Obligacja do działania

Z Zuzanną Kurtyką, żoną prezesa IPN Janusza Kurtyki, który zginął w
katastrofie smoleńskiej, prezesem Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010, kandydatem
do Senatu RP, rozmawia Paulina Gajkowska

Jak odbiera Pani komentarze sugerujące, że start bliskich ofiar katastrofy
smoleńskiej w wyborach to upolitycznianie katastrofy i próba zrobienia
"kariery"?

– Mogłam się spodziewać, że prędzej czy później takie komentarze się pojawią.
Jest to typowy przykład odwracania kota ogonem, przypominający propagandę
PRL-owską. Oddałabym każdą formę "kariery", jakiejkolwiek, żeby tylko móc wrócić
do mojego życia sprzed 10 kwietnia. W stosunku do mnie zarzut o "robienie
kariery" jest o tyle niesłuszny, że jest to ostatnia rzecz, na jakiej mi
zależało. Chciałabym w tym miejscu zwrócić uwagę na jedną, bardzo ważną sprawę.
Wielką zasługą ludzi, którzy zginęli pod Smoleńskiem, było to, że potrafili
zbudować w swoich rodzinach wspólnotę – ich życie i działalność publiczna nie
były jakąś abstrakcją, ale rzeczywistością, która scalała, jednoczyła całą
rodzinę. Widać to właśnie teraz, kiedy ich rodziny pragną kontynuować dzieło
życia i wartości, którymi żyli. Myślę, że część społeczeństwa w ogóle nie
uświadamia sobie, że tak jest. Mam szczęście, bo moja rodzina taka właśnie jest
i była. Stanowiliśmy i nadal stanowimy jedność do tego stopnia, że poczuliśmy
obowiązek kontynuowania pracy mojego Męża, mimo że już nie żyje… To jest dla
mnie wartość nieprzemijająca. I to przede wszystkim skłoniło mnie, aby
wystartować w najbliższych wyborach.

Pani hasłem wyborczym jest "Zdrowa polityka". To znaczy, że teraz jest chora?
– Hasło "Zdrowa polityka" jest hasłem wieloznacznym. Po pierwsze, chodzi o te
zagadnienia, którymi chciałabym się zajmować, jeśli zostanę senatorem. Ponadto
uważam, że społeczeństwo powinno zobaczyć wreszcie inny obraz polityka niż ten
stereotypowy wizerunek, który obecnie panuje. Jednym z moich celów, które sobie
postawiłam, decydując się na start w wyborach, jest właśnie pokazanie, że
polityka może być inna. Funkcję publiczną pełni się nie dla siebie, ale dla
drugiego człowieka, dla państwa i Narodu. Zdrowa polityka jest pozbawiona tych
wszystkich negatywnych naleciałości, które społeczeństwo utożsamia ze słowem
"polityk" – nie oszukujmy się – kojarzonym najczęściej pejoratywnie. A przecież
w rdzeniu słowa "polityk" jest praca na rzecz "polis", czyli rzeczy wspólnej –
wspólnego dobra. Serwowany nam obraz polityka z reguły budzi niechęć, to osoba
kierująca się koniunkturalizmem. Jeśli dostanę się do Senatu, chciałabym starać
się w jakiejś mierze odkłamać ten szkodliwy wizerunek polityka. Nie chodzi tutaj
o moje wybitne predyspozycje. Wydaje mi się bowiem, że to niejako los postawił
mnie przed taką decyzją… Straciłam własne życie. Przekonałam się, że nie
jestem w stanie wrócić do życia osobistego sprzed 10 kwietnia… Dlatego
poczułam się niejako zobligowana, aby poświęcić cały swój czas dla innych ludzi,
nie myśląc o sobie.

Pierwszy filar Pani programu odnosi się do służby zdrowia, edukacji i
rodziny, drugi do pamięci i tożsamości. To rzadkie zestawienie.

– Oba są mi bardzo bliskie. Stanowią treść mojego życia. Pierwszy wynika z
mojego doświadczenia zawodowego. Od ponad dwudziestu lat leczę dzieci ciężko
chore, często są one w dramatycznych sytuacjach życiowych. Ponadto jestem
lekarzem szkolnym. Nie wiem, ile jest takich szkół w Polsce, gdzie został
zachowany etat lekarza… Myślę, że zaledwie kilka. Ja jeszcze w takiej pracuję.
Poza tym sama jestem matką dwóch synów, między którymi jest spora różnica wieku,
więc jestem cały czas na bieżąco, jeśli chodzi o edukację, kształcenie,
wychowanie. Dla mnie oczywiste jest, że jeżeli w jakiejś dziedzinie państwo jest
słabe, chwiejne, to próby ratowania takich nieudolnych struktur odbijają się
najczęściej na najsłabszych i najbardziej bezbronnych. Największe koszty ponoszą
właśnie oni. Słabość polskiego państwa widać najwyraźniej na przykładzie osób
ciężko chorych, emerytów, rencistów, ale również tych wszystkich, którzy dziś są
zapomniani całkowicie, a którzy walczyli nie tak dawno o wolną Polskę. Dziś są
niedowartościowani, rozgoryczeni, porozsiewani po całym świecie. A przecież mogą
być niezastąpionym wzorem dla młodzieży. To wszystko wiąże się ze sobą i jest
dla mnie najistotniejsze w mojej pracy dla Polski.

Przewiduje Pani w obrębie pracy senatorskiej kontynuację problemu katastrofy
czy upamiętnienia ofiar?

– Oczywiście, to również stanowi jeden z punktów mojego programu. Dla mnie jest
to sprawa niesłychanie ważna – zarówno działanie na rzecz wyjaśnienia przyczyn i
okoliczności katastrofy smoleńskiej, jak również wszelkie działania dążące do
godnego upamiętnienia ofiar tragedii. Niezwykle istotne jest, aby kontynuować
działalność publiczną tych, którzy zginęli w Smoleńsku – dokończyć rozpoczęte
plany, krzewić idee, kontynuować dzieło. To jest dla mnie zobowiązanie
najwyższej wagi. Najwyższej, bo wobec ludzi, którzy już nie żyją.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj