Nowa Solidarność

Co się naprawdę stało rano 10 kwietnia 2010 roku na lotnisku pod
Smoleńskiem? Śmierć 96 osób tworzących polityczną elitę Polski była skutkiem
wypadku lotniczego czy zamachu? Z punktu widzenia polityki, relacji
międzypaństwowych, ludzkiej sprawiedliwości jest to kwestia fundamentalna. Ale
dziejowa ranga tego, co się zdarzyło, nie zależy od jej rozstrzygnięcia.

Na nic skrzek karłów: "To był zwyczajny wypadek", "Złamano procedury",
"Bałagan", "Błąd pilota", "Jak najszybciej zapomnieć". Czy tego chcemy, czy nie,
Smoleńsk zostanie zapamiętany jako jedno z najważniejszych wydarzeń w naszej
historii. Podobnie jak Katyń czy Powstanie Warszawskie, będzie obrastał mitem,
odradzał się w kulturze, żył w duszach i umysłach naszych dzieci, wnuków,
prawnuków. Decyduje o tym nie tylko jego ogromny ciężar symboliczny, oczywisty
dla każdego, kto dysponuje elementarną wrażliwością metafizyczną i wiedzą
historyczną. Równie ważne są realne straty w ludziach i ich – widoczne już –
konsekwencje. Niemal z dnia na dzień rozsypała się polska polityka zagraniczna i
historyczna, pogłębił się kryzys armii, a debata publiczna przestała spełniać
demokratyczne standardy.

Naród z rozbitą głową
Mord na polskich oficerach w Katyniu, masowe wywózki w głąb Rosji, likwidacja
niepodległościowego podziemia – wszystko to bywa porównywane do lobotomii,
zabiegu neurochirurgicznego, polegającego na przecięciu włókien nerwowych, które
łączą czołowe płaty mózgowe ze strukturami międzymózgowia. Dawniej "leczono" w
ten sposób chorych na zaburzenia psychiczne. Chodziło o redukcję emocji
towarzyszących procesom poznawczym. Pacjent miał bez uniesień znosić natrętne
myśli, wspomnienia, halucynacje. W praktyce tracił poczucie ciągłości własnego
"ja". Po likwidacji patriotycznych, inteligenckich elit Polacy znaleźli się
właśnie w takim stanie. Utracili świadomość, że są tym samym narodem, którym
byli przed wojną.
Skutki Smoleńska są podobne. Czy manifestujący swoje oderwanie od polskości
medialni celebryci i inni "młodzi, wykształceni, z wielkich miast" nie
przypominają budowniczych Polski Ludowej? Skąd się wywodzą, nie wiedzą, ale na
pewno nie z rodzimej tradycji, pełnej natrętnych myśli o wolności, wspomnień o
poległych, profetycznych wizji czy – jak kto woli – halucynacji. Chcą być
sterylni, nowocześni, pragmatyczni, identyczni, egoistyczni. Ich społeczeństwo
ma się narodzić na nowo pod sztandarami popkulturowej estetyki i ciepłej wody w
kranie. Gardzą wykluczonymi z debaty publicznej niedobitkami starego porządku,
którzy – jak żołnierze NSZ po 1945 roku – kryli się dotąd na prowincji, głównie
w Polsce Południowo-Wschodniej.
Wielu moich znajomych swoją ocenę Smoleńska uzależnia od przyczyny katastrofy.
Jeśli to był zamach, są gotowi uznać historyczną rangę wydarzenia. Ponieważ
jednak w zamach nie wierzą, szydzą z posmoleńskiej mitologii. Ale czy
rozstrzygnięcie tej kwestii uleczy polski Naród? Bez względu na to, czy pacjent
został poddany lobotomii, czy też spadł ze schodów, skutki są równie
wstrząsające. Stoi przed nami chory, który nie wie, kim jest.

Nienawiść
Na szczęście natura nie znosi stagnacji. W zranionym ciele krew zaczyna krążyć
szybciej, a duch budzi się z letargu, żeby walczyć o życie. Tę krzepiącą
aktywność polskiej duszy obserwujemy od 10 kwietnia 2010 roku, gdy Polacy po raz
pierwszy zgromadzili się przed Pałacem Prezydenckim, by oddać hołd poległym, ale
też upomnieć się o godność i prawdę. Bo państwo polskie chorowało już przed
tragedią smoleńską.
"Palant", "szkodnik", "cham", "bachor", "debil", "dureń", "s…syn", "psychole",
"karły moralne"… Wszyscy pamiętamy język nienawiści, którym posługiwali się
Stefan Niesiołowski, Janusz Palikot, Władysław Bartoszewski czy Lech Wałęsa w
odniesieniu do swoich przeciwników politycznych. Czasami była to wręcz
manifestacja fizycznego wstrętu. Ten obelżywy język natychmiast został podjęty
przez tzw. zwykłych ludzi. Obrzucanie inwektywami polityków i wyborców PiS stało
się powszechną praktyką w internecie, przed telewizorem i przy grillu. Niemniej
główne media konsekwentnie usiłowały nas przekonać, że to tylko "ostra debata
publiczna", a skrajne wypowiedzi zdarzają się zarówno po jednej, jak i po
drugiej stronie. Co znamienne, dowodem na ostry język PiS miały być zwykle słowa
Jacka Kurskiego o dziadku z Wehrmachu – hipoteza pozbawiona nie tylko inwektyw,
ale i moralnej oceny. W dodatku – jak się ostatecznie okazało – zgodna z
rzeczywistością.
W tej atmosferze większość patriotycznie zorientowanych Polaków przyjęła postawę
defensywną. Żeby uniknąć zwrotnej agresji, w znacznym stopniu wycofaliśmy się z
dyskusji w lokalnych środowiskach, zaczęliśmy ukrywać swoje poglądy,
przestaliśmy reagować na medialne manipulacje. Katastrofa smoleńska tchnęła w
nas nową energię. Wobec śmierci polskiej elity nie sposób było dłużej milczeć.
Tragedia stała się zobowiązaniem do obrony czci poległych bohaterów oraz naszej
wspólnej wizji Polski. Testamentem, który należy wypełnić.

Ludzie pod krzyżem
Obrona krzyża na Krakowskim Przedmieściu – choć pozornie przegrana – była
wspaniałym triumfem polskiego ducha. Pokazała, że istnieją narodowe
imponderabilia, wokół których wciąż potrafimy się jednoczyć. Że jesteśmy w
stanie porzucić materialny "sztuczny raj", wziąć urlop i choć na kilka godzin
czy dni przyjechać do Warszawy. A później bez przerwy wracać tam duchowo,
śledząc "meldunki spod krzyża" przez internet, telefon, podczas spotkań z
przyjaciółmi. Zgrzebny krzyż, wyśmiany przez media, znaczony patosem,
kompromitujący w oczach ludzi "na poziomie" postawił nas w sytuacji albo-albo.
Nie można było go ubrać w szaty, które podobają się światu. Trzeba było go
przyjąć w całości albo wcale. Dzięki temu wielu z nas pozbyło się resztek
hipokryzji, przełamując lęk przed środowiskowymi opiniami.
Ten duchowy przełom dokonał się dzięki garstce ludzi, którzy wytrwali przy
krzyżu do końca. Byli tam w dzień i w nocy, w słońcu i w deszczu. To ich odwaga
jest ziarnem, z którego wyrosła gotowość tysięcy Polaków do działania,
poświęcania swojego czasu dla Ojczyzny i ponoszenia ofiar. Z telewizyjnych
migawek i filmu Ewy Stankiewicz pamiętamy ich twarze: zmęczone, poranione,
skupione na modlitwie, a niekiedy również pełne egzaltacji, łez, oderwania od
rzeczywistości. I wciąż słyszymy ich prośby, kierowane do księży i służb
porządkowych w momentach zagrożenia, wykrzykiwane tonem, który intelektualiści
określają "przesadnym".
Trudno mi pisać w cudzym imieniu, ale dla mnie ludzie ci byli odbiciem
światłości Boga. Piękni w swojej niedoskonałości, w swoich wstydliwych
uniesieniach, całkowicie odsłonięci przed cynicznym światem. Wobec pijanych
wyrostków z przeciwnej strony ulicy stali się autentycznymi świadkami Chrystusa.
Ewangeliczną siłą słabości rozłożyli na łopatki szyderstwo, ironię i nihilizm,
co nie udało się dotąd żadnemu katolickiemu intelektualiście.

Drugi obieg kultury
W obliczu narodowej tragedii wracają do naszej kultury wartości wyparte przez
główne media i konsumpcyjny styl życia. Przede wszystkim solidarność. Nazajutrz
po emisji filmu Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego "Solidarni 2010" ruszyła
medialna nagonka przeciwko autorom dokumentu. Irytację salonów III RP wzbudził
zwłaszcza fakt zarejestrowania nastrojów społecznych, których ukazywanie w
głównych mediach od dawna jest zakazane. Odpowiedzią był pomysł powołania
stowarzyszenia, które zjednoczy Polaków wykluczonych z debaty publicznej i –
podobnie jak w czasach pierwszej "Solidarności" – odczuwających głód prawdy,
sprawiedliwości, godności, niepodległości i zbiorowej pamięci.
Obecnie spotkania Solidarnych 2010 odbywają się co najmniej raz w tygodniu w
kilku polskich miastach. Bierze w nich udział wielu młodych ludzi, ale nie
brakuje też współtwórców historycznej "Solidarności", którzy długie lata
spędzili w izolacji, zepchnięci na polityczny margines przez udziałowców
Okrągłego Stołu. Stowarzyszenie aktywnie uczestniczy w kolejnych miesięcznicach
Smoleńska, ale też pielęgnuje pamięć o "żołnierzach wyklętych" i innych
bohaterach polskiej historii, organizuje patriotyczne manifestacje, pokazy
filmów, dyskusje panelowe.
Podobnych inicjatyw jest znacznie więcej. Ożywienie świadomości patriotycznej
widać w środowiskach lokalnych i internecie, zwłaszcza na forach i w serwisach
społecznościowych. Szczególną funkcję pełni Facebook, który po wykluczeniu setek
tysięcy Polaków z normalnej debaty publicznej pozwala im się integrować. Ludzie
zawiązują tu znajomości, ale przede wszystkim wymieniają informacje o
wartościowych tekstach, książkach, filmach i wydarzeniach publicznych.
Kolportowane kalendarze pełne są terminów odsłonięcia kolejnych tablic
pamiątkowych, nabożeństw za Ojczyznę, spotkań z patriotycznymi politykami,
twórcami, historykami, redaktorami czasopism. Z każdym dniem poszerza się
alternatywny wobec oficjalnego obieg kultury, dzięki któremu przestajemy czuć
się gośćmi we własnym kraju. Odbudowując wspólnotową więź, wychodzimy z
głębokiej konspiracji.

Otwarte groby historii
Wszystko to jest owocem smoleńskiej tragedii, która grzebiąc nowych bohaterów,
otworzyła groby ich poprzedników. Dotychczas polska historia była dla wielu z
nas ważną, ale martwą tradycją, zabalsamowaną przez upływ lat, wzorowo
poukładaną w miejscach pamięci, na muzealnych półkach i w podręcznikach.
Patriotyczni publicyści potrafili spierać się o rodzaj uzbrojenia czy dokładne
miejsce potyczki, ale nie byli w stanie odtworzyć ducha, który popchnął naszych
żołnierzy do walki. Dopiero po bolesnym doświadczeniu śmierci w wymiarze
wspólnotowym, odzyskaliśmy żywą pamięć historyczną. Dostrzegliśmy, że Lech
Kaczyński, Anna Walentynowicz czy Janusz Kurtyka, a więc ludzie, których
znaliśmy osobiście lub z aktualnych wypowiedzi i zdjęć, codziennie żyli w
perspektywie wielkości. Uparcie walczyli o wolność i prawdę, od początku swojej
działalności musieli się liczyć z ryzykiem odrzucenia, wykluczenia, a nawet –
jak się w końcu okazało – śmierci. A jednak nie przestraszyli się tego, nie
wybrali wegetacji bez znaczenia. Mieli odwagę bronić Polski wolnej i
sprawiedliwej, za co zapłacili najwyższą cenę. Podążyli drogą wydeptaną przez
oficerów z Katynia, powstańców warszawskich i "żołnierzy wyklętych".
A to oznacza, że nasi historyczni bohaterowie byli do nich podobni. Wstając
rano, goląc się, kochając i walcząc, żyli pod wulkanem, który w każdej chwili
może wybuchnąć, a mimo to robili swoje, nie dbali o konsekwencje. A więc ich
hasło "Bóg. Honor. Ojczyzna" nie było tylko górnolotnym mottem. Oni naprawdę
głęboko w nie wierzyli. I konkretnie na nie odpowiadali.
Ta wiara odradza się dziś w polskim Narodzie. Daje nam odwagę do działania, ale
też zmusza nas do refleksji duchowej, chrześcijańskiej, eschatologicznej. W
dramatycznych losach Polski pozwala dostrzec obecność Chrystusa, wybawiciela
poniżanych, bitych i strapionych. I tego się trzymajmy, bo tylko to nadaje sens
naszym zmaganiom. Próżny będzie nasz powstańczy zapał, jeśli zabraknie w nim
ducha Ewangelii.

 

Wojciech Wencel
 


Autor jest poetą, felietonistą, stałym współpracownikiem dwumiesięcznika "Arcana".

drukuj