ale nie znaliśmy nikogo, kto mógłby interweniować.
Ostatecznie zrezygnowałem z egzaminu poprawkowego we wrześniu i poszedłem do
szkoły rolniczej. Sytuacja powtórzyła się, gdy starałem na dostać na Akademię
Rolniczą. Egzamin zdałem, ale nie zostałem przyjęty jakoby z braku miejsc.
Później, gdy z kolegami porównywaliśmy swoje odpowiedzi, okazało się, że wielu
napisało gorzej, a się dostali. Znów się uniosłem honorem i więcej już nie
startowałem. W dorosłym życiu już raczej nie miałem tego rodzaju przykrych
doświadczeń. Tak jakby oni doszli do wniosku, że nie stanowię zagrożenia.
Kilkakrotnie byłem namawiany do wstąpienia do PZPR, co było związane z
niewątpliwymi korzyściami materialnymi, raz nawet kolega przyniósł mi wypełnioną
przez siebie deklarację członkowską. Pomyślałem tylko: "Do kogo ty to
przynosisz?", i odmówiłem.
Dziękuję za rozmowę.
