Oblicza rozstań

Z Beatą Rusiecką, psychologiem, terapeutą, na temat rozwodów, osobowości niezdolnych do związków, syndromie odosobnienia od jednego z rodziców, rozmawia Małgorzata Jędrzejczyk



Czy w swojej pracy zetknęła się Pani z sytuacją rozwodu?

– Tak, zgłaszały się do mnie osoby po rozwodzie. Najczęściej takie wizyty dotyczyły osób będących w kryzysie spowodowanym rozwodem, mających problemy w kontaktach z byłym współmałżonkiem, dziećmi, wynikały ze szczególnych problemów związanych np. z manipulacją lub kontaktów z sądem. Ale przychodziły też osoby, które poszukiwały odnalezienia siebie, wewnętrznej integracji.

Długo trwały w tych związkach?

– Od pół roku do kilku, wielu lat. Krótkie związki najczęściej wiązały się z niedojrzałymi osobowościami małżonków. Czasem można by je nazwać oszustwem, gdyż w punkcie wyjścia nie chodziło o zbudowanie trwałego związku, ale o zaspokojenie potrzeb niezwiązanych z założeniem rodziny.

Jakich na przykład?

– Począwszy od dążenia do władzy, kontroli, np. w przypadku, w którym chodziło o zakład między mężczyznami, że ktoś poślubi pewną dziewczynę nieświadomą tej manipulacji, poprzez potrzeby bezpieczeństwa, bliskości, symbiozy, zlania się z drugą osobą, przez silne zauroczenie, zachwyt samym wyglądem i ciałem, zapachem, aż do nadziei zaspokojenia potrzeb, które nie zostały zaspokojone w dzieciństwie. To, w jaki sposób poszukujemy miłości, wchodzimy w związki łączy się z wymiarami, w jakich przeżywamy miłość. A można ją różnie pojmować, i tak jak każde ogólne zjawisko, wyraża się na różnych poziomach. Pierwszym z nich jest wspomniany poziom wegetatywny, w którym podchodzimy do drugiej osoby jakby do rośliny, gdzie poza sferą cielesną nic nas nie pociąga i właściwie nic więcej nas z nią nie łączy. Takie osoby przeżywają wewnątrz siebie świat i panujące w nim relacje bez realnego wyjścia ku drugiemu „ja”. Jedynym „wyjściem” jest popęd do zachowania życia realizowany przez odżywianie oraz popęd do zachowania gatunku realizowany przez zachowania seksualne. W tym wypadku obiekt seksualny może się bardzo łatwo zmieniać, gdyż nie nawiązała się osobowa relacja.

Na poziomie jakichś emocji…

– Poziom emocji to drugi, wyższy stopień postrzegania miłości. Jest on związany z psychiką, zmysłowością. Zdarza się, że dla kogoś liczy się tylko przyjemność, „moje ja”. I tym też kieruje się w życiu, chcąc zbudować związek. Taka osoba wejdzie w relacje z drugą osobą, ale wyłącznie przez pryzmat własnego „ja”. I zazwyczaj trudno jej zaakceptować odmienność kogoś drugiego, dąży do zaspokojenia potrzeby bezpieczeństwa, wartości, opieki, a ostatecznie – przyjemności. I potrzeby te zostają zaspokojone dzięki małżeństwu, np. przez posiadanie żony, męża, dzieci, domu, pola. W ten sposób realizuje naturalne dążenie do spokoju i przyjemności. Odnalezienie się w takiej upragnionej „szufladce” porządkuje często świat i pozwala zakończyć okres samotności, walki, wahań, stawiania pytań. Zamiast potrzeby rozwoju, realizuje się potrzebę przyjemności. I to nie zawsze dobrze rokuje trwałości związku. Dlatego że drugi człowiek, który sprawia nam przyjemność, może się zmienić albo my sami możemy się zmienić. Poza tym w czasie wspólnego życia ludzie szybko rozpoznają swoje zalety, ale także słabości, wady. Z czasem skupiają się wyłącznie na wadach i przestają zauważać cechy pozytywne.

W takiej relacji, poszukując nowych doznań, przyjemności, łatwo jest np. o zdradę.

– Tak, ponieważ w innej osobie, z którą nie jest się tak blisko, łatwiej znaleźć właśnie te poszukiwane zalety. W obliczu wad dobrze już poznanego małżonka, zalety nowo poznanej osoby tym bardziej się podobają, świecą jak gwiazdy na tle ciemnego nieba.

Trudno w takim przypadku mówić o miłości, darze z siebie.

– Miłość duchowa, zdolność do obdarowania sobą to ludzki poziom miłości. W rozwoju człowieka zdolność do takiej miłości kształtuje się stopniowo i w normalnych warunkach zaczyna się trwale rozwijać około 12. roku życia. W pełni zdolność ta jest uformowana około 20. roku życia. Wówczas możliwe jest zawiązanie trwałego związku, gdyż jesteśmy w stanie uwzględnić i przyjąć, że moje „ja” jest tak samo ważne jak „ja” drugiego. Dzięki temu jesteśmy zdolni do dojrzałej miłości, która jest w stanie zaakceptować czyjeś wady, czyjąś odmienność, integralność.

Różnie postrzegamy miłość, w zależności od poziomu egzystencji, na którym się znajdujemy. Może to być poziom wegetatywny, psychiczny lub duchowy. Należy przy tym pamiętać, że występowanie zachowań religijnych nie do końca oznacza, że funkcjonujemy na poziomie duchowym. Spotykałam się z małżonkami, w których związku było wiele cierpienia, nie tylko emocjonalnego, lecz także moralnego. Jeden ze współmałżonków potrafił potępiać drugiego, używając języka znanego z kazań. Nie mając świadomości swoich obsesyjnych lub narcystycznych cech charakteru, postrzegał siebie jako osobę doskonałą, religijną, manipulując otoczeniem, stosując groźby, oskarżenia, obwinianie. Natomiast nie był w stanie zobaczyć drugiego jako integralnej osoby, godnej szacunku i wartościowej, której w dodatku zadaje cierpienie. Manipulujący charakteropaci chętnie zresztą otaczają się elitami, autorytetami (też duchowymi), przywódcami politycznymi lub liderami pewnych grup, przedstawiając siebie jako kogoś idealnego, stosując metody uwodzenia. Wobec osób, które ośmielą się im sprzeciwić, stosują bezwzględne metody walki.

Tu dotykamy już jakiegoś poważnego problemu osobowościowego albo nawet jakiejś głębszej choroby psychicznej?

– Rzeczywiście. Wszelkie zaburzenia psychiczne możemy podzielić na trzy grupy ze względu na głębokość zaburzeń. Zaburzenia nerwicowe to takie, w których przeszkadzają nam różnego rodzaju lęki, wewnętrzne konflikty. Ale w tych przypadkach mamy możliwość rozwoju. Większość społeczeństwa ma swoje lęki, nerwice. Poważniejszym zaburzeniem jest osobowość graniczna (borderline), a jeszcze głębsze jest zaburzenie psychotyczne. Głębokość tych nieprawidłowości związana jest z zatrzymaniem rozwoju na pewnym etapie życia. Im lepiej dziecko rozwijało się od momentu poczęcia, im łatwiej pokonywało kryzysy rozwojowe charakterystyczne dla jego wieku, tym jego osobowość jest dojrzalsza, a stopień integracji pełniejszy. Im wcześniej dziecko przeżyło coś tragicznego czy środowisko rodzinne nie dostarczyło możliwości kształtowania dziecka, stosując mechanizmy zatrzymujące jego rozwój, tym głębsze zaburzenia występują w dorosłym życiu. Gdy więc rozwój człowieka zatrzymał się w okresie niemowlęcym, mamy do czynienia z ciężkimi zaburzeniami psychotycznymi. I wówczas dorosły człowiek zachowuje się na poziomie niemowlęcia, mimo rozwiniętych innych umiejętności życiowych. Zaburzenie psychiczne nie rozwija się poza tym na przestrzeni jednego pokolenia. Dlatego do tych przyczyn dołączyć trzeba powody genetyczne, wrodzone.

Jeśli na wczesnym etapie rozwoju człowieka nie nastąpi silne związanie z matką, z pierwszym opiekunem, wówczas taka osoba rośnie, rozwija się fizycznie, intelektualnie, ale nie jest zdolna do więzi z drugim człowiekiem. Takie cechy przejawiają osoby psychopatyczne.

Czy można wyjść z takiej choroby?

– Prowadzi się terapię osób psychopatycznych, ale jest to niezwykle trudne. Trzeba cofnąć się do momentu, w którym dana osoba została poraniona. Wszystko zależy od wieku, od historii życia tego człowieka. Nie zawsze jest to możliwe, wtedy uczymy te osoby żyć tak, aby szanowały innych i siebie, umiały rozpoznać swoje emocje, przede wszystkim lęk, którego osoby psychopatyczne zdają się nie odczuwać. Często pomocny wydaje się tu wymiar sprawiedliwości, osoby te widzą, że istnieją granice, że ktoś jest silniejszy od nich samych. To wzbudza ich szacunek. Istotny jest też kontekst ekonomiczny, społeczny, polityczny. Wielu osób z takimi zaburzeniami nie postrzegamy jako chore ze względu na ich dążenie do okazania siły.

Takie osoby wchodzą w związki małżeńskie?

– Psychopaci wchodzą w związki z osobami o szczególnej konstrukcji psychicznej. Ich partnerzy, choć mogą być bardzo zależni i „przywiązani”, paradoksalnie gdzieś najgłębiej nie chcą się z nimi wiązać. Mam na myśli np. osobowości histeryczne albo autoagresywne, które wchodzą w relacje sprawiające im ból. Ludzie dobierają się w pary często bardzo nieświadomie. Prawdą jest, że psychopaci świadomie manipulują ludźmi, ale nie są świadomi zależności, które popychają ich do tego, że wchodzą w związek z osobą, która też nie chce mieć z nimi relacji. Ich partnerki zdają sobie sprawę tylko z tego, że zostały zauroczone kulturalnym, bardzo miłym człowiekiem, jakim potrafi być psychopata na początku relacji.

Jak unikać takich związków, osób?

– Przede wszystkim trzeba być szczerym wobec samego siebie. Warto poznać swoje słabe i mocne strony. Słabe – po to, by wiedzieć, kiedy ulegamy i komu, kiedy nie potrafimy być asertywni, kiedy jesteśmy agresywni, zależni, bierni i dlaczego. Mocne strony, zalety należy cenić bardzo wysoko i honorować je działaniem. Jeśli działamy poniżej własnej możliwości, zadajemy sobie ból i w relacjach z ludźmi szukamy osób jakby poniżej własnej wartości; czy też czasami powyżej swoich możliwości, gdy ktoś bardzo boi się pokazać słabość, przybiera maskę kogoś, kto jest lepszy, bardziej inteligentny, chcąc zaimponować komuś. Te maski po ślubie oczywiście zostaną odsłonięte.

Im bardziej jesteśmy otwarci, tym ludziom łatwiej jest nas poznać, jacy naprawdę jesteśmy. Jeśli jesteśmy szczerzy wobec siebie, jesteśmy szczerzy wobec innych ludzi, mniej błądzimy w życiu. Najczęściej lubimy otwartych ludzi, dlatego że się ich nie boimy, wiemy, czego się po nich spodziewać. Natomiast, próbując ukryć prawdę o sobie, przyciągamy tych, którzy również coś ukrywają. Tacy ludzie łączą się w pary swoimi zranieniami, swoimi wadami, mechanizmami, z którymi boją się zmierzyć.

Do pewnego stopnia wydaje się to naturalne, chyba każdy chce, by go postrzegano w dobrym świetle.

– Mówi się, że dzisiejsze czasy hodują społeczeństwo narcystyczne, dlatego że w naszym masowym społeczeństwie liczy się pierwsze wrażenie. Ono przykuwa uwagę wcześniej niż wewnętrzna integralność, szczerość. I czasami wydaje się nam, że ta maska, którą pokazujemy światu, jest ważniejsza niż nasze „ja”. Wszyscy mamy tendencje, by ukazywać się w lepszym świetle, albo w gorszym. Te wszystkie mechanizmy są nieświadome, a mają sprawić to, by ktoś, kto ich używa, poczuł się kochany. Mówiłam o zatrzymaniu rozwoju w okresie niemowlęcym w przypadku psychopatii, ale także inne zaburzenia są spowodowane zatrzymaniem rozwoju w różnych okresach rozwojowych. Tam, gdzie to nastąpiło, tam zatrzymało się doświadczenie miłości. Miłość matki do dziecka w wieku niemowlęcym jest inna niż miłość matki do starszego dziecka np. w wieku szkolnym, dojrzewania czy w wieku dorosłym. Dziecko w wieku szkolnym, któremu stawia się granice, ale też stymuluje do rozwoju, czuje się kochane. Gdybyśmy wówczas dziecko głaskali i przytulali, nie czułoby się kochane.

Czy to ma jakiś związek z rozwodami?

– Często osoby dorosłe po rozwodzie opowiadają o momentach, w których zatrzymała się miłość rodzicielska do nich. Działo się to np. wówczas, gdy rodzice nie potrafili szczerze i otwarcie powiedzieć dziecku, że sobie z czymś niezbyt dobrze radzi, a zamiast tego zupełnie niepotrzebne zagłaskiwali jego problem. Dzieci to odczuwają. Pewna kobieta opowiadała: „Miałam już 12 lat, a mama zawsze, gdy przechodziłyśmy przez ulicę, chwytała mnie za rękę, jakbym miała 3 lata”. Matka bardzo zaniepokojona, niemająca kontaktu z dzieckiem może nawet nie zauważyć swoich zachowań, nie zdaje sobie sprawy z tego, że daje dziecku informację, że nie można mu ufać, przez co zatrzymuje jego rozwój.

To, że dziś jest tyle rozwodów, świadczy o tym, że wielu ludzi nie umie kochać, nie byli też kochani. Mimo że żyjemy w społeczeństwie, gdzie właściwie wszyscy jesteśmy skupieni na dzieciach, chcemy, by najlepiej się uczyły, by jak najlepiej wypadły, studiowały, ale nie potrafimy ich kochać.

Jedną z częstych przyczyn rozwodów jest rozbieżność charakterów? Właściwie chyba każde małżeństwo mogłoby wnieść pozew o rozwód z tego powodu… Czy to nie świadczy o jakichś nierealnych oczekiwaniach wobec małżonka?

– Myślę, że takie różnice mogą wchodzić w grę, gdy obie osoby funkcjonowały na podobnym poziomie rozwoju, poszukiwały tylko przyjemności. Wówczas wraz z wygaśnięciem przyjemności wygasa zasadność życia razem. Może być i tak, że małżonkowie żyjący na tym zmysłowym poziomie dobiorą się w parę tak, że w pewnym powierzchownym sensie jeden sprawia przyjemność drugiemu, np. jeden ma potrzebę opiekować się, bo go to dowartościuje, a drugi ma potrzebę przyjmowania tej opieki. To są potrzeby z dzieciństwa, jednak mogą stać się motywem zawiązania dorosłego związku. Jednak ta różnica między ludźmi może dotyczyć głębiej rozumianych celów życiowych. Jeśli jedna osoba dąży do przyjemności, bezpieczeństwa, wartość zyskuje poprzez realizację konkretnych zadań życiowych, bez odniesienia do potrzeby rozwoju, nie zrozumie współmałżonka, który nie cieszy się z tego samego, z czego się on cieszy.

My wszyscy mamy pewne rysy różnych charakterów, odrobiny psychopatii, narcyzmu, depresji. To zupełnie nie przesądza, że nie możemy zakładać trwałych związków. Miłość ludzka, duchowa sprawia, że jesteśmy w stanie pokochać człowieka razem z jego wadami charakteru.

Co Pani sądzi na temat tzw. związków „na próbę”?

– Myślę, że wyrażają lęk i jednak opór przed trwałym związkiem. Czasem są wyrazem manipulacji, czasem zagubienia, rozpaczy, że już nie mam szans na trwały związek. Czasem są wyrazem prawdziwego odczucia, które w głębi nas mówi nam, że nie chcemy wiązać się z tą osobą, a jednocześnie za nic w świecie nie chcemy żyć sami. Jeśli dziewczyna słyszy propozycję zamieszkania razem, powinna się zastanowić, czy nie słyszy wewnątrz komunikatu: „nie chcę mieć rodziny z Tobą”. I taki komunikat byłby bardziej uczciwy.

Można powiedzieć, że współczesna kultura promuje takie osoby, w pewien sposób zniewolone, które patrzą na drugiego człowieka przez pryzmat zmysłów i chęci użycia go.

– Tak, ale nie można powiedzieć, że te osoby nie mają głębszych pragnień poza zmysłowymi. Rodzi się pytanie, czy ta osoba jest zdolna do decyzji, do wolnego wyboru, czy jest zdolna do pokochania. Wydaje mi się, że wskazówką może być odczucie, czy osoba, którą spotykam, jest w stanie rzeczywiście zobaczyć moje dobro, niezależnie od swojego dobra, czy potrafi chcieć mojego dobra. Czy odczuwamy z tego powodu szczęście, radość, pokój. Natomiast niepokój, zagubienie, zmieszanie, ból, gniew, lęk, niechęć i wstręt to uczucia, które informują, że coś jest nie tak, jak powinno.

Kogo więc unikać szczególnie?

– Nie da się uniknąć tych, którzy nas pociągają ze względu na nasze zranienia. To jakby próbować uniknąć swoich własnych wad. Nie można ich uniknąć, choć możemy starać się nie kierować nimi w życiu. Chodzi o to, by nie odtwarzać z małżonkiem swoich konfliktów, nie powiększać zranień, wad. Dobrze jest ufać sobie i z tej dobrej kondycji duchowej patrzeć na siebie, świat, ludzi i poszukać współmałżonka. Można powiedzieć, że z jakiego stanu psychicznego wyszliśmy na poszukiwanie partnera, taką osobę, o podobnym stanie znaleźliśmy. Najpierw więc trzeba chcieć żyć i umieć żyć samemu, żeby umieć znaleźć współmałżonka, który nie powiększy wewnętrznego cierpienia, a będzie towarzyszem na tej dobrej drodze. Uważać możemy na te osoby, z którymi nie udało się przebrnąć konstruktywnie ani jednej kłótni, gdzie dwie strony nie są otwarte na dialog, gdzie kłótnia prowadzi do zniszczenia. Mechanizmy, jakie stosują w trudnych sytuacjach, to odcięcie się, izolowanie lub atak. Tam nie znajdujemy nadziei, a zagłębiamy się w rozpaczy. Jednak w najbardziej zaburzonej jednostce może drzemać piękny człowiek. Pytanie, czy we wzajemnej relacji doszło do spotkania z tym naprawdę pięknym człowiekiem. Czy druga osoba pokazała mi swoje piękno i jako taka pokazała swoje własne „ja”. Wówczas jest się do czego odwołać w przypadku kryzysu. Prościej mówiąc, czy możliwe jest prawdziwe pokochanie tej osoby i czy ten drugi człowiek daje się pokochać. I czy my też damy mu się pokochać.

Zastanawia mnie, czy w przypadku osób z zaburzeniami osobowości, które potrafią manipulować, uwodzić, obwiniać, odrzucać lub grozić, zawsze musi dojść do pomyłki, manipulacji, czy też może wystąpić moment, gdzie dwie osoby naprawdę się pokochały jako osoby. Jeśli tak się kiedyś stało, a obecnie dominują wady lub zaburzenia charakteru, czasem „wspólną, małżeńską drogą” będzie chwilowa lub stała separacja.

Rozstania rodziców nie pozostają też bez wpływu na dzieci.

– Zarówno dla małżonków, jak i dla dzieci rozwód jest głębokim i trudnym przeżyciem. Dzieci różnie mogą na to zareagować. Wiele zależy od tego, jaka jest motywacja rodziców. Czy jest ona powodowana egoistycznym poszukiwaniem swojego dobra, gdy nie potrafią kochać głębiej. Czy też rozstanie jest drogą do rozwoju, wyzwalania się od małżonka, którego wpływ jest na tyle niszczący, że wskazane jest wyjście z patologicznego, perwersyjnego związku. Związki takie co do istoty albo nie są naprawdę małżeństwem, albo wymagają separacji, np. w sytuacji przemocy. W zależności od tej motywacji dzieci mogą odczuwać, że ta decyzja, choć trudna, jest słuszna i wprowadza porządek w ich życie. Może jednak być i tak, że rozwód będzie dla nich niezrozumiały i stanie się bolesnym ciosem. Dzieci patrzą na rodziców, jak oni przeżywają rozstanie. Rodzice, chcąc nie chcąc, pokazują, jak przeżyć trudną sytuację. Czy jest w niej jakiś sens, czy tylko ból i zamieszanie. Dla dziecka rozwód jest załamaniem się całego jego dotychczasowego świata, szczególnie gdy między rodzicami była miłość i rozeszli się bez słusznego powodu, np. zdecydowali się rozejść ze względu na zdradę, kryzys emocjonalny, finansowy, zawodowy czy jakieś inne sytuacje. Często, gdy pomiędzy małżonkami była miłość, w trakcie rozwodu prowadzą oni między sobą kłótnie, przez które nadal pozostają ze sobą związani. Nierzadko używają do tego dzieci.

Natomiast zdarza się, że dwie osoby weszły w związek małżeński bez prawdziwej miłości wobec siebie. I następnie pilnują trwałości związku poprzez znaki zewnętrzne, które mają świadczyć o miłości. Te znaki zewnętrzne, np. prezenty, kwiaty, niespodzianki, wspólne wypady, towarzyskie spotkania, są piękne, gdy są wyrazem głębszej miłości. Jeśli natomiast jej nie ma, są źródłem bólu, stają się zewnętrzną maską dobrej, pełnej rodziny. Zdejmując tę maskę, pozwalamy poznać świat na głębszym, bardziej zintegrowanym poziomie.

Wśród tych problemów jest też syndrom odosobnienia od jednego z rodziców, nazywany syndromem PAS (Parental Alienation Syndrome). Czy jego skutki można zniwelować?

– Ten syndrom został po raz pierwszy opisany przez psychiatrę dr. Gardnera. Syndrom ten opiera się na zasadzie zależności dzieci od rodziców. Jako dorośli możemy wpływać na przeżycia emocjonalne dzieci, na to, co mówią, a nawet myślą. Dzieci dają się manipulować rodzicom. Początkiem w tej sytuacji jest konflikt między rozwodzącymi się małżonkami. Osobą inicjującą oddzielenie jest ta, która ma większy wpływ na dziecko, z którą dziecko stale przebywa z racji wyroku sądowego. Druga strona może ten konflikt niwelować lub przyczyniać się do powiększania go. Często jednak niwelowanie konfliktu może doprowadzić mimo wszystko do zerwania kontaktu z dzieckiem.

Zaburzenie to powstaje wtedy, gdy rodzic jawnie wypowiada agresywne i poniżające lub lękowe, odrzucające komunikaty na temat współmałżonka. Jednocześnie hołubi dziecko na różne sposoby, a swoje działania izolujące dziecko przed drugim rodzicem nazywa miłością. Taki rodzic przeżywa emocjonalny lęk na wieść o planowanym spotkaniu dziecka z drugim rodzicem. I swoje obawy uzasadnia krzywdami, których doznał ze strony współmałżonka. Jest to poniekąd nieświadomy sposób na zemstę, wyrażenie żalu, skrzywdzenia, jednocześnie niezgoda na przeżycie tej żałoby po stracie rodziny, niezależnie od tego, jakie to małżeństwo było. Często jeden z rodziców przy użyciu dziecka sprawia sobie ulgę. Dziecko poddaje się temu i przybiera postawę odrzucenia rodzica. Do tego stopnia, że obserwowane są dziwne, często przestraszające personel sądowy, zachowania dziecka. Na przykład dzieci mdleją, rzucają się na ziemię, płaczą, jawnie nie chcą się kontaktować z drugim rodzicem. Do okresu dojrzewania w takich drastycznych sytuacjach często ten proces można odwrócić, np. wystarczy zamienić opiekunów rolami, jeśli nie ma innych przeszkód, a dziecko szybko uzna tę sytuację i zaakceptuje odrzucanego rodzica. Dziecko wyczuwa, który z rodziców jest naprawdę dojrzalszy i który chce jego dobra. Jak w przypowieści o królu Salomonie, prawdziwy rodzic naprawdę chce dobra dziecka.

Spotkała się Pani z takimi przypadkami odosobnienia od jednego z rodziców?

– Miałam do czynienia z sytuacją, gdzie jeden z rodziców deprecjonował drugiego, zabiegał o przewagę nad poniżanym współmałżonkiem, przy tym cieszył się poważaniem w swojej miejscowości, chciał sprawować kontrolę nad dziećmi, ubliżając drugiemu rodzicowi. Dzieci zwyczajnie bały się mu przeciwstawić, mimo że pragnęły kontaktu z drugim rodzicem. Jednak nie odważyły się tego powiedzieć pracownikowi sądu. Pracownicy czują się bezradni, nie wiedzą, jak postąpić, gdy dziecko mówi, że „nie chce mieć kontaktu z drugim rodzicem”. I niestety sądy ulegają temu „chcę” i „nie chcę” dziecka. Mimo że ono naprawdę nie jest w stanie ocenić swoich rodziców. Zazwyczaj w takiej sytuacji mówi to, co chce rodzic, pod którego opieką przebywa aktualnie. To pokazuje, że nie powinniśmy prowadzić do sytuacji, gdy dziecko decyduje, czy spotka się z rodzicem. Dzieci są obarczane nadmierną odpowiedzialnością za to, czy przyjmą, czy odrzucą rodzica. Jest to wbrew ich potrzebom rozwojowym. Takie dzieci, kiedy dorosną, będą w stanie odrzucić rodzica, który nimi manipulował, albo same będą podobnie manipulować.

Ale mówiła Pani, że dzieci wyczuwają, który rodzic naprawdę je kocha, odrzucając tego, który nie chce dla nich dobra.

– Tak, ale nie mówią tego jawnie. Jeśli rodzic, pod którego opieką znajdują się dzieci, odrzuca drugiego rodzica, dziecko nie umie uświadomić sobie tego ani szczerze wypowiedzieć, co myśli na ten temat. Nie umie się przeciwstawić rodzicowi, od którego zależy jego byt. Występuje to szczególnie w przypadku dzieci zaniedbanych, których poczucie bezpieczeństwa jest zachwiane.

Co może warunkować wierność, trwałość małżeństwa, by uniknąć tych wszystkich sytuacji związanych z rozwodem?

– Przede wszystkim miłość. Ta, która pozwoliła kiedykolwiek spotkać się głęboko z drugą osobą, zobaczyć ją prawdziwie piękną wewnątrz. Nawet jeśli takie spotkanie trwało tylko chwilę i miało miejsce dawno temu, nie zostanie zapomniane. Dlatego że tego rodzaju miłość „nigdy nie ustaje”. W przypadku kryzysu, zagubienia jest się do czego odwołać – do tej chwili, kiedy nastąpiło prawdziwe spotkanie.



Bardzo dziękuję za rozmowę.



drukuj