Nie było wizji lokalnej

Z gen. bryg. rez. dr. inż. Tomaszem Bąkiem, szefem Oddziału Szkolenia
Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe podczas misji stabilizacyjnej w Iraku,
rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Sprawa żołnierzy z Nangar Khel ciągnie się już pięć lat. Można mówić
o porażce prokuratury?

– Od samego początku oceniałem bardzo negatywnie sprawę Nangar Khel. Po
pierwsze, prokuratura z tego, co wiemy na dzień dzisiejszy, nie dopełniła
wszystkich swoich obowiązków. Nie odbyła się na przykład wizja lokalna. Trudno
więc komuś udowadniać jakieś rzeczy, skoro nie było się tam na miejscu i nie
zbadało szczegółów, tylko zbierało jedynie informacje i dane do sprawy przy
pomocy Żandarmerii Wojskowej czy miejscowego prokuratora. Po drugie, jeśli
oczyściliśmy z winy trzech, to powinniśmy oczyścić również pozostałych czterech.
Ja rozumiem, że są dowódcy, są żołnierze, jest jakiś podział, ale w tym wypadku
nie ma to dla mnie większego znaczenia, bo jeśli są odpowiedzialni, to są, a
jeśli nie, to nie.

Na równi dowódcy z szeregowymi?
– Pewnie nie, bo dowódca ponosi odpowiedzialność za wydawane rozkazy i to nie
ulega wątpliwości, ale z drugiej strony, jeśli sprawa ciągnie się pięć lat, to
też jest to jakaś niedorzeczność. Bo nawet jeśli ta trójka żołnierzy została
teraz uniewinniona, to proszę powiedzieć, jak ma wyglądać ich służba i normalne
życie, skoro przez pięć lat właściwie byli uwiązani tą sprawą? Jeśli Nangar Khel
to była tak bardzo prestiżowa sprawa – jak twierdziła prokuratura – to trzeba
było ją zakończyć w ciągu pół roku do roku, odkładając na bok mniej ważne
sprawy.

Dlaczego sprawa Nangar Khel tak się ślimaczy?
– Jeśli prokuratura wojskowa twierdzi, że jest tak sprawna, to powinna się
wykazać, w jedną albo w drugą stronę. Albo sprawę umarzają i jej nie ma, albo
stawiają konkretne zarzuty na podstawie konkretnie przeprowadzonego śledztwa, a
nie na zasadzie domniemań, bo ze strony prokuratury to też są domniemania.

Żołnierze przedstawiali różne wersje otwarcia ognia. Najpierw
utrzymywali, że była to odpowiedź na ostrzał ze strony talibów, później, że
działali na rozkaz, a jeszcze innym razem, że amunicja była wadliwa.

– Wie pan, wszystkie możliwości mogą zaistnieć. Nie my jesteśmy od rozsądzania,
od tego są prokuratura i sąd. Widocznie nie potrafią tego zrobić, skoro sprawa
wraca do I instancji.

Sąd stwierdził, że szeregowi mieli prawo zakładać, iż dowódca wydaje im
rozkaz, który obiektywnie jest słuszny.

– Szeregowy ma obowiązek wykonać rozkaz. Regulamin przewiduje również jednak, że
może odmówić wykonania rozkazu, lecz wtedy będzie pociągnięty do sankcji karnej.
Jeśli szeregowy zdawałby sobie sprawę z tego, że – załóżmy – wydany rozkaz
będzie kłócił się z międzynarodowym prawem wojennym czy dojdzie do zbrodni
wojennej, to powinien go nie wykonywać. I takie przypadki znamy chociażby z
wojny w Wietnamie, gdzie żołnierze odmówili wykonania rozkazu, ponieważ był on
sprzeczny z prawem międzynarodowym. Więc żołnierze zawsze mogą odmówić, tylko
jeżeli będzie to niesłuszne odmówienie, to zostaną pociągnięci do
odpowiedzialności karnej za niewykonanie rozkazu.

Reguły dotyczące odpowiedzialności za podejmowane decyzje w armii są do
końca klarowne i przejrzyste?

– Są klarowne, bo jest regulamin, który jasno mówi, kto podejmuje decyzje i kto
za nie odpowiada. Ten, kto podejmuje decyzje, odpowiada za nie, a więc dowódca
każdego szczebla, który podejmuje decyzje, ponosi za nie odpowiedzialność.
Decyzja, krótko mówiąc, to jest akt woli dowódcy, jego wola, która zostaje
wykonana przez jego podwładnych.

Generał Polko powiedział w jednym z wywiadów, że próbuje nam się dziś
wmówić, iż wojsko podejmuje decyzje w sposób demokratyczny, i potem nie wiadomo,
kto za co odpowiada.

– Demokratyzacja życia w wojsku może sprawdzić się jedynie w sytuacjach
pokojowych, podejmowania decyzji – czy w czasie wolnym od zajęć idziemy do kina
czy na dyskotekę. Ale nie wykonywania zadań bojowych. W trakcie wykonywania
działań bojowych szczególnie szczebel dowodzenia podejmuje decyzje i ponosi za
nie odpowiedzialność.

Proces czterech żołnierzy ruszy od początku. To byli też Pana
wychowankowie.

– Od początku uważałem, że są niewinni. Ja po prostu wierzę w moich żołnierzy,
bo wielu z nich było moimi wychowankami, jak dowódca. To są dobrzy, porządni
żołnierze. Byłem z nimi m.in. w Kosowie i Bośni. Tam były, jak wiadomo, inne
warunki, ale na pewno sprawdzili się jako dobrzy dowódcy i żołnierze.

Nie stwarzali żadnych problemów?
– Nie, ja przynajmniej takich nie miałem, a – jak wspomniałem – większość z nich
służyła pod moją komendą. Zresztą pod komendą gen. Polko również.

Wyrok Sądu Najwyższego zaskoczył Pana?
– Raczej tak, liczyłem na to, że wszyscy zostaną uniewinnieni.

Służbę w Afganistanie zaczyna XI zmiana Polskiego Kontyngentu
Wojskowego. To będzie trudna operacja związana z przygotowaniem do wycofania
naszych sił.

– Uważam, że najwyższy czas, żeby rozpocząć nie tyle rozmowy, ile faktyczne
wycofywanie kontyngentu, zmniejszanie jego liczebności w Afganistanie.
Oczywiście pod warunkiem, że zostanie to odpowiednio zabezpieczone. Bo jeśli w
danej prowincji czy regionie, w którym obecnie stacjonujemy, nie będzie
odpowiednich warunków do tego, żeby przekazać władzę czy odpowiedzialność za
bezpieczeństwo lokalnym jednostkom – mam tu na myśli afgańską policję i wojsko –
to liczyć się również trzeba z tym, że proces wycofywania się będzie bardzo
trudny i niebezpieczny. Oczywiście mechanizm jest taki, że podczas wycofywania
się będziemy się zabezpieczać, ale musimy mieć też świadomość, że miejscowi
muszą również uczestniczyć i pomagać nam w tym wycofywaniu.

Dziękuję za rozmowę.
 


Generał brygady rez. dr inż. Tomasz Bąk był dowódcą 21. Brygady Strzelców
Podhalańskich (2008-2010), szefem Oddziału Szkolenia Wielonarodowej Dywizji
Centrum-Południe podczas misji stabilizacyjnej w Iraku w 2004 r. i zastępcą
dowódcy polskiej brygady (2005-2006).

drukuj