O różnicy pomiędzy adopcją a in vitro
Osoby, które rozważają zapłodnienie in vitro, często dużym zdenerwowaniem
reagują na propozycję adopcji. Niemalże alergicznie przyjmują sugestię, iż
odpowiedzi na problem niepłodności mogliby szukać w procesie adopcji. Fora
internetowe poświęcone niepłodności obfitują w tego typu wypowiedzi. Przejawiają
z jednej strony pewne zniecierpliwienie, a z drugiej wysoki poziom bólu i
poczucia upokorzenia. "Dlaczego, jako ludzie trzeźwo myślący, profesjonalni,
porządni – mamy być poddawani całej procedurze weryfikacji psychologicznej,
skoro dzieci rodzą się w rodzinach patologicznych bez przeszkód" – żalą się
małżeństwa pragnące dzieci. Gorzki zarzut, że dzieci rodzą się u innych,
postrzeganych przez nich jako ci gorsi, a nie u nich samych zdradza postawę
roszczeniową, domagającą się realizacji "prawa do dzieci". Gdyby takie prawo
istniało, zaprzeczałoby równości godności pomiędzy rodzicami a dziećmi.
Trzeba pamiętać, że osoby u progu decyzji o in vitro najczęściej nie tylko są
pod dużą presją, aby w ich rodzinie jak najszybciej pojawił się potomek, ale też
przeszły już szereg upokarzających praktyk "biomedycznych". Mężczyzna został już
sprowadzony do dawcy materiału biologicznego. Przeszedł już etap, na którym
dokonał rzeczy samej w sobie wyrażającej miłość, oddanie, uniesienie i ekstazę
wobec towarzyszki swego życia, pobudzenia otwierającego drogę ojcostwu – ale na
zamówienie klinicysty, poza bezpośrednim kontekstem miłości. Kobieta przeszła
już etap sztucznego unasiennienia, aby to obcy klinicysta mógł stać się
bezpośrednim sprawcą tego, że stałaby się matką. Częstokroć już same próby
dostarczenia próbek nasienia i sztuczne inseminacje zdołały zniszczyć świat
intymnego pożycia małżeństwa. Dokonały już defraudacji wyrazów miłości
właściwych tylko im i podważyły zrozumienie ich znaczenia.
Nazbyt poranieni, aby rozważać adopcję
Być może nikt wcześniej nie przestrzegł danej pary przed tym, że sztuczne
dostarczanie nasienia czy unasiennienia to działanie niedozwolone. Nawet
spowiednicy, pod pozorem niezgłębiania szczegółów medycznych, rzadko ostrzegają
przed takimi praktykami. Świat medycyny zaś, przyzwalając na możliwość
sztucznego rozrodu, zatracił ostrość widzenia granic własnego działania. W
delikatnej dziedzinie ludzkiej prokreacji kliniki nie powinny dopuszczać i
zalecać praktyk właściwych jedynie weterynarii. Powinny szanować niezastępowalne
role poszczególnych małżonków, którym mają pomagać. Natomiast w rzeczywistości
tylko nieliczne ośrodki, jak te promujące naprotechnologię, gwarantują
przestrzeganie zasad poszanowania godności i właściwego znaczenia prokreacji.
Winę za ten stan rzeczy ponosi nie tylko dane małżeństwo dotknięte
niepłodnością, stojące już u progu decyzji o sztucznym rozrodzie, ale też wiele
osób, które powinny się zatroszczyć o poprawę świadomości moralnej. Ponoszą winę
za przyzwolenie i milczenie.
Tym niemniej to właśnie dana para zostaje pokrzywdzona. W efekcie pozostaje
nieporuszona perspektywą tworzenia dzieci na szkle czy narażenia licznych
zarodków na śmierć czy zamrożenie. W tym kontekście zalecanie adopcji osobom już
dotkniętym praktykami sztucznego rozrodu wydaje się przedwczesne czy wręcz
niewskazane. Pary u progu powierzenia swej rozrodczości laborantom nie są gotowe
na taką propozycję. Ich podejście do siebie samych jak do potencjalnych dawców
materiału biologicznego do sztucznego rozrodu oznacza, że mają zbyt słabe
poczucie własnej godności i własnych niezastąpionych ról rodzicielskich, aby dać
gwarancję ochrony tych wartości powierzanym im dzieciom. Sami potrzebują
wzmocnienia czy nawet terapii, zanim zostaną poproszeni o rozważenie
rodzicielstwa zastępczego czy adopcyjnego. Przedwcześnie przedstawioną
propozycję adopcji, mogą odebrać jako zwiększenie presji, aby pod ich dachem
koniecznie już pojawił się potomek. Mogą odczuć, że otoczenie, rodzina, sąsiedzi
nie akceptują, iż dar dzieci nie został im dany i nie przyjmują tego, że mogą
pozostać bezdzietni. Tymczasem są już tak wewnętrznie połamani, że odbierają
proces badań psychologicznych i weryfikacji, który jest konieczny do
odpowiedzialnie przeprowadzanej adopcji, za nazbyt uciążliwy czy wręcz
niemożliwy do przebycia. W takiej sytuacji zachęcanie, aby podjęli adopcję, może
wręcz zwiększyć szanse, że staną się znów klientami ośrodka in vitro.
Przyjęcie dziecka na drodze adopcji czy rodzicielstwa zastępczego jest
rzeczywistością diametralnie różną od oferty klinik in vitro. Tylko z pozoru są
porównywalne. Wobec przyjętego założenia, iż wolno uczestniczyć w produkowaniu
dzieci na zamówienie dorosłych, proces adopcji staje się drogą nie do pokonania.
Wstręt do procedur, które wiążą się ze staraniami o adopcję, jest
charakterystyczny dla sztucznego rozrodu. Przede wszystkim są to warunki
stawiane kandydatom na rodziców, a nie dzieciom. W procesie adopcji zachodzi
całkowite odwrócenie "porządku" cechującego "zamówienie" realizowane przez
ośrodki in vitro. Nie zachodzą relacje własności, kontroli jakości i roszczenia.
Pozorne połączenie adopcji z in vitro
Ostatnio pojawiają się próby zatarcia tej różnicy – niekiedy propagowane nawet
przez katolików. Niektórzy np. proponują "adopcję prenatalną", zapłodnienie
zarodkiem od dawcy. Procedura polega na przyjęciu dziecka przechowywanego w
stadium embrionalnym w ciekłym azocie i przetransferowaniu go do macicy klientki
czy "adoptującej" matki. Watykańska instrukcja "Dignitas Personae" z 2008 r.
odrzuca tę propozycję. Kongregacja Nauki Wiary zaznacza, że intencja, jaką jest
uratowanie dziecka przechowywanego w lodówce, może być słuszna i dobra, ale
proponowany sposób jest niewłaściwy. Propozycja "adopcji embrionalnej" polega na
tym, że kobieta zachodzi w ciążę za bezpośrednim sprawstwem klinicysty, dlatego
jest to praktyka niedopuszczalna. Można ją zestawić ze sztuczną inseminacją.
Ciało kobiety nie jest przestrzenią porównywalną do pokoju dziecięcego w domu
adoptujących rodziców. Wkroczenie w nie, by sprawić, że się stanie kołyską dla
nowego życia, jest przywilejem danym tylko i wyłącznie małżonkom. Zgoda kobiety
na takie wkroczenie jest wyrazem pełnej, oblubieńczej miłości. Klinicysta jako
osoba trzecia nigdy nie powinien otrzymać takiego pozwolenia.
Nawet w najbardziej szczytnych celach nie można instrumentalizować ciała
kobiety, oddzielać od jej osoby i od tego, co wyraża. Poszanowanie tego, co
wyraża język ciała w dziedzinie ludzkiej prokreacji, jest niezastąpionym
warunkiem do poszanowania nas samych jako ludzi. Proces adopcji, właściwie
rozumiany, zakłada przede wszystkim takie poszanowanie dla wszystkich jego
uczestników. Nie może być porównywany ze sztuczną inseminacją zapożyczoną wprost
z weterynarii. Postawy potrzebne przy adopcji nie mogą mieć nic wspólnego z
wzajemną instrumentalizacją, jaką charakteryzuje się sztuczny rozród.
Wdzięczność za dar dziecka
Z perspektywy etyki cnót tę przepaść można jednak pokonać. Można ją przemierzyć
pracą serca – odzyskaniem cnoty wdzięczności. Wdzięczność, według św. Tomasza z
Akwinu, jest pochodną cnoty sprawiedliwości. Jako cnota, siła ducha, wiąże się z
kategorią cnót, do której zalicza się też cnota pobożności, cnota poszanowania
dla ojcostwa i cnota posłuszeństwa wobec autorytetów.
Przeciwieństwem wdzięczności jest roszczenie sobie prawa do rzeczy, do których
prawa nie mamy. Zaprzeczeniem wdzięczności są grzechy kradzieży, trwonienia
dóbr, odrzucania darów, niecierpliwości wobec niezrealizowanych planów i grzech
rozboju. W zakresie ludzkiego rodzicielstwa natomiast wdzięczność przypomina, iż
nie istnieje nic takiego, jak prawo do dziecka. Otrzymujemy dzieci w darze,
który rodzi się ze wzajemnego obdarowania sobą dwóch osób. Zostajemy nimi
obdarowani, aby je dobrze wychować i przygotować do życia, które ma być z kolei
darem dla innych. Dzieci nie są produktem zamówienia. Powinny być darem
przyjętym z wdzięcznością, a nie odrzucanym czy niecierpliwie "wykradanym" do
realizacji czyichś planów. Sprawiedliwość i wdzięczność zawsze domagają się
podporządkowania naszych planów wobec Dawcy życia – Stwórcy. Przypominają o tym,
iż drugi człowiek może być jedynie darem, nigdy własnością.
Dlatego cnota wdzięczności zakłada szczególne poszanowanie dla osoby ludzkiej.
Budzi w nas troskę i zachwyt dla rzeczywistości, w której się rodzi człowiek.
Domaga się piękna i prawdy w gestach wyrażających ludzką miłość, które otwierają
nas na rodzicielstwo, a te są z kolei także chronione przez cnotę czystości.
Wyzucie rodzicielstwa i czynów otwierających drogę rodzicielstwu z miłości jest
zanegowaniem daru, jakim są małżonkowie wobec siebie i jakim darem jest dziecko.
Dlatego zarówno antykoncepcja, jak i sztuczny rozród, zdradzają brak cnoty
wdzięczności. Sprowadzają dziecko do obiektu chcianego lub niechcianego
zamówienia.
Przeciwieństwem cnoty wdzięczności są też zaniedbania w wychowywaniu
powierzanych nam dzieci. Wdzięczność wyklucza zarówno "rozpuszczanie" dzieci,
jak i zanadto władcze, kontrolujące postawy rodziców wobec nich. Posadzenie
dziecka na pół dnia przed telewizorem albo nieroztropne uleganie wszelkim jego
zachciankom, aby tylko nie przeszkadzało w naszych planach, są zaprzeczeniem tej
cnoty. Nie wolno ich wtłoczyć w ramy niespełnionych pragnień swoich rodziców.
Cnota wdzięczności prowadzi do odpowiedzialnego rodzicielstwa i wychowywania
dzieci, aby umiały w przyszłości być darem i obdarowywać innych.
Czas przygotowania do przyjęcia daru
Przy naturalnym rodzicielstwie proces wyczekiwania na poczęcie, a następnie
ciąży, trudów porodu może do jakiegoś stopnia korygować postawy zanadto
kontrolujące, roszczeniowe lub niecierpliwe. Czas oczekiwania staje się niejako
naturalną kuźnią postawy wdzięczności. Przy adopcji, oprócz pracy wewnętrznej,
tym procesem "wyczekiwania" i "ciąży" stają się rozmowy, szkolenia i procedury w
ośrodku adopcyjnym. Torują drogę do przyjęcia dziecka wraz z całą jego historią
życia i genealogią, i do całkowitej akceptacji dla jego tożsamości. Niewielkie
niedogodności procedury adopcyjnej są jedynie wstępem do poświęcenia, którego
później będzie się wymagało wychowanie powierzonej rodzicom osoby.
Ośrodki adopcyjne wykonują zbyt ważną pracę, aby mogły sobie pozwolić na
pośpiech czy zaniedbania w procesach weryfikacji i przygotowania przyszłych
rodziców. Jak wszystkie inne organy prawa rodzinnego, są przede wszystkim
odpowiedzialne za dobro powierzonych im dzieci. Pragną zapewnić, że będą
przyjęte jako dar, ale dar nie tylko dla danych rodziców. Słusznie domagają się
pewnej pokory i postawy wdzięczności rodziców adopcyjnych wobec rodziców
biologicznych. Wystrzegają się wyniosłości tych pierwszych wobec niedociągnięć
czy nieszczęścia tych drugich. Wiedzą też, że nigdy nie można przewidzieć, czego
w przyszłości może wymagać od nas dobro powierzonych nam dzieci. Nie da się
przewidzieć, jakim wyzwaniem może stać się rodzicielska odpowiedzialność za
dziecko. Ośrodki adopcyjne szukają otwartości na taką odpowiedzialność u
wszystkich kandydatów na rodziców adopcyjnych.
Maria Klepacka-Środoń
Autorka jest absolwentką Uniwersytetu Cambridge w Wielkiej Brytanii, gdzie
uzyskała dyplom magistra po interdyscyplinarnych studiach obejmujących
przedkliniczne nauki medyczne i historię. Od 2006 roku jest dyrektorem
wykonawczym Fundacji MaterCare Polska oraz przedstawicielem MaterCare
International na Europę Centralną. Jest matką trojga dzieci.
