Nie pozwólmy Rosji nas dzielić
Z prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem, sowietologiem, wykładowcą
Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktorem naczelnym dwumiesięcznika „Arcana”,
rozmawia Mariusz Bober
Spodziewał się Pan wygranej Wiktora Janukowycza? I to zaledwie sześć
lat po „pomarańczowej rewolucji”, która wymierzona była właśnie w
niego?
– Na pewno sześć lat temu trudno było spodziewać się takich
wyników w następnych wyborach. Trudno też było przewidzieć, że Janukowycz nie
tylko utrzyma się na scenie politycznej, ale wygra kolejną elekcję, tym bardziej
że nie jest to jakaś wyrazista osobowość.
Minimalna wygrana Janukowycza sprawiła, że zaczęto znowu mówić o
wyprowadzeniu ludzi na ulice…
– Najgorszy scenariusz, jaki mogę
sobie obecnie wyobrazić dla Ukrainy, to długotrwała, wielomiesięczna walka o
wynik tych wyborów i pogrążenie kraju w dalszym chaosie, swego rodzaju „zimnej
wojnie domowej” pomiędzy zwolennikami premier Julii Tymoszenko i Wiktora
Janukowycza. Być może się mylę, ale według mnie, dla stabilności tego kraju
lepiej byłoby uszanować wybór Ukraińców, jakikolwiek on jest. To bardzo ważne,
by nauczono się tam szanować wyniki wyborów, by ci, którzy je wygrają,
obejmowali taki zakres władzy, jaki określa prawo, i byli za ten obszar
odpowiedzialni. Ukraina już pozytywnie odróżnia się od swoich sąsiadów –
Białorusi i Rosji, szanując demokratyczne wyniki elekcji, podobnie jak to się
dzieje w krajach zachodnich.
Co dla Ukrainy będzie oznaczało objęcie urzędu prezydenta przez
Janukowycza?
– Pierwszy wniosek, jaki nasuwa się po niedzielnym
głosowaniu, jest taki, że widocznie ten kandydat był wygodny, że jest to
człowiek, którym można w dużym stopniu kierować, by nie powiedzieć –
manipulować. Druga obserwacja jest oczywista dla wszystkich: „pomarańczowa
rewolucja” poniosła porażkę.
Dlaczego?
– Przyczyn jest kilka. Pierwsza to walki
wewnętrzne w obozie „pomarańczowych” między dwojgiem jego przywódców:
prezydentem Wiktorem Juszczenką i premier Julią Tymoszenko. Druga to nieudolne
rządy, zwłaszcza prezydenta Wiktora Juszczenki.
Powiedział Pan, że Janukowycz jest kandydatem, którym można kierować.
To sugestia, że jego wybór był efektem oddziaływań socjotechnicznych, podobnie
jak to się dzieje na Białorusi czy w Rosji?
– Nie widzę argumentów
za tym, by uznać, że elekcja ta była zmanipulowana przez wpływ mediów. Moim
zdaniem, to był demokratyczny wybór większości Ukraińców. Warto zauważyć, że w
głosowaniu uczestniczyła duża część społeczeństwa. Dlatego myślę, iż można
zrozumieć ten wybór jako np. reakcję na dotychczasowe rządy „pomarańczowych”.
Wojna na wyniszczenie, którą prowadzili przywódcy tego obozu deklarujący
wprowadzenie moralnej odnowy na Ukrainie, musiała przynieść reakcję np. w
postaci przyzwolenia społeczeństwa na objęcie rządów przez polityka mniej
„wyrazistego”, który wydaje się obiecywać więcej „świętego spokoju”.
A może wybór Ukraińców jest oznaką rozczarowania, bo „pomarańczowi”
nie spełnili swoich obietnic? Prócz wspomnianej odnowy moralnej proponowali też
skok gospodarczy kraju i integrację z Zachodem…
– Poza omawianymi
konfliktami między przywódcami obozu „pomarańczowych” cała formacja nie
popełniła aż tak poważnych błędów, za które wyborcy mogliby teraz ją potępić.
Stopa życiowa na Ukrainie nie jest obecnie niższa niż sześć lat temu. To, że nie
nastąpił spadek, a wystąpiło nawet minimalne podniesienie poziomu życia, należy
wiązać z reformami „pomarańczowych”, choć były one wprowadzane tylko w
ograniczonym zakresie i niekonsekwentnie. Poza tym przedwyborcze zapowiedzi tych
polityków, że Ukraina w krótkim czasie stanie się krajem mlekiem i miodem
płynącym, były po prostu nierealistyczne. Nigdzie na świecie takie zmiany nie
dokonują się w tak szybkim tempie. Ponadto do przeprowadzenia szybkiej
modernizacji kraju nie wystarczy wysiłek samych Ukraińców ani mobilizacja klasy
politycznej, która zresztą nie była wystarczająca. Potrzebna była też wola
wciągania do takiej współpracy Unii Europejskiej. Tymczasem w UE nie było takiej
woli i obecnie tym bardziej jej nie ma.
Program Partnerstwo Wschodnie, o którym z dumą mówi szef polskiego
MSZ Radosław Sikorski, jak o realnej i konkretnej pomocy, m.in. dla Ukrainy, to
niewystarczająca oferta?
– Jest to oferta zdecydowanie gorsza niż
namiastka UE. Nie twierdzę, że to program nierealny. Jest to jednak realizm z
kategorii tych najmniejszych. Mówiąc wprost – program Partnerstwo Wschodnie
pozwala załatwić kilka drobnych spraw, jak np. ułatwienia wizowe. Jest to
oczywiście ważne; dobrze, że polskie MSZ pomogło w uruchomieniu tego programu i
we wprowadzeniu ułatwień w ruchu wizowym. Rzecz w tym, że w odniesieniu do
strategicznego wyboru Ukrainy – z Zachodem czy z Rosją są to niezwykle małe
kroki. Omawiana propozycja stanowi odwrót od ambitnie zakreślonego zadania,
jakim była próba wciągnięcia naszego wschodniego sąsiada do UE i NATO. Takie
właśnie próby podejmował najpierw rząd PiS, a ostatnio prezydent Lech Kaczyński.
Po objęciu rządów przez PO cofnęliśmy się o kilka kroków. Szczególnie ważne i
niepokojące jest skorelowanie tego procesu z ofensywną i przemyślaną polityką
rosyjską. Metoda Moskwy polegająca na stopniowym antagonizowaniu Warszawy i
Kijowa przyniosła oczywiste i niezaprzeczalne rezultaty. Przykładem tego jest
szantaż gazowy Rosji wobec Ukrainy w styczniu 2008 roku. W czasie, gdy określano
dopiero kierunek polityki ukraińskiej gabinetu Donalda Tuska, Rosjanie
zaplanowali wizytę ministra Radosława Sikorskiego w przeddzień przyjazdu do
Moskwy premier Julii Tymoszenko. Z pistoletem gazowym przyłożonym do skroni
miała ona podpisać „akt kapitulacji” Ukrainy w negocjacjach gazowych z Rosją.
Przyjazd Sikorskiego do Moskwy w takim momencie był manifestacją skuteczności
rosyjskiej polityki, poprzez którą Kreml zademonstrował ukraińskiej premier, że
Polska też siedzi w rydwanie polityki Moskwy i odcina się od Kijowa. Tak właśnie
odebrali tę sytuację Ukraińcy – jako pokaz tego, że dla rządu Tuska Rosja jest
ważniejsza niż Ukraina. Można oczywiście dyskutować o tym, czy Rosja może być
naszym głównym partnerem na Wschodzie zamiast Ukrainy. Ale w polityce
zagranicznej rządu Donalda Tuska taki wybór stał się faktem. Poza tym o
warunkach takiego porozumienia z Moskwą decyduje wyłącznie Kreml.
A czy będzie on także decydował o naszych relacjach z Ukrainą dzięki
wyborowi na najwyższe stanowisko w tym państwie polityka, który uznawany był za
„człowieka Rosji”?
– Nie obawiałbym się, że po objęciu władzy
Janukowycz od razu pobiegnie do Moskwy, by sprzedać Ukrainę Rosji. To polityk,
który reprezentuje przede wszystkim potężnych oligarchów ze wschodu kraju. Ci
zaś wolą pozostać oligarchami ukraińskimi, niż podzielić los niektórych kolegów
rosyjskich, jak np. Michaiła Chodorkowskiego. Wolą dysponować majątkiem rzędu
4-5 mld USD, niż szyć spodnie w obozie gdzieś na granicy z Chinami, jak np. były
szef koncernu naftowego Jukos. Dlatego paradoksalnie oligarchowie są obecnie
strażnikami niepodległości Ukrainy. Oni już wiedzą, jak walczyć o władzę.
Natomiast pod rządami Janukowycza mogą zwiększyć się wpływy rosyjskie na kulturę
Ukrainy. Przecież polityk ten nie ukrywa, że lepiej mówi po rosyjsku niż
ukraińsku. Z drugiej strony można spodziewać się, że pod jego rządami osłabnie
nuta nacjonalistyczna czy wręcz szowinistyczna w polityce ukraińskiej, na której
grał w sposób żałosny prezydent Wiktor Juszczenko. Trudno bowiem wyobrazić
sobie, by Janukowycz firmował taką apologię UPA czy nacjonalizmu spod znaku
Dmytro Doncowa [twórca ideologii Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów – przyp.
red.], jak to się działo zwłaszcza w ostatnich miesiącach rządów Juszczenki.
Dlatego nie można od razu przedstawiać prezydenta elekta Ukrainy jako
nieszczęścia dla Polski, ale trzeba zacząć z nim rozmawiać.
Jaki wpływ na relacje z Polską będzie miał wybór Janukowycza na
prezydenta i jego wizja polityki zagranicznej?
– To zależy od tego,
w jakim stopniu rząd polski będzie umiał zareagować na długofalową politykę
rosyjską, której cele są jasne. Sprowadzają się one do powiększania dystansu
między Warszawą a Kijowem i prowokowania następnych „okazji” do manifestowania
„ocieplenia” relacji z Polską, za którymi jednak nie będą szły żadne ustępstwa
ze strony Rosji w sprawach dla Polski zasadniczych. Przykładem tego jest
perfekcyjnie wykonana, sądząc po dotychczasowych informacjach, „operacja Katyń
2010”. W jej ramach premier Władimir Putin zaprosił Donalda Tuska na groby ofiar
mordu katyńskiego, poniżając ich pamięć i Naród Polski.
W jaki sposób?
– Przecież obecny premier Rosji wywodzi
się z organizacji, która bezpośrednio odpowiada za mord katyński. Choć jestem
przeciwny, by ciągle wypominać mu karierę w sowieckiej bezpiece, to jednak kiedy
zapowiadana jest jego wizyta w Katyniu, nie sposób zapomnieć o tym, że Putin był
oficerem KGB, czyli bezpośredniego następcy NKWD. Nigdy nie odciął się od KGB.
Przeciwnie. Jak pokazuje np. film dokumentalny „Towarzysz Prezydent”, na
Łubiance, w mrocznej siedzibie sowieckiej i rosyjskiej bezpieki, po wyborze na
prezydenta Rosji w 2000 r. zameldował swoim kolegom: „Towarzysze oficerowie!
Zadanie zostało wykonane!”… Ponieważ Putin nigdy nie potępił działalności
organów bezpieczeństwa Związku Sowieckiego, można uznać, że nadal sprawuje
władzę w imieniu osób wywodzących się z tej instytucji odpowiedzialnej za
wymordowanie milionów ludzi. Oznacza to, że chce przekształcić uroczystości w
Katyniu w swego rodzaju parodię symbolicznego zadośćuczynienia. Dlatego jeśli
ktoś twierdzi, że dzięki tym planowanym uroczystościom mamy do czynienia z
jakimś historycznym przełomem w skali porównywalnej z listem biskupów polskich
do niemieckich, powinien zastanowić się kilka razy nad takimi słowami.
Nie widzi Pan szans na prawdziwe zmiany w relacjach
polsko-rosyjskich?
– Pozytywnym aspektem planowanych uroczystości
jest zaangażowanie rosyjskiej Cerkwi prawosławnej w upamiętnienie zbrodni
katyńskiej. Tu właśnie widać przełom – niezależnie od intencji politycznych,
które mogą temu towarzyszyć. Myślę, że obecność przedstawicieli Patriarchatu
Moskiewskiego, a najlepiej samego patriarchy, i np. przewodniczącego Episkopatu
Polski na uroczystościach religijnych w Katyniu miałaby wielką wymowę. Na
płaszczyźnie religijnej bowiem upamiętnienie mordu katyńskiego jako wielkiej
zbrodni komunistycznej miałoby moc oczyszczającą, pod warunkiem, że nie będzie
tam kogoś, kto odwraca znak tej uroczystości i czyni z niej szyderstwo. Dlatego
też należy odróżnić aspekt czysto polityczny i stwierdzić, że Rosja pod rządami
Władimira Putina dąży do tego, by dzielić Polskę, tak jak robiła to pod rządami
np. Stalina, gdy w 1944 r. dyktowała rządowi londyńskiemu, z kim chce rozmawiać,
twierdząc, iż może spotkać się z premierem Stanisławem Mikołajczykiem, ale nie z
prezydentem Władysławem Raczkiewiczem. Podobnie caryca Katarzyna II
przeciwstawiała króla Stanisława Poniatowskiego opozycji magnatów w XVIII wieku.
Jeśli strona polska zgodzi się na to, że to Moskwa dyktuje, z kim chce rozmawiać
i kto ma reprezentować Polskę, będzie to smutny przykład triumfu imperialnej
polityki Rosji i dowód niedojrzałości polskiej kultury politycznej.
Ale prezydent Lech Kaczyński już zapowiedział, że pojedzie na
uroczystości nawet bez zaproszenia, więc chyba sam rozstrzygnął
problem?
– Nie chciałbym w tym kontekście podsuwać ani prezydentowi,
ani premierowi żadnych rozwiązań. Wyjazd samego premiera i pozostanie prezydenta
w kraju byłby tryumfem polityki Moskwy. Natomiast wyjazd Lecha Kaczyńskiego na
uroczystości wraz premierem i potraktowanie prezydenta w Katyniu w sposób
pogardliwy, jako gościa drugiej kategorii – to również urągałoby godności
państwa, którego głową jest właśnie prezydent. Dlatego powinniśmy umieć
odpowiedzieć na to wyzwanie, które rzucił polskiej kulturze politycznej premier
Putin. Najważniejsze jest, by nie przenosić wojny politycznej między obozem
prezydenckim i rządowym na zewnątrz, zwłaszcza w relacjach z Rosją, bo byłby to
triumf prowadzonej przez Rosję polityki „dziel i rządź”. Dlatego w takiej
sytuacji prezydent i premier nie powinni uprawiać rywalizacji nad grobami
katyńskimi, lecz wspólnie uzgodnić, jak wybrnąć z tej sytuacji. Powinny to
zrozumieć również media i nie egzaltować się nagłaśnianiem sporów między
prezydentem i premierem.
Dziękuję za rozmowę.
