Nazywam się Siewruk, nie Siewrukas
Z Michałem Siewrukiem, Polakiem, który na Litwie mieszkał kilkadziesiąt
lat, a obecnie często odwiedza przyjaciół w ukochanym Wilnie, rozmawia Adam
Białous
Może Pan podać przykłady szykanowania Polaków mieszkających na Litwie?
– Pierwszy, najświeższy, to haniebna ustawa przyjęta przez władze Litwy, która
doprowadzi do likwidacji polskich szkół. Dla Polaków tam mieszkających jest to
wielki ból serca, ponieważ młodzi będą się wynarodawiać. Znam też inne liczne
przykłady niesprawiedliwego traktowania Polaków. Litwini zabraniają po polsku
pisać, czytać, mówić, nie można stosować polskiej pisowni nazw miejscowości.
Jeśli ktoś napisze Adampol, a nie Adampolis, musi zapłacić mandat. Najpierw 200
litów, a jak dalej będzie pisał po swojemu, to nawet do 2 tys. litów. Litwini
używają takiego pogardliwego słowa na określenie Polaka – gudas, to jest ktoś z
niższej kasty. Ostatnio zdarzają się nawet wypadki pobicia za mówienie po
polsku. Jechałem niedawno z Wilna do Nowej Wilejki, autobus był pełen Polaków,
ale bali się oni mówić głośno po polsku, mówili szeptem.
Na Litwie mieszka bardzo wielu Rosjan. Są traktowani podobnie?
– O nie. Rosjanie mogą mówić i pisać po rosyjsku bez żadnych konsekwencji.
Litwini Rosjan się boją i pozwalają im na więcej. Boją się, że im zakręcą kurek
z gazem, że im odetną prąd, bo są już od Rosji energetycznie uzależnieni. Gdyby
Litwini traktowali Rosjanin tak, jak robią to w przypadku Polaków, to jestem
pewien, że władze rosyjskie od razu by zareagowały, i to bardzo ostro. A Polacy
na Litwie robią, co mogą, proszą o pomoc polski rząd, Senat. Mają żal, że ich
polskie władze nie bronią.
Polskie władze państwowe zaniedbują swoje obowiązki wobec Polaków na Litwie?
– Przyjadą, naobiecują, że coś zrobią, pomogą – i nic z tego nie wynika.
Przedstawiciele rządu Donalda Tuska czy parlamentu, jeżeli przyjeżdżają na
rozmowy z władzami Litwy, to – jak mówią w Wilnie – tylko się "kiwają", to
znaczy kłaniają, mówią gładkie słowa. Przyjeżdżają niby bronić nas przed
litewskimi represjami – sprawa jak najbardziej poważna, a oni ciągle się śmieją
i kłaniają. Niech biorą przykład z przedstawicieli władz Rosji. Ci jak
rozmawiają o sprawach poważnych, dotyczących obywateli ich państwa, to się
nikomu nie kłaniają, stoją prosto i wygarniają prosto z mostu. Dlatego też ich
dyplomacja odnosi sukcesy.
Ale pewna doza kurtuazji podczas rozmów z przedstawicielami jej władz jest
potrzebna i może przynieść dobre skutki…
– Władze Litwy nie przejmują się zupełnie konwenansami, a podpisywane przez
siebie deklaracje traktują z przymrużeniem oka. Przecież podpisali już
kilkanaście lat temu deklarację, że zwrócą Polakom ich ziemie, majątki, że
pozwolą mówić i kształcić się po polsku. I żadnej z tych obietnic nie
dotrzymali. Bo oni nie traktują nas poważnie, u nich jest taka mentalność, że
jak im się twardo postawisz, zagrozisz, zdecydowanie walczysz o swoje,
podniesiesz głos – dopiero wówczas reagują. Dla przykładu opowiem taką historię.
W wileńskim urzędzie przekręcali moje nazwisko – zamiast Siewruk mówili
Siewrukas, i to zmienione wpisywali do dokumentów. Zirytowałem się, poszedłem do
tego urzędu, uderzyłem pięścią w biurko urzędnika i nakrzyczałem na niego, żeby
mi nie kaleczył nazwiska. Od tej pory, a minęło już kilka ładnych lat, wpisują
je jak trzeba. Moim zdaniem, podobnie, tylko że na gruncie dyplomatycznym,
powinny się zachować nasze władze. Już dawno powinny napisać skargę do
Strasburga, upomnieć się zdecydowanie o nasze prawa w Unii Europejskiej, które
Litwa ewidentnie łamie.
Dwadzieścia lat wałczył Pan o odzyskanie rodzinnego majątku na Litwie.
Dlaczego tak długo?
– Odzyskanie przez Polaka majątku na Litwie to droga przez mękę. Starania w tym
kierunku rozpocząłem zaraz po roku 1990. Od początku było to bardzo trudne
zadanie, ale z Bożą pomocą zakończyło się pomyślnie. Przed tym, jak nasz majątek
zagarnęła władza sowiecka, liczył on około 200 hektarów. Mi udało się do tej
pory udowodnić w sądzie, że należy nam się zwrot 112 hektarów, i tyle oddano.
Ale walczyłem o to prawie 20 lat. Z tego, co wiem, to ziemię na Litwie – jeśli
chodzi o Polaków – udało się odzyskać jedynie dwóm osobom. Dlatego że jest to
prawie niemożliwe, a w rejonie wileńskim w ogóle niemożliwe. Ja się zawziąłem i
mnie się to udało, ale straciłem przy tym zdrowie i dużo pieniędzy.
Przysłuchiwałem się niejednokrotnie rozmowom, jakie na ten temat toczą między
sobą w Wilnie przedstawiciele polskiej inteligencji. Mówią oni, że Litwini
jeszcze niedawno wyznaczyli sobie cel, żeby "polski problem" był rozwiązany za
jakieś 60 lat. Teraz mówią już o 30 latach. Przyspieszyli, z prostego powodu –
Litwinów na Litwie straszenie szybko ubywa. Bardzo dużo młodych Litwinów
wyjechało i wyjeżdża za pracą na Zachód. U nich jest o wiele gorzej znaleźć
zatrudnienie niż w Polsce. Zostają tylko starzy ludzie. A tak naprawdę takich
Litwinów z dziada pradziada jest bardzo niewielu. Większość pochodzi ze związków
mieszanych polsko-litewskich czy rosyjsko-litewskich. Dlatego, kierowani
panicznym strachem, że wymrą, chcą z Polaków na siłę zrobić Litwinów –
przynajmniej w dokumentach. Stąd ten pomysł, żeby pozamykać polskie szkoły, bo
to przyspieszy proces lituanizacji naszej młodzieży.
Dziękuję za rozmowę.
