Obce media przeciw wszystkiemu, co polskie
Powszechnie i słusznie utarło się mówić, że w demokracji media są
czwartą władzą, po władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej. Od lat
wprowadzam do publicznego obiegu twierdzenie, że media są władzą pierwszą, dziś
najważniejszą. Mamy taką wiedzę o życiu społecznym, gospodarczym, politycznym,
jaką zechcą przekazać nam media.
Zważywszy na systematycznie marginalizowaną rolę mediów publicznych, wraz z
dojściem do władzy obecnej ekipy rządowej państwo polskie znajduje się pod
silnym wpływem oddziaływania prywatnych mediów – polskich i zagranicznych, które
kształtują wiedzę i opinię społeczeństwa o kraju i świecie.
Media – pierwsza władza
Stanowią one pierwszą władzę z czterech głównych powodów. Po pierwsze, media
bezpośrednio i pośrednio wpływają na ocenę trzech pozostałych ośrodków władzy
państwowej, które same, bez udziału mediów, nie mogą się komunikować ze
społeczeństwem. Po drugie, media w stosunku do pozostałych centralnych struktur
władzy pełnią społeczną funkcję kontrolną, same nie będąc kontrolowane, a
konstytucyjna, kontrolna rola Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji jest w tym
zakresie ograniczona do symbolicznego minimum. Po trzecie, media w strukturze
gospodarki dzięki milionowym przychodom z reklam zagwarantowały sobie mocną,
niezależną ekonomicznie pozycję. Po czwarte zaś, w odróżnieniu od trzech
pozostałych władz właściciele mediów i ich pracownicy nie są wybierani do
sprawowania swoich stricte publicznych funkcji w sposób demokratyczny i nie
ponoszą żadnej odpowiedzialności za efekty swojej pracy poza ogólną
odpowiedzialnością wynikającą z powszechnych zasad funkcjonowania prawa karnego
czy cywilnego.
Sondaże, rankingi
Z wielu potwierdzonych badań socjologicznych i socjometrycznych wynika, że
największy wpływ na opinię publiczną mają telewizje, następnie prasa i radio;
coraz większe znaczenie odgrywa już internet. Można zatem z całą pewnością
stwierdzić, że taką mamy wiedzę o życiu politycznym, gospodarczym i społecznym,
jaką zechcą przekazać nam media. Co gorsza, wiedza ta od lat przyjmowana jest
przez odbiorców mediów z dużą dozą zaufania, niekiedy niemal bezkrytycznie, a
ludzie tworzący media systematycznie zajmują czołowe miejsca w rankingach osób
najbardziej wpływowych i opiniotwórczych w państwie. Potwierdzeniem tego są
także sondaże opinii publicznej, w których dziennikarze, publicyści i tzw.
animatorzy życia społecznego zajmują wysokie pozycje w rankingach
„autorytetów”.
Na wciąż rosnące znaczenie „ludzi mediów” w państwie mają
wpływ przede wszystkim politycy i urzędnicy, przekonani, że ocena ich
działalności zawodowej jest ściśle związana z oceną wynikającą z medialnej
prezentacji, oraz ci wszyscy, którzy są zainteresowani utrzymywaniem dobrych
relacji z mediami ze względu na możliwość systematycznego publicznego pojawiania
się w nich.
Rodowody, korzenie
Niniejszy wstęp należy jeszcze uzupełnić ogólną informacją o tym, kim są w
przeważającej mierze „ludzie mediów” w Polsce oraz z jakich wywodzą się
środowisk. Dominującym motywem wykonywania zawodu publicysty czy dziennikarza
okazuje się kształtowanie własnej kariery, co byłoby nawet wskazane, gdyby
jednak ten osobisty sukces nie przesłaniał wykonywania zawodu w rozumieniu
służby publicznej. Z faktu tego wynika powielany od dziesięcioleci przez
przedstawicieli tego zawodu koniunkturalizm i oportunizm. Jest on o tyle łatwy w
realizacji, że środowisko, z jakiego wywodzi się dziś większość czołowych ludzi
mediów, ma swoje rodzinne korzenie w głębokim PRL, a nawet w czasach, gdy
komunizm jako działalność wroga wobec niepodległości II RP był zakazany.
Z
ich udziałem od lat trwa misterna budowa legendy III RP, w której spotykają się
w pełnej harmonii środowiska postkomunistyczne z tzw. opozycyjnymi, często
również o komunistycznym rodowodzie zawieszonym w jakimś momencie na czas
reformowania starego peerelowskiego systemu. Środowiska te, podążając jak zawsze
za „postępem”, budują dziś nowy system, w którym dominować ma państwo liberalne
w gospodarce i lewicowe w sferze ideologii, światopoglądu i
świadomości.
Wśród ugrupowań wywodzących się z opozycji antykomunistycznej
ugrupowania patriotyczne, narodowe, katolickie były marginalizowane, a niekiedy
wręcz prowokacyjnie zwalczane. Miały one niewielkie szanse na rozwój. Wystarczy
podać, ile jest dziś tytułów pism o profilu patriotyczno-narodowym w porównaniu
z pismami o innym charakterze, aby przekonać się, że są one w absolutnej
mniejszości. Nakłady prasy katolickiej z kolei nadal są mniejsze niż przed II
wojną światową.
Jednym z podobieństw pierwszej władzy (media) do trzech
pozostałych – tradycyjnych (rząd i prezydent, parlament, sądy) jest dążenie do
wzmocnienia władzy. Media dążą do władzy, ale rozumianej jako władza nad opinią
publiczną, którą nieustannie badają pod kątem zagrożeń dla swoich ekonomicznych
i politycznych zysków.
Ten ogólnie zarysowany obraz współczesnych polskich
mediów dowodzi, że socjalistyczna utopia, jaka dotknęła Naród Polski po 1945
roku, znajduje swoją kontynuację w postaci ponownie narzuconej nam lewicowej
wizji państwa, ubranej dziś w niby-wolnościowy, liberalny garnitur. Jest to
stara-nowa wersja internacjonalistycznego systemu charakteryzująca się głęboką
niechęcią do Narodu jako emanacji państwa polskiego, Narodu, który swoją siłę
czerpie z patriotycznej, narodowej tradycji i z wiary w Jezusa Chrystusa,
założyciela Kościoła.
To dlatego obraz rzeczywistości prezentowany przez obce
nam duchem media tak dalece rozmija się z naszymi oczekiwaniami.
Nieznany Prezydent
Wbrew temu, co przez wszystkie lata prezydentury Lecha Kaczyńskiego mówiły
media, był on prezydentem, jeśli nie wszystkich, to z pewnością przeważającej
większości Polaków. Otwarcie deklarował swój patriotyzm, przywiązanie do
tradycji i do katolickiej wiary, akceptując wyjątkowe miejsce, jakie zajmuje w
Polsce Kościół katolicki. Do tego trzeba dodać jego zdecydowany antykomunizm. W
tym sensie był człowiekiem prawicy i przez to był bliski większości obywateli.
Lech Kaczyński stał się wrogiem dla postkomunistów, którzy w okresie tzw.
transformacji ustrojowej stali się najlepiej umocowaną dziś klasą polityczną,
społeczną i gospodarczą. To w ich rękach znalazły się media, to im z pełnym
poświęceniem służą funkcjonariusze dziennikarscy, którzy wyrośli na podobnej
lewicowej glebie.
Największy niepokój budziła jednak jego, jak to nazywano,
„rosyjska fobia”. Lech Kaczyński problem Rosji widział jednak w szerszym
kontekście (NATO, UE), ale nie tylko. Dlatego tak usilnie zabiegał o wspólną
politykę państw Europy Środkowej i Wschodniej oraz tych krajów, które leżały
jeszcze dalej na południowy wschód Europy, a przed wiekami nie były Polsce ani
obce, ani odległe.
Koncepcja polityki zagranicznej Lecha Kaczyńskiego, bliska
tej formułowanej przez Józefa Piłsudskiego, potwierdza, że decyzje, które
podejmował, były autonomiczne, niedyktowane z zewnątrz. To nie mogło się podobać
żadnemu z politycznych lobby dobrze ulokowanych w Polsce i w mediach.
Chwilowa metamorfoza
Mechanizmowi ciągłego podtrzymywania popularności należy przypisać
metamorfozę, jaką przeszły niektóre media po tragedii, która rozegrała się
nieopodal Katynia pamiętnego 10 kwietnia 2010 roku. Nie mogąc rozminąć się z
powszechną atmosferą głębokiego żalu, a wręcz rozpaczy Polaków po stracie
Prezydenta i jego Małżonki oraz bardzo wielu szlachetnych, patriotycznie
wychowanych Polaków zabranych w ostatnią podróż do Katynia, dziennikarze
większości mediów zaczęli się bić w piersi. Żalom za ataki na urząd prezydenta
towarzyszył fałszywie brzmiący ton płaczliwego roztkliwiania się nad ogromną
stratą dla Narodu. Ile w tym było autentycznego bólu, a ile PR, czyli
reklamowo-propagandowego grania pod publiczkę, łatwo się domyślać.
Ten
chwilowy medialny spektakl samobiczowania się dobiega końca. Kończy się
„atmosfera miłości, pojednania” i „bycia razem”. Nienawiść do braci Kaczyńskich
i ten niezmienny identyfikator lewicy, jakim jest antykatolickie
zacietrzewienie, objawił się w miniony wtorek w Krakowie pod siedzibą
arcybiskupów krakowskich przy ul. Franciszkańskiej 3, a dokładnie pod „oknem
papieskim”. Media podają, że organizatorką demonstracji wymierzonej przeciwko
pochowaniu Pary Prezydenckiej na Wawelu jest europosłanka z ramienia Platformy
Obywatelskiej Róża Thun. Z pomocą przyszła jej, jak zwykle w takich sytuacjach,
„Gazeta Wyborcza” swoim listem-protestem zatytułowanym „Pochopna decyzja”, a
podpisanym przez cały zespół redakcyjny.
Ze zgrozą można było zobaczyć w TVN
– który swój środowy serwis informacyjny rozpoczął właśnie od tej wiadomości –
jak Władysław Bartoszewski protestuje przeciwko autonomicznej decyzji ks. kard.
Stanisława Dziwisza, który zgodził się na pochówek Pary Prezydenckiej na Wawelu.
Oto co znaczy „być przyzwoitym”.
Porażające reakcje
Równie porażająca była reakcja Andrzeja Wajdy, który już dwa lata temu
publicznie, zupełnie bez podstaw, oskarżał Lecha Kaczyńskiego o polityczne
wykorzystywanie tragedii katyńskiej, a dziś zaapelował do Kościoła o wycofanie
się z decyzji o pochowaniu Prezydenta RP i jego Małżonki w krypcie na Wawelu „ze
względu na podziały w społeczeństwie”, które ona wywoła. Stwierdzam, że obaj
panowie już te podziały wywołali i zachęcili do ich eskalowania. Są
odpowiedzialni za wzniecenie społecznego konfliktu w trakcie narodowej żałoby. I
tego Naród im nie zapomni.
Do umysłów pełnych wrogości do braci Kaczyńskich
nie dociera fakt, że Prezydent Polski zginął tragicznie w służbie Ojczyzny, na
jednym z największych narodowych cmentarzy – Golgocie Wschodu, w pobliżu
Katynia. W miejscu bezprecedensowego ludobójstwa do dziś niewyjaśnionego i
nierozliczonego. Zaślepienie wywołał „Wawel dla Kaczyńskiego”. Słusznie wyraził
swoje oburzenie ks. abp Józef Michalik, pytając pełnym dramatyzmu głosem: „Komu
to służy? Czy to służy dobremu imieniu Polski”? Ale ta wypowiedź nie ukazała się
w TVN, tylko w Wiadomościach TVP. To sprofanowanie żałoby narodowej wymaga
najwyższego potępienia, ale nie miejmy złudzeń – nie pojawi się ono w medialnych
centrach władzy. Musimy przygotować się na jeszcze trudniejsze czasy. Medialne
zapowiedzi odnowy narodowej, powszechnej zgody w obliczu tragedii, można już
włożyć między bajki.
Wśród wielkich Polaków
W 1995 r., gdy Lech Kaczyński startował po raz pierwszy w wyborach
prezydenckich, zapytałem go o trzy najwybitniejsze postacie z historii i kultury
polskiej. Wymienił cztery: Romualda Traugutta, Józefa Piłsudskiego, ks. bp.
Zbigniewa Oleśnickiego i Jana III Sobieskiego. Poza Trauguttem trzej pozostali
spoczywają na Wawelu. Wszyscy oni mieli wizję Polski wolnej i niezależnej,
wielkiej i dumnej.
Lech Kaczyński spocznie na Wawelu wśród grobów i nagrobków
królów: Kazimierza Wielkiego, Jana III Sobieskiego, Stefana Batorego, Kazimierza
Jagiellończyka; męczenników za wiarę, jak św. Stanisław; poetów – Adama
Mickiewicza i Juliusza Słowackiego; obrońców Ojczyzny – Tadeusza Kościuszki,
twórcy niepodległego państwa Józefa Piłsudskiego i Władysława Sikorskiego, jak
on tragicznie zabitego w wypadku samolotowym, którego okoliczności do dziś
pozostały niewyjaśnione.
Spoczynek Lecha Kaczyńskiego w krypcie na Wawelu
utrwali na lata dokonania, plany, marzenia, ale również trudną historię
zrzucania przez Polskę postkomunistycznego zniewolenia, spadku po 45 latach
sowieckiej dominacji w Polsce. Tak zafascynowany historią własnego kraju Lech
Kaczyński staje się jej trwałą, ważną częścią. Udało mu się przywrócić naszą
wiarę w patriotyzm, w poczucie dumy z faktu bycia Polakiem. Wbrew tym, którzy
wolą Polskę słabą i skłóconą, łatwiejszą w rządzeniu.
Doskonale to rozumieją
Polacy tak pięknie manifestujący swój ból po stracie Marii i Lecha Kaczyńskich i
pozostałych Rodaków zabitych w katastrofie samolotowej. Tworzy się nowy polski
mit, z którym zafałszowane media muszą przegrać.
Wojciech Reszczyński
