O sztuce duraczenia

Przysłowie mówi, że spoza drzew nie widać lasu. I rzeczywiście! Uwijając się za bułeczką i masełkiem, nawet nie zauważyliśmy, że od pewnego czasu żyjemy w świecie bez wojen. Wprawdzie tu i ówdzie ludzie do siebie „strzelają strzałami” – jak mówił pewien Syryjczyk na wiecu podczas „wydarzeń marcowych” w Lublinie, chcąc polskim studentom wykazać łagodność milicji Władysława Gomułki na tle srogości pretorianów syryjskiego prezydenta Asada, którzy właśnie „strzelali strzałami”. Ale to nie są przecież żadne wojny, tylko albo „misje pokojowe”, albo „wyzwoleńcze” i nie tracą takiego charakteru nawet wtedy, gdy pokojowi misjonarze lub wyzwoliciele z samolotów zrzucają bomby zarówno na grzeszników, jak i sprawiedliwych lub z lotu koszącego prażą seriami, dajmy na to, do weselników. Przewidział to Janusz Szpotański, wkładając w malinowe usta Carycy Leonidy spostrzeżenie, iż „nada ich przekonywać mudro, że wojna – mir, że chlew – to źródło, a okupacja – wyzwolenie – i będą cieszyć się szalenie!”.
Z mistrzowskim pokazem takich umiejętności zetknęliśmy się 1 września na Westerplatte, przy okazji uroczystych obchodów 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej, która „nigdy więcej” i tak dalej. Od razu widać, jak przewidujący był Józef Stalin, kiedy to, nie bacząc na ironiczne śmieszki różnych mądrali, mozolił się nad językoznawstwem. W rezultacie na Westerplatte bezwzględnie potępione zostały pakty z Hitlerem, podczas gdy ze Stalinem – wcale nie. Ale bo też Caryca Leonida zauważyła tę różnicę: „Wot Gitler, kakoj to durak. On się przechwalał zbrodnią swoją. A mudriec to by sdiełał tak: nu czto, że gdzieś koncłagry stoją? Nu czto, że dymią krematoria? Taż w nich przetapia się istoria! Niewoli topią się okowy! Powstaje sprawiedliwszy świat! Rodzi się typ człowieka nowy!”. I dzisiaj punkt widzenia Carycy Leonidy przyjęła bez szemrania cała Europa, ba – cały świat! „Nasze dieło prawoje – my pobiedili” – tak podsumowałby te zawody w polityce historycznej na Westerplatte Chorąży Pokoju.
„Hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie” – zauważył książę Franciszek de La Rochefoucauld. Ale chyba nie tylko o hipokryzję tu chodzi, chociaż, ma się rozumieć, nikomu jej niedostatku zarzucić nie można. Wojny zniknęły ze świata przede wszystkim dlatego, że są kosztowne i ryzykowne, podczas gdy nieporównanie tańsza jest i żadnego ryzyka ze sobą nie niesie metoda duraczenia. O cóż bowiem chodzi w wojnie? Oczywiście o narzucenie komuś własnej woli – żeby nie postępował po swojemu, tylko – po naszemu. Otwartym tekstem powiedzieć tego, rzecz prosta, nie można, więc strony wojujące odwołują się do rozmaitych nieśmiertelnych wartości. Dlatego mówi się, że pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda. A cóż dopiero w przypadku „misji pokojowych” czy „wyzwoleńczych”, w których duraczenie jest równie ważne, a nawet jeszcze ważniejsze niż „strzelanie strzałami”? Zresztą – po co strzelać i zabijać, czy ranić, kiedy z zabitego nie ma już żadnego pożytku, podczas gdy z żywego – aaa, to co innego! Dlatego dzisiaj nacisk kładzie się przede wszystkim na duraczenie. Człowiek oduraczony w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że ktoś narzuca mu swoją wolę, więc nie stawia żadnego oporu, nawet w przypadkach oczywiście absurdalnych czy oczywiście niebezpiecznych. Dlatego wszystkie rządy przywiązują taką wagę do edukacji, propagandy i przemysłu rozrywkowego – prawdziwej triady duraczenia.
Ale duraczenie nie jest celem samym w sobie. To jest tylko środek, bo celem jest uczynienie z ludzi niewolników, którzy będą odtąd oddawali swemu panu żądaną przezeń część bogactwa. Z tego punktu widzenia duraczenie jest znacznie lepsze niż wojna. Człowiek poddany terrorowi wie, że jest sterroryzowany, podczas gdy człowiek oduraczony myśli, że to wszystko naprawdę, uważa swoją sytuację za naturalną, niczego nie pragnie i na nic już nie czeka. Za pośrednictwem agentów i lichwiarzy można eksploatować go jeszcze sprawniej niż za pośrednictwem żołnierzy, zwłaszcza gdy w ramach duraczenia przyjmie do wiadomości, że przemoc jest zła, chyba że używają jej starsi i mądrzejsi. A poza tym – po co wojna, skoro Caryca Leonida klarowała marszałkowi Greczce: „Niszczyć swą zdobycz – kakij smysł?(…)Nam nużno kuszat, nużno brat – no sprasziwaju was – od kogo?(…)Atomnych nielzia nam kartaczy, nam nada tylko oduraczyć!”. Dzięki temu wprawdzie lepiej rozumiemy, dlaczego żyjemy w świecie bez wojen, ale niepojęte są zapowiedzi milionowych ofiar, jakie już jesienią ma pociągnąć za sobą pandemia świńskiej grypy. Jaki ma być cel tej eksterminacji?


Stanisław Michalkiewicz
drukuj