Niebezpieczna eskalacja natręctw
Dawno, dawno temu, jeszcze za komuny, felietonista Hamilton w tygodniku
"Kultura" napisał felieton o swojej ciotce, która cierpiała na osobliwe
natręctwo. Nie mogła na przykład pogłaskać kota, bo kiedy tylko brała go na
ręce, natychmiast musiała szukać na nim pcheł. Wygląda na to, że od tamtej pory
tego rodzaju natręctwa upowszechniły się do tego stopnia, że śmiało można mówić
o epidemii. Oto na przykład działające we Włoszech stowarzyszenie Gherush 92
mające status doradcy Rady Gospodarczej i Społecznej ONZ domaga się usunięcia
"Boskiej Komedii" Dantego Alighieri z polecanej w szkołach lektury, ponieważ
jest to dzieło "antysemickie".
To prawda, że Dante pisał to, co naprawdę myślał – ale właśnie dzięki temu
literatura europejska otrzymała ponadczasowe arcydzieło, któremu nie dorastają
do pięt współczesne "skisłe szekspiry" – chałturnicy, z wyższością,
ostentacyjnie pogardzający "ciemnym średniowieczem", o którym – jak zresztą o
wszystkim innym – nie mają najmniejszego pojęcia. Dante jest ostentacyjnie
chrześcijański, ale przecież za przewodnika w swojej wędrówce po zaświatach,
której opisem jest właśnie "Boska Komedia", obiera sobie Wergiliusza, jednego z
największych poetów starożytnego Rzymu. Ciekawe, że właśnie Wergiliusz, żyjący
na pograniczu starej i nowej ery, opiewał pojawienie się na ziemi Dziecięcia:
"Wieków olbrzymi ordynek z nowego się rodzi początku. Oto powraca i Panna,
powraca królestwo Saturna, Oto i nowe stworzenie z wyżyny niebieskiej zstępuje.
Dziecię się rodzi – i kres pokolenie otrzyma żelaza". Nic dziwnego, iż
średniowiecze uznało, że powołujący się na Sybillę wieszcz Romy witał w ten
sposób Chrystusa. Ale postępactwo zrzeszone w Gherush 92, będące włoskim
odpowiednikiem działającej w naszym nieszczęśliwym kraju delatorskiej
organizacji Otwarta Rzeczpospolita, w ogóle tego nie zauważa – bo dla niego
najważniejsze jest, że Dante nie padł na twarz przed Żydami i nie okazał
należnego respektu sodomitom. Jakie to szczęście, że "Kac Wawa", którego
producent zamierza w niezawisłym sądzie uzyskać prawomocne uznanie tego filmu za
zasługujące wyłącznie na peany arcydzieło, nie zawiera żadnych akcentów
antysemickich ani homofobicznych. Przeciwnie – wszyscy "spotykają się" tam ze
wszystkimi bez żadnych uprzedzeń rasowych ani płciowych, więc jest wysoce
prawdopodobne, że nie tylko niezawisły sąd, ale również władze oświatowe uznają
go za cymes i nakażą spędzanie na seanse uczniów tak samo, jak na arcydzieło
pani reżyserowej Agnieszki Holland "W ciemności".
Ale to jeszcze nic w porównaniu z recenzją, jaką światu, a zwłaszcza Węgrom,
Polsce i Hiszpanii, wystawił Abraham Foxman, dyrektor żydowskiej Ligi
Antydefamacyjnej. Rosjanie powiadają, że każdy durak po swojemu s uma schodit –
ale pan Foxman żadnym "durakiem" nie jest. Czasami rzeczywiście może sprawiać
wrażenie, jakby uważał się za sumienie świata, ale tak naprawdę to wynalazł
sobie sposób na życie polegający na czerpaniu korzyści z pomierzania wszystkim
wokół poziomu antysemityzmu. Dotychczas można było traktować działalność pana
Foxmana pobłażliwie, ale w ostatnim jego wystąpieniu znalazły się akcenty
potencjalnie groźne. Pisze on m.in., że "na Węgrzech, w Hiszpanii i w Polsce
postawy antysemickie są szczególnie silne i wymagają poważnej reakcji ze strony
przywódców politycznych, społecznych i religijnych". Wypada mieć nadzieję, że
żaden z tych przywódców nie będzie przed panem Abrahamem Foxmanem skakał z
gałęzi na gałąź, bo w przeciwnym razie jego wypowiedź nosiłaby wszelkie znamiona
wojennego podżegania przeciwko Węgrom, Hiszpanii i Polsce. Na wszelki wypadek
przydałby się więc jakiś kaftan bezpieczeństwa.
Stanisław Michalkiewicz
