Nie zdradzajmy samych siebie

Z ks. prof. Andrzejem Maryniarczykiem, kierownikiem Zakładu
Metafizyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler

Istnieje blok tematów arcyważnych dla
każdego katolika, które są eliminowane z debaty politycznej, m.in. pełna
obrona życia, walka z zagrożeniami rodziny. Jaką rolę odgrywają na
scenie politycznej partie w pełni uwzględniające w programach te
zagadnienia w duchu zgodnym z nauczaniem Kościoła? Przykładem jest
Prawica Rzeczypospolitej.

– Na pewno fakt, że przypominają o
pewnych prawdach niezbywalnych, które nie mogą być wykluczone z dyskursu
społecznego, jest tutaj bardzo ważny. Pamiętajmy, że toczy się
społeczna debata na temat zasad organizacji życia społecznego i biorą w
niej udział różne grupy. W związku z tym środowiska, które reprezentują
katolików, nastawione na propagowanie wartości chrześcijańskich, są
niezbędne. Nawet jeśli nie wygrywają w wyborach, ich obecność na scenie
politycznej jest potrzebna do formacji sumień katolików w życiu
społecznym, a także po to, by innym przypominać o wartościach, które
stoją na straży życia człowieka i rodziny.

Czy katolik w imię
pragmatyki władzy może zrezygnować z domagania się od partii
politycznych uwzględniania nauki Kościoła? Czy katolicki polityk może
odchodzić od zasad nauczania Kościoła?

– Tu odpowiedź jest
jednoznaczna – nie może zrezygnować, ponieważ nie wymagając od partii
politycznych uwzględniania nauki Kościoła, sam współuczestniczy w tym,
co te partie złego robią czy popierają. Nie ma także możliwości, by
ugrupowanie, które odwołuje się do wartości chrześcijańskich, nie
uwzględniało w swoim programie tego, co stanowi istotę nauki
chrześcijańskiej. Gdy tak się dzieje, nie może nazywać się partią
chrześcijańską.

Jak rozpoznać, kiedy kończy się roztropność,
która usprawiedliwia głosowanie na „mniejsze zło”, a zaczyna polityczny
cynizm i wyrachowanie? Gdzie przebiega ta granica?

– Tam, gdzie
są zasady, ochrona życia i rodziny, prawda – tam nie ma żadnych
kompromisów i nie jest możliwy żaden pragmatyzm. W przeciwnym razie
zdradzamy samych siebie. Tam, gdzie trzeba czynić dobro, musimy szukać
roztropnego sposobu, żeby to dobro zrealizować. Tylko tu możemy szukać
kompromisów, „układów”.

Czym w dłuższej perspektywie grozi
sytuacja przejmowania głosów katolików przez partie programowo sprzeczne
z zasadami wypływającymi z nauki Kościoła?

– Może to grozić
laicyzacją życia społecznego albo co więcej – wyrugowaniem z dyskursu
społecznego głosu przedstawicieli ugrupowań katolickich. Widzimy to po
części na Zachodzie, gdzie są chrześcijanie, ale właściwie nie odgrywają
oni ważnej roli w debacie społecznej. Byłoby bardzo niebezpieczne,
gdyby rzeczywiście nie było autentycznych partii chrześcijańskich w
społeczeństwie.

Typowym przykładem partii, które zrezygnowały
z obrony „wartości” w imię władzy, są ugrupowania chadeckie. Co
powinniśmy wszyscy czynić, aby uniknąć takiej sytuacji w Polsce?


Myślę, że to, co po części się czyni – przypominać tym chadeckim
partiom, na jakim fundamencie stoją. Jeśli chcą pozostać rzeczywiście
ugrupowaniami odwołującymi się do chrześcijaństwa, to fundamentem dla
nich musi być Dekalog i nauczanie Kościoła. Wszelkie odchodzenie od tego
jest zaprzepaszczeniem albo sprzeniewierzeniem tego, co nazywamy
chadecją czy chrześcijańską reprezentacją.

Jaką rolę ma do
spełnienia w takiej sytuacji „Nasz Dziennik”, media konserwatywne? Czy
powinniśmy zdecydowanie stawiać kwestię wymagań wobec prawicowych
polityków?

– Bezwzględnie. W tej chwili jest tyle półprawd, tyle
niedomówień, że katolicki dziennik powinien jasno wskazywać: takie są
zasady, takie są chrześcijańskie wymagania dla polityka i takie są
również wymagania dla chrześcijanina. Każdy bowiem chrześcijanin ma
obowiązek uczestniczyć w życiu społecznym, gdyż jest istotą społeczną,
ale równocześnie ma też obowiązek kierować się pewnymi kryteriami.

Prezydent
jest reprezentantem Narodu. Jak właściwie rozumieć te słowa?


Prezydent RP uosabia wszystko to, co składa się na Naród Polski, czyli
jego historię, religię chrześcijańską związaną z nim nieodłącznie, na
dobre i na złe, kulturę, która w przewadze jest kulturą humanistyczną i
chrześcijańską (a mniej techniczną) oraz ojczysty język. Po trzecie,
prezydent RP reprezentuje interesy Narodu, w odróżnieniu od rządu, który
w pierwszym rzędzie reprezentuje przede wszystkim interesy i program
partii, która wygrała wybory. To wszystko sprawia, że wybory na urząd
prezydenta RP są wydarzeniem szczególnym i tak też przez społeczeństwo
winny być traktowane.

Prezydent stoi na straży dobra
wspólnego. To pojęcie często jest rozumiane jako wspólnota dóbr, gdzie
każdy znajdzie coś dla siebie. Kandydaci, także ci konserwatywni,
starają się więc mieć ofertę zarówno dla katolików, jak i dla ich
adwersarzy.

– Nie możemy pojmować dobra wspólnego, tak jak
proponuje to współczesny liberalizm, jako zbioru wszelkiego rodzaju dóbr
składowanych w sklepie-państwie, w którym każdy znajdzie coś dla
siebie: człowiek pobożny – obrazek, potrzebujący – chleb i ubranie,
osoba chcąca dokonać aborcji pigułki, inny pisma porno, jeszcze inny
materiał wybuchowy itd. Dobro wspólne właściwie rozumiane gwarantuje i
zabezpiecza rozwój osoby, tak w wymiarze jej życia biologicznego, jak i
duchowego.

Takim podstawowym dobrem jest ochrona życia…

Tak. Pierwszym i podstawowym dobrem wspólnym jest to wszystko, co
stanowi ochronę życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Dobrem wspólnym
jest to, co umożliwia godne warunki życia ludzkiego i jego rozwoju.
Dalej dobrem wspólnym jest to, co gwarantuje rozwój człowieka jako
osoby, a więc gwarancja prawa do prawdy, do wolności, do miłości oraz do
religii. Dobrem wspólnym jest też kultura (nauka, etyka, sztuka i
technika, religia). Zauważmy, że tego typu dobro wspólne jest właściwe
każdemu obywatelowi jako człowiekowi. Obojętnie do jakiej formacji
politycznej należy, jaką religię wyznaje i jakim światopoglądem się
kieruje. To wszystko przysługuje mu jako człowiekowi, gdyż to gwarantuje
jego osobowy rozwój.

W przeciwieństwie do tzw. prawa do
aborcji, legalizacji związków jednopłciowych itd.

– Oczywiście.
Czy to jest jakaś forma ostracyzmu i nietolerancji dla tych, którzy
takich „dóbr” potrzebują? Żadną miarą! Zadaniem zdrowego społeczeństwa, a
z nim prezydenta, jest taka organizacja owego życia, by ułatwić
wszystkim obywatelom realizowanie dobra, a utrudnić realizowanie zła.
Czyż normalny rodzic w zestawie dóbr dla swojego dziecka w imię
liberalizmu zaoferuje mu – obok chleba i ubrania oraz wykształcenia –
narkotyki, pisma pornograficzne, związki homoseksualne itp.?
Analogicznie sprawa wygląda z prezydentem. Kandydat na prezydenta, który
chce być tym, który w imię źle pojętego dobra wspólnego i tolerancji
utrudnia dostęp do dobra, a ułatwia dostęp do zła lub stawia na jednej
płaszczyźnie dobro wspólne i zło, nie może być dobrym prezydentem, tak
jak nie może być dobry rodzic, który stawia przed dzieckiem narkotyki i
materiały porno.

Co to znaczy kierować się w wyborach
politycznych sumieniem?

– Na temat sumienia napisano wiele
traktatów teologicznych i filozoficznych. Ciągle jednak pozostaje nie do
końca zrozumiały apel do sumienia. Co to znaczy, kiedy wzywa się, by w
wyborach głosować zgodnie z sumieniem? Czy to znaczy, że zgodnie z tym, w
jaki sposób ktoś intuicyjnie przeczuwa albo ma jakieś własne na ten
temat zdanie? Albo jakieś bliżej nieokreślone natchnienie? „Zgodnie z
sumieniem” nie oznacza całkowitej subiektywizacji decyzji wyboru, czyli
„widzimisię”. Sumienie dobrze rozumiane jest aktem poznawczym, jest
osądem rozumu. Zatem „zgodnie z sumieniem” oznacza, że wiem, jakie
wartości kandydat na prezydenta RP reprezentuje, jak traktuje życie
nienarodzonych, eutanazję, przykazania Boże itd. Również jak podchodzi
do wrodzonej mi zasady, że zawsze należy czynić dobro, a przeszkadzać w
czynieniu zła, przenoszę na rozeznane konkretne działania kandydata na
prezydenta. I wówczas sumienie albo przynagla mnie do wyboru, albo
przestrzega. Wtedy moje głosowanie jest zgodne z moim sumieniem.

A
kiedy jest odwrotnie?…

– Jeśli głosuję na kandydata, bo podoba
mi się jego uczesanie, wygląd, sposób wysławiania się, ubiór itd., to
wybieram niezgodnie z sumieniem. Takie głosowanie jest gwałtem na moim
sumieniu. Co więcej, poprzez swój akt decyzji współuczestniczę w tym, co
będzie czynił dla dobra wspólnego przyszły prezydent. Innymi słowy:
współodpowiadam za dobro, które przez niego będzie dokonane, ale i za
zło, które się będzie działo. W tak ważnym wyborze nie może być miejsca
na kompromis. Wybierać można, trzeba i należy tylko to, co jest prawdą i
dobrem.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj