Nie chcę legitymizować „Nergala”
Z Maciejem Iłowieckim, który zrezygnował z zasiadania w Radzie Etyki
Mediów, rozmawia Paulina Gajkowska
Dlaczego odszedł Pan z Rady Etyki Mediów?
– O powodach swojego odejścia poinformowałem w oświadczeniu wydanym w czwartek.
Pomimo mojego szacunku do wszystkich członków Rady Etyki Mediów nie jestem w
stanie zgodzić się z jej obecną polityką. Rezygnując z członkostwa, nie miałem i
nie mam zamiaru wyrażać żadnych pretensji osobistych do dziennikarzy
zasiadających obecnie w Radzie. Darzę ich szacunkiem. Natomiast oni mają
zupełnie inną wizję działania tej instytucji i roli mediów niż ja. W obecnej
Radzie panuje przekonanie, że powinna być zawsze życzliwa dziennikarzom, nie
oceniać ich ostro, raczej się przyglądać. Uważam, że Rada powinna zwracać uwagę
na te wszystkie incydenty i zachowania, które są w sprzeczności lub naruszają
etykę dziennikarską, której zasady są dobrze opisane w Karcie Etycznej Mediów.
Najważniejszą z nich jest dobro odbiorców. Szalę przechylił stosunek Rady do "Nergala".
REM broniła jego obecności w telewizji publicznej.
– Nie potrafię pojąć, skąd bierze się szerokie poparcie dla jego działalności w
mediach i usprawiedliwianie, również przez Radę, jego zachowania. Uważam, że
powinny go obowiązywać takie same zasady jak wszystkich obywateli, ale przede
wszystkim pewna kultura – w Polsce od wieków związana z chrześcijaństwem.
Szydzenie z uczuć religijnych nie mieści się w ramach szacunku dla odbiorcy – to
według mnie jest oczywiste. Zaznaczę jednak, że obrażanie jakichkolwiek uczuć
religijnych jest zachowaniem haniebnym. Sądzę jednak, że "Nergal" nie odważyłby
się obrazić muzułmanów – to tak na marginesie. Poza tym jego pseudonim "Holocausto"
przechodzi ludzkie pojęcie. Przecież obraża on ofiary holokaustu, ale również
tych, którzy zginęli z nimi i za nie. Nie można usprawiedliwić obecności tego
pseudoartysty w mediach w żaden sposób. Taki człowiek nie powinien być promowany
w środkach przekazu jako celebryta. Poza tym, jeśli chodzi o moją decyzję, to
nie bez znaczenia była również jedna z ostatnich debat Tomasza Lisa, w której
wykazał się daleko posuniętym brakiem szacunku dla swojego rozmówcy… Na pewno
ją Pani widziała?
Owszem. W swoim oświadczeniu napisał Pan, że "zachowanie Tomasza Lisa było
przykładem agresji, stronniczości i braku kultury"…
– Dziennikarz ma prawo, ba, obowiązek dociekać, drążyć temat, pytać, stawiać
pewne sprawy ostro – to jest oczywiste. Jednak to, co widzieliśmy u Tomasza
Lisa, kompletnie mija się z istotą dziennikarstwa. Tak po prostu nie prowadzi
się rozmowy! Nawet jeśli nie darzy się sympatią osoby, z którą przeprowadza się
wywiad, albo nie zgadza z jej poglądami, to okazywanie wprost braku szacunku i
stronniczość są sprzeczne z podstawowymi zasadami dziennikarstwa. Być może mój
głos jest biciem głową w mur, ale uważam, że trzeba głośno o pewnych sprawach
mówić. W końcu kropla drąży skałę. Pragnę w tym miejscu zwrócić uwagę, że jest
wielu uczciwych i rzetelnych dziennikarzy, którzy rozumieją, na czym polega ich
zawód.
Co miał Pan na myśli, mówiąc o "względach politycznych", które były "nie bez
znaczenia" przy podejmowaniu decyzji o odejściu z Rady?
– Chodziło o sens ogólny. Nie zgadzam się z obecną linią REM, którą można nazwać
pewną polityką. Nie ukrywam również, że mam konkretne poglądy polityczne,
odmienne od reszty członków. Każdy porządny dziennikarz ma swoje poglądy; chodzi
o to, aby ich w sposób nieetyczny nie wykorzystywać. Mam zatem inne poglądy
polityczne sensu stricto – nie jestem wielbicielem obecnego rządu, czego zresztą
nie ukrywam – jak również mam odmienną wizję roli REM niż ta, którą obecnie ona
przyjmuje. Według mnie, jest to postawa usprawiedliwiania wszelkich zachowań
dziennikarskich, także plotkarstwa, agresji, zaniedbywania powinności
edukacyjnych. Moim zdaniem, zasadniczą rolą REM powinno być piętnowanie takich
zachowań. Nie oznacza to absolutnie, że żywię jakieś urazy czy pretensje do
członków Rady. Po prostu mam inne poglądy niż oni i bezzasadna była moja dalsza
obecność w Radzie.
Domyśla się Pan, że może pojawić się za chwilę zarzut adresowany do Pana, że
chciałby Pan promować cenzurę?
– Oczywiście, zdaję sobie z tego sprawę. Ale proszę pamiętać, że takie zarzuty
już były formułowane pod adresem starego składu REM. Każdy dziennikarz powinien
mieć świadomość, że istnieje wewnętrzna "cenzura", choć to słowo ma niechlubne
konotacje. Chodzi o sumienie i wewnętrzną uczciwość. Jest coś, do czego rzetelny
dziennikarz się nie posunie – to jest kłamstwo, obrażanie. Inną sprawą jest
cenzura redakcyjna, ale to jest szeroki temat na osobną dyskusję.
Dziękuję za rozmowę.
