Nowa komuna nabiera rozpędu

Z JEm. ks. kard. Stanisławem Nagim rozmawia Sławomir Jagodziński

W najnowszym dokumencie społecznym Episkopat Polski zwrócił uwagę, że
dziś naszemu Narodowi zagraża poważny kryzys wartości, które spajały go przez
stulecia i dawały siłę do przetrwania. Jakie ważne wartości gubi obecnie Polska?

– Wartościami tymi przez wieki była wiara i wszystko to, co z niej wypływa,
poczucie związku pomiędzy Kościołem i państwem. Państwo od samego początku
wiedziało, że istnieje w oparciu o Kościół. Wiedziało, że wobec tego musi się
kierować wartościami, które Kościół reprezentuje. Co więcej, w tym dobrym
okresie stosunków państwo – Kościół państwo było też świadome swojej misji
stawania w obronie wiary i w obronie Kościoła. To się nazywało: Polska
przedmurzem chrześcijaństwa. Przecież nasza Ojczyzna spełniała tę rolę aż do XX
wieku. Nie można np. odłączać zwycięstwa pod Wiedniem od Bitwy Warszawskiej. To
było przecież takie samo osłanianie Polski, cywilizacji europejskiej i świata
przed groźnym Wschodem, choć w nieco innej odmianie – najpierw przed islamem, a
w 1920 roku przed zarazą bolszewicką. Doskonale rozumiał to przez całą historię
Naród, który zawsze stawał w obronie Kościoła. Kościół ze swej strony wspierał
państwo w realizacji najważniejszych zadań, które służyły Narodowi, takich jak
choćby edukacja, pomoc potrzebującym, chorym… I to są te ogólnie pojęte
wartości, które państwu towarzyszyły od początku, czyli od tysiąca lat.

Dzisiejsza władza w Polsce dąży do zniszczenia tej relacji i rozpoczyna
wojnę z Kościołem.

– Jedną z podstawowych zasad w relacjach państwo – Kościół powinna być zasada
autonomii. Kościół i państwo to byty autonomiczne, a więc funkcjonujące według
własnych ontologii. Ale ta autonomia pociąga za sobą dobrze rozumianą tolerancję
i współpracę, gdyż oba te byty pracują dla dobra Ojczyzny i dobra Narodu.
Powiedzmy więc wprost: konflikt między nimi poza tym, że szkodzi i państwu, i
Kościołowi, to szkodzi też Narodowi. Dlatego wzbudzanie jakiegokolwiek elementu
walki pomiędzy tymi bytami zawsze jest działaniem niebezpiecznym i groźnym. Stąd
też Kościół w trosce o Naród, w trosce o zachowanie naszego dziedzictwa
religijnego i kulturalnego nie chce walki z państwem. Ale jednocześnie nie może
być obojętny na walkę, na to, że jest atakowany przez władzę i musi odpowiedzieć
odporem. Dlatego, że Kościół musi bronić swej autonomii, swego prawa do
pełnienia misji w Narodzie. Swego prawa do głoszenia Ewangelii słowem i czynem.
Jeżeli Kościołowi próbuje się tę autonomię odbierać, coś mu narzucać, ograniczać
jego funkcjonowanie, to musi powiedzieć "non possumus". W historii potwierdził,
choćby męczeństwem wielu swych członków, że jest do tego zdolny. Jeśli dziś
Donald Tusk czy Waldemar Pawlak uważają, że państwu przeszkadza Kościół, to
muszą wiedzieć, że stają w sprzeczności z całą tysiącletnią historią Polski w
oparciu o modę antyklerykalizmu mającą swe inspiracje w przepoczwarzonym
komunizmie czy w zlaicyzowanym Zachodzie. Panie Tusk, panie Pawlak, gdzie dziś
się znajdujecie? Jeżeli panowie uważacie, że Polsce niepotrzebny jest Kościół,
to nie jesteście na tej ziemi pomiędzy Tatrami a Bałtykiem, bo tu Kościół szedł
zawsze ręka w rękę z państwem w służbie Narodowi i Ojczyźnie.

Jesteśmy w Krakowie, mieście św. Stanisława, biskupa i męczennika,
patrona ładu społecznego, który zginął, bo naraził się władcy. W którym momencie
Kościół, biskupi, kapłani zaczynają przeszkadzać władzy państwowej?

– Trudno na to pytanie dać prostą, precyzyjną odpowiedź. Składa się na to szereg
elementów. W Polsce niewątpliwie jednym z największych z nich, pokutującym do
dzisiaj, jest ciążenie nad nami marksizmu. Niestety, jak widać, myśmy jeszcze
pełnego, gruntownego rozbratu z komunizmem nie wzięli. Ten komunizm nadal
głęboko tkwi w strukturze Narodu, w strukturze władzy i w różnych momentach
próbuje o sobie dać znać. Na tym polega ten dzisiejszy bolesny paradoks naszej
Ojczyzny – patrzymy na nasze współczesne państwo i choć ono nazywa się
"polskie", to nie realizuje programu, który był na tej ziemi podejmowany przez
tysiąc lat, i to we współpracy z Kościołem. Idzie się za to na walkę z Kościołem
ze szkodą dla siebie, ze szkodą dla Kościoła i ze szkodą dla Narodu.

W czym najbardziej widać tę analogię pomiędzy działaniem komunistów a
obecnym atakiem na Kościół?

– To jest przepoczwarzone, ale to jest to samo. Ich metodą zawsze było odcinanie
się od przeszłości i uciekanie jak najdalej w przyszłość, i to nie wiadomo jaką.
Komuniści ciągle mówili, że "będziemy tworzyć raj na ziemi" – to ich cecha
charakterystyczna. Dziś też próbuje się to robić, obiecując "cuda" albo
sielankowe życie na emeryturze po wydłużonym okresie pracy. Ale my wiemy, czym
się kończyły bolszewickie "raje na ziemi". Wszędzie, gdzie wszczynano rewolucje
i walczono z religią w imię ich rzekomo "lepszego świata", tam lała się krew,
tam były barbarzyńskie mordy i płacz narodów. Doświadczyła przecież tego również
nasza Ojczyzna, bo jej ziemia została zroszona najcenniejszą polską krwią, także
ludzi Kościoła. Ksiądz Jerzy Popiełuszko jest tego symbolem.

Dziś w relacjach państwo – Kościół wyciągane są te same sprawy, które
zawsze znajdowały się w programie działania komunistów.

– Śladami resztek komunizmu w Polsce są stare, zgrane melodie, które doskonale
znamy z czasów totalitarnych. Pierwsza sprawa to walka z symbolami religijnymi w
przestrzeni publicznej, a przede wszystkim z krzyżem. Sierp i młot zawsze
widział wroga w krzyżu. Od tego bolszewicy zaczęli. Sponiewierali krzyż, ażeby
ośmielić ludzi do sponiewierania wartości chrześcijańskich. Ale to działo się
przecież wtedy, gdy było nam najgorzej za reżimu komunistycznego. Dziś też krzyż
przeszkadza w wielu miejscach. Za słaba była reakcja Kościoła na historię z
krzyżem, która działa się przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. To był moment,
w którym jawne się stało, że idee nowej komuny idą do ataku. Oni tutaj
absolutnie się odkryli. Wtedy trzeba było to dostrzec i powiedzieć: "Panowie,
komuna jeszcze raz? Temu mówimy stanowcze "nie"". To był ten moment, w którym
jawne się stało, że idee nowej komuny idą, nabierają rozpędu. Teraz krzyż nie
pasuje już w Sejmie, a niedługo może w szkole czy w sali szpitalnej…
Druga sprawa to majątek Kościoła. Jak za komuny, tak i dziś słyszymy propagandę:
"Kościół jest bogaty, więc trzeba mu zabrać". Tamci to zrobili, dopuszczając się
ogromnego złodziejstwa, które do dziś nie zostało w pełni zrekompensowane.
Obecnie to niezagojone złodziejstwo stanowi punkt wyjścia do tego, aby znów
atakować Kościół za to, że jest rzekomo bogaty. Zapomina się przy tym zupełnie,
jak ofiarnie Kościół służył Narodowi za czasów komunizmu i po nim. Kościołowi
zarzuca się wręcz pazerność. Jeżeli już jakąś pazerność można komuś zarzucić, to
nie Kościołowi, ale komunistom i ich spadkobiercom, którzy najpierw rabowali,
potem nie oddali, a dziś uczynili z tego argument, żeby znów Kościół atakować. A
już zupełnie groteskowo brzmią oskarżenia o pazerność Kościoła w ustach ludzi
Ruchu Palikota. Przecież ich lider zrobił majątek na spirytusie w Polsce. W tym
samym czasie Kościół z pomocą liczoną w milionach złotych wkraczał tam, gdzie
były dramatyczne skutki nałogów, nędza, cierpienie, nieszczęście ludzkie, gdzie
konieczna była pomoc Narodowi. I on teraz zarzuca Kościołowi pazerność! Jakiż to
paradoks!
Pierwszą rzeczą, którą komuniści zrobili po przejęciu władzy w Polsce, było
zerwanie konkordatu. Dziś też mamy działania, czy to w przypadku Komisji
Majątkowej, czy próby likwidacji Funduszu Kościelnego, uderzające w konkordat
albo nieliczące się z jego zapisami.

To też wiąże się ze sprawą religii w szkole i kapelanów w wojsku…
– To tematy od dziesiątków lat znane w walce komunizmu z religią. Zawsze chciano
pozbawić Kościół wpływu na wychowanie dzieci i młodzieży. Dziś rząd "majstruje"
przy finansowaniu katechetów, przesuwa religię na początek czy na koniec w
programie lekcyjnym, obniża rangę tego przedmiotu. I do tego ta wojna o Wojsko
Polskie. Wiadomo, że w komunizmie zrobiono wszystko, aby odłączyć wojsko od
Kościoła. Gdy po 1989 r. udało się to jakoś uregulować, i to z wielkim zyskiem
dla autorytetu armii, premier Tusk mówi, że o połowę trzeba zmniejszyć w wojsku
liczbę kapelanów. To jest dokładnie tak, jak to nazwał ks. abp Sławoj Leszek
Głódź: zapateryzm w polskim wydaniu, który jest nową formą bolszewizmu. Ta
ideologia przybiera dziś różne "nowoczesne" szatki, także na Zachodzie.
Komunistyczna zaraza przepoczwarzyła się w lewactwo w krawatach, ale można ją
bardzo szybko zidentyfikować po ataku na Kościół i wartości, którym on służy:
prawo naturalne, rodzinę, życie ludzkie, naród, wolność do wyznawania i
manifestowania swej wiary.

Odradzanie się czegoś, co powinno odejść do historii ku przestrodze dla
przyszłych pokoleń, szczególnie bolesne jest dla tych, co tamte komunistyczne
czasy dobrze pamiętają. Ksiądz kardynał także doświadczył takich represji…

– Moje osobiste wspomnienie związane jest z tym klasztorem Sercanów, w którym
się znajdujemy. To się działo w latach pięćdziesiątych. Przyszli panowie, aby w
imieniu "władzy ludowej" odebrać nam budynek. Byłem tym, który z nimi rozmawiał.
Zażądałem, aby powiedzieli, kim są i jakim prawem to czynią. Ale oni się nie
tłumaczyli, przecież mieli rewolwery przy boku. Mój opór wywołał nawet
wściekłość jednego z nich, co zresztą odbiło się na historii mojego życia. To,
że "robiłem problemy", zostało odnotowane w Urzędzie ds. Wyznań. Nic się nie
dało zrobić, choć oni działali bezprawnie. Byli brutalni i nie tolerowali
sprzeciwu. Wszystkich zakonników pozamykali w różnych pomieszczeniach, aby mieć
wolną rękę w przejęciu budynku, który postanowili "przeznaczyć na inne cele".
Doświadczyłem zatem tej brutalności komunistów na własnej skórze. Kłamstwo szło
za nimi zawsze. Kłamali na temat przeszłości i kłamali na temat przyszłości.
Na czym zatem polega problem naszego państwa dzisiaj? Ono niestety przejmuje
szereg elementów walki z Kościołem, które są żywcem wzięte z tamtej epoki. Ale
to jest program zupełnie niepolski – bo autentyczne państwo polskie nigdy tak z
Kościołem nie postępowało. Dlatego ludzie muszą pamiętać, że ci, którzy ten
program realizują, nie są z tej ziemi, bo ta polska ziemia służyła przez tysiąc
lat innemu programowi.

Czy Eminencja zgodzi się zatem z taką tezą, że to, co się teraz dzieje w
Polsce, to jest przykład zachowania się władzy, która nie jest zakorzeniona w
Narodzie? Aby przykryć własną nieudolność w rządzeniu, od razu odwołuje się do
antyklerykalizmu…

– W dużej mierze trzeba powiedzieć, że to jest słuszne. Może nie realizuje się
ten scenariusz w każdym szczególe, ale cechą takiej władzy rzeczywiście jest to,
że gdy zaczynają się trudności, niepokoje społeczne, spada popularność, szuka
się wroga – i najczęściej wskazuje się na Kościół. Gdy rząd nie jest w stanie
sprostać zadaniom, które powinien realizować, swe niedociągnięcia czy braki
zaczyna przykrywać walką z Kościołem i oskarżać go o szereg rzeczy, za które on
zupełnie nie odpowiada.

Dlaczego tak się dzieje?
– Bo to jest problem patriotyzmu, który dzisiaj stał się politycznie
niepoprawny. Już wcześniej odzywały się głosy, początkowo nieśmiałe, aby dać
sobie spokój z patriotyzmem. Ale miłość do Ojczyny dla nas, Polaków, to przez
wieki było coś bardzo ważnego. Patriotyzmowi też zawsze przewodził Kościół,
który go uczył i osłaniał, będąc zawsze z Narodem. Dlatego dla władzy, której
nie cechuje patriotyzm, Kościół zawsze będzie niewygodny. Z drugiej strony to
jest oczywiście dla nas bardzo bolesne, że część naszych pobratymców zachowuje
się tak, jakby nie pochodzili stąd. Żyją na tej ziemi, ale zapominają, że ta
ziemia nazywa się Polską. Chętnie nazwaliby ją tylko jakąś częścią
zglobalizowanego świata, zapominając o jej wielowiekowym dziedzictwie
chrześcijańskim.

Komu jest potrzebna ta dzisiejsza wojna z chrześcijaństwem?
– Wiem, komu jest potrzebna. Co więcej, są pewne znaki wskazujące, że zamieszane
są w to kręgi międzynarodowe. Poza przepoczwarzonym marksizmem idzie za tym też
ofensywa masonerii. To ma ogromny wpływ na Polskę.
Weźmy na przykład ludzi Ruchu Palikota. Oni się pojawili "znikąd", na gruncie
pewnych zjawisk społecznych, i stąd też nigdy nie mogą stać się jakąś
reprezentacją Narodu. To nie są ludzie stąd. A że się ich zebrała cała gromada,
to trzeba tylko nad tym ubolewać. Oni nie myślą po polsku, nie myślą polską
historią. I to jest żenujące, tak jak żenujący jest program, na którym się
opierają: rozbić rodzinę, zabijać poczęte dzieci, promować homoseksualizm,
demoralizować przez określony program tzw. wychowania seksualnego i chorobliwie
atakować Kościół. Na to zdrowo myślący Polak nie może się zgodzić! Musi boleć,
że takie ugrupowanie zjawiło się w życiu Polski. Ale jakim bólem jest także to,
że partia władzy, Platforma Obywatelska, nie wyklucza przynajmniej jakiegoś
częściowego mariażu z tym środowiskiem. Jeżeli są jeszcze ludzie dobrej woli w
PO, to nie może im nie wystąpić rumieniec wstydu na twarzy z tego tylko tytułu,
że taka ewentualność jest w ogóle brana pod uwagę. Niestety, atak na Kościół w
wykonaniu rządu Donalda Tuska wygląda na wyraźnie politycznie ukierunkowany na
elektorat Palikota. A gdy do tego dojdzie jeszcze ewentualność mariażu z
komunistami, to jesteśmy w dramatycznej sytuacji.
Mam nadzieję, że w PO jest jeszcze pewna liczba ludzi dobrej woli. Nie wnikam,
dlaczego znaleźli się w tej partii, ale chcę wierzyć, że nie utożsamiają się z
tymi antykościelnymi wypaczeniami, które wystąpiły w tej partii, i pomysłem tak
bardzo groźnego ewentualnego mariażu z Ruchem Palikota czy SLD. Ale fakt jest
faktem – oni też do tego ugrupowania należą, a to ugrupowanie grozi dziś
Kościołowi, a mariaż z ośrodkami antyklerykalnymi to jeszcze pogłębi.

W tym miejscu trzeba zadać niepokojące pytanie: co dzieje się z
katolikami w naszym katolickim kraju, skoro na to wszystko pozwalają? Może
marsze w obronie Telewizji Trwam są znakiem jakiegoś przebudzenia…

– Niestety, można tu mówić o pewnym stanie paraliżu katolików w Polsce. To
prawda, że na gruncie Radia Maryja pojawia się nowy fenomen – ludzie wychodzą w
protestach na ulice, aby zamanifestować swą niezgodę na dyskryminowanie
katolickiej telewizji w procesie cyfryzacji. Nie wiadomo, jak poradzą sobie z
tym rządzący, ale na pytanie, gdzie są dziś katolicy, częściowa odpowiedź już
jest: właśnie tam, na tych marszach. I nie są to tylko słuchacze Radia Maryja,
ale ludzie, którzy mają świadomość, że tu chodzi już o ogólnokatolicką sprawę i
dlatego trzeba tam być. Ale to powinien być początek. To jeszcze nie są te
miliony wychodzących na ulice za sprawę wartości chrześcijańskich, jak choćby w
zlaicyzowanej Francji czy niszczonej zapateryzmem Hiszpanii. To, że jeszcze nie
ma nas na tych marszach setek tysięcy, to nadal świadczy o pewnym paraliżu.

Skąd ten paraliż?
– Nie umiem powiedzieć, dlaczego katolicy w Polsce są tak mało śmiali i odważni.
Nie są zdolni powiedzieć dziś tego, co w pierwszych dniach wyboru ks. kard.
Karola Wojtyły na Papieża i gdy przyjechał on z pierwszą pielgrzymką do Polski.
Zobaczyliśmy wówczas, że są nas miliony, wielkie rzesze, i cały reżim zadrżał. A
przecież i wówczas, i teraz chodzi o tę samą sprawę. Tam chodziło o obalenie
totalitarnego reżimu niszczącego Naród i Kościół, a tu chodzi o to, że wkrótce
każą nam akceptować in vitro, aborcję, związki homoseksualne i odmówią
Kościołowi prawa do oceny moralnej tego wszystkiego.

Do tego potrzebne są politycznie poprawne media i dlatego dla Telewizji
Trwam nie mogło znaleźć się miejsce na multipleksie.

– Ta decyzja KRRiT to próba zacementowania obecnego stanu w mediach, który
sprawia, że społeczeństwo jest niestety społeczeństwem Telewizji Polskiej,
Polsatu i TVN. To obok określonej prasy są dziś główne ośrodki, które sieją złą
ideologię. To ich działanie w dużej mierze powoduje wspomniany paraliż katolików
w Polsce i w wymiarze społecznym, i osobistym. Dlatego choć cieszy ten zryw w
postaci wyjścia w protestach ludzi na ulice, to nie można powiedzieć, że w
Narodzie doszło już do pełnej dojrzałości. W 1978 r. wszystko zaczęło się
powoli, a potem władze już nie miały wyjścia, musiały zacząć ustępować
katolickiemu Narodowi. Na rzeszach, które gromadziły się wokół Papieża Polaka,
rodziła się przecież "Solidarność". Kto wie, czy dziś też nie trzeba zbudzić
setek tysięcy, a może milionów katolików, ażeby powstrzymać to, co się dzieje.
Czy katolicy w Polsce są do tego zdolni? Tego nie wiem, ale wierzę, że tak.

Czy w związku z tym nie jest czymś opatrznościowym także dla nas,
Polaków, wezwanie Ojca Świętego Benedykta XVI do nowej ewangelizacji i
ogłoszenie Roku Wiary?

– Śledząc sytuację w Polsce, pragnę podkreślić dwie zasadnicze sprawy, ogromnie
ważne dla przebudzenia się katolików w Polsce. Po pierwsze, każdy z nas musi
solidnie znać swoją wiarę, znać chrześcijaństwo. Nie tylko z tego, co mówi
ksiądz z ambony, ale samemu jeszcze doczytać, coś przemyśleć, rozważyć. Czasem
może trzeba zdobyć na nowo wiedzę religijną, poznać nauczanie Kościoła, słuchać,
co mówi do nas Ojciec Święty. To, co się poznało podczas szkolnej katechizacji,
nie wystarcza na całe życie. Dziś trzeba umieć podjąć dyskusję z tymi, co
atakują katolicyzm, trzeba mieć argumenty w zderzeniu się z antychrześcijańskimi
ideologiami. Dlaczego Ojciec Święty mówi o nowej ewangelizacji – bo myśmy
stracili starą wiarę! A dlaczego ją straciliśmy? Bo pojawiła się nowa nauka,
ideologia relatywizmu i zdziczenie obyczajów, pokusa materializmu. I
poprzewracało się nam w głowach. Kościół, katolicy muszą na to umieć
odpowiedzieć. Wszyscy musimy pokazać, że wiara dzisiaj jest aktualna.
Po drugie, trzeba wiedzieć, dlaczego się wierzy. Każdy katolik powinien potrafić
odpowiedzieć, gdy go ktoś zapyta: "Dlaczego wierzysz w Boga, dlaczego wierzysz w
Jezusa Chrystusa, w jeden święty i apostolski Kościół?". A my dziś niestety nie
potrafimy. To samo jest z całym nauczaniem moralnym. Czy katolicy umieją
uzasadnić w rozmowie, dlaczego złe są aborcja, in vitro, demaskować manipulacje
związane z atakami na Papieża czy biskupów? A przecież każdy wierzący powinien
bronić swej wiary, zasad moralnych, które z niej wynikają. Czyli podsumowując:
musimy umieć powiedzieć, w co wierzymy, ale i dlaczego wierzymy.

Potrzebna jest zatem nowa apologetyka, nowe uzasadnienie wiary, wobec
tego, że dzisiejszy świat stara się ją wyrzucić poza nawias społeczeństwa.

– Inaczej do głosu dochodzić będą wszelkiej maści pseudoznawcy chrześcijaństwa.
Ojciec Święty Benedykt XVI doskonale ma tego świadomość. Papież mówi stanowcze
"nie" dla niewiary dziś i demaskuje jej źródła. Bo niewiara nie ma sensu! I
dlatego Ojciec Święty jest tak wściekle atakowany. To jest Papież, który widzi,
że trzeba ludzi solidnie nauczyć wiary, bo gdy wierzący będą dokładnie wiedzieć,
w co wierzą i dlaczego, to ta wiara mimo ataków będzie trwała. I stąd Rok Wiary.
Musimy się uzbroić w wiedzę wiary, aby nam byle Bartoś czy inny Obirek nie
mieszali w głowach. Bo często ludzie, którzy przeżyli osobistą katastrofę,
próbują tę katastrofę przenieść w życie innych. Jeżeli będzie pogłębiona wiara,
to będzie też modlitwa i na tym gruncie pojawi się rzetelne chrześcijaństwo.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj