Nadgarstek sześciolatka nie nadąża za ministerstwem
Z Dorotą Dziamską, pedagogiem, dyrektorem Pracowni Pedagogicznej im.
prof. Ryszarda Więckowskiego w Poznaniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Mam wiele sygnałów, że sześciolatki nie radzą sobie w pierwszej klasie.
W wielu szkołach takie dzieci cofane są do zerówki w trakcie roku szkolnego albo
zaczynają naukę w szkole od nowa już jako siedmiolatki. Z czego wynikają ich
niepowodzenia szkolne?
– Rodzicom, którzy posłali sześciolatki do szkoły, bardzo trudno jest przyznać,
że to nie był dobry wybór. Wiele dzieci nie powtarza pierwszej klasy, ale musi
ciągle "nadganiać" starszych. Przyczyn niepowodzeń szkolnych dzieci może być
wiele. Przede wszystkim są one konsekwencją źle i nieodpowiedzialnie
przygotowanej reformy obniżenia wieku szkolnego. Przyczyna może tkwić też w
samym dziecku, niedojrzałym w sferze emocjonalno-społecznej, które stało się
częścią społeczności szkolnej. Mimo zapewnień, że szkoła jest miejscem zabawy,
rzeczywistość pierwszej klasy to wciąż rygor szkolny z koniecznością siedzenia w
ławce przez 45 minut. To doświadczenie nie zachęca do podjęcia roli ucznia i
wzbudza chęć do tzw. odwrotu. Dzieci uciekają zatem w przesadną zabawę, robią
uniki przed pisaniem czy kolejnym zadaniem, fantazjują, a czasami stają się
nawet agresywne. Przyczyny niepowodzeń bywają też konsekwencją porównywania się
wzajemnie samych dzieci. Siedmiolatek, który jest już prawie ośmiolatkiem,
dominujący w każdej zabawie nie tylko fizycznie, ale i werbalnie – wypełnia
przestrzeń wyrażania się dzieci tak bardzo, że dla młodszego sześciolatka w tej
przestrzeni brakuje już miejsca. Czasami ten młodszy nie chce nawet podjąć się
trudu odnalezienia swej ważnej pozycji w grupie, gdyż grupa około 30 dzieci jest
zbyt duża, aby temu sprostać. Dziecko czuje się zagubione. Nauczyciel, choćby
chciał tym młodszym dzieciom pomóc, nie jest w stanie, bo uczniów w klasie ma
zbyt wielu. We wszystkich szkołach, które znam, dyrektorzy zakładają liczne
klasy, zgodnie z zaleceniami lokalnych władz. Mamy XXI wiek i wciąż nie możemy
tak zorganizować systemu oświaty, aby stworzyć godziwe warunki nauki i
bezpieczeństwa dla dzieci oraz pracy dla nauczycieli.
Minister edukacji Krystyna Szumilas na pewno by się z Panią nie
zgodziła. Twierdzi przecież, że nowy program jest dostosowany do potrzeb
młodszych dzieci, że to "nauka przez zabawę".
– Podstawa programowa edukacji wczesnoszkolnej, która weszła w życie w 2009 r.,
łamie prawo dziecka do naturalnego rozwoju. Minister Szumilas zachwala ten
dokument, ponieważ nie ma pojęcia o zasadach kształcenia dzieci na tym etapie
rozwoju. Ta sama podstawa programowa jest zresztą równie destrukcyjna na
późniejszych etapach edukacji. W przyszłym roku ma wejść do liceów, przeciw
czemu podejmowane są teraz liczne protesty, łącznie z głodówkami.
Rodzice alarmują, że sześcioletnie dzieci do późna muszą odrabiać prace
domowe, by dorównać starszym uczniom, i nie mają już czasu na zabawę…
– Niedoświadczony nauczyciel zaopatrzony w pakiety edukacyjne do wypełniania, a
nie do uczenia, ślęczy z dziećmi nad książkami, zamiast się z nimi bawić. Dzieci
młodsze, które ogłupiającej wypełnianki nie zdążą zrobić w szkole, zabierają
problem do domu. Takie dzieci spokojnie można uczyć pisania literek bez książek.
Niestety młody nauczyciel, a czasami i doświadczony boją się zrezygnować z
książek, podstawa programowa zmusza bowiem do zakupu podręczników i pracy z
nimi. Po raz pierwszy w historii system oświaty zawiera zapis, że dziecko musi
uczyć się za pomocą pakietu edukacyjnego. I to jest przede wszystkim źródło tych
kosmicznych zadań domowych. Krystyna Szumilas jako minister nie wie, że
podpisana przez jej poprzedniczkę podstawa programowa łamie nie tylko prawo
dzieci do naturalnego rozwoju, ale pozostaje również w sprzeczności z punktem
12.2 ustawy Karta Nauczyciela, która zapewnia pedagogom swobodny dobór metod i
podręczników. Tym rozporządzeniem minister zabiera nauczycielom ten swobodny
wybór, który dawał możliwość pracy bez podręcznika. Teraz jest nakaz wyboru, ale
już nie podręcznika, tylko całego pakietu. A wypełnianie często bezsensownych
ćwiczeń to męczarnia, a nie zabawa dla sześciolatka.
Co z dziećmi pięcioletnimi, które już są w szkołach, w tzw. zerówkach?
– Mogą w nich pozostać i niech sobie spokojnie dojrzewają, choćby w zakresie
słuchu. Chodzi o to, aby słyszały głoski i rozumiejąc, co słyszą, zapisywały je
w przyszłości w postaci litery. W tym bałaganiarskim procesie transformacji
systemu oświaty w bliżej nieokreślony i pozanaukowy twór należy zawierzyć
doświadczeniu nauczycieli, którzy naprawdę nie są odpowiedzialni za to, co im
zgotowało ministerstwo, a mimo to starają się, jak mogą, dostosować pracę do
rytmu i kanału rozwojowego dzieci. Dziecko, przebywając w grupie przedszkolnej,
bardzo szybko dojrzewa i się uczy. Naukowcy na całym świecie zwracają uwagę na
wielką skuteczność pracy metodami przedszkolnymi. Zabawa wzmacnia dziecko w
obszarze emocjonalno-społecznym, a dojrzałość w tym aspekcie ma fundamentalne
znaczenie dla przyszłych sukcesów i efektów procesu uczenia się w szkole. Twórca
pedagogiki wczesnoszkolnej profesor Ryszard Więckowski wielokrotnie przestrzegał
przed pochopnymi decyzjami i politycznymi reformami. Tłumaczył, że dziecko ma
prawo do edukacji nastawionej na rozwój, a nie na realizację programu. Obecna
reforma odwraca proces budowy konstruktywistycznej wizji kształcenia polskich
dzieci zapoczątkowany przez prof. Więckowskiego, nakazując im osiągać wydumane i
niczym nieuzasadnione pułapy umiejętności. Pamiętajmy, że dzieci dotrą
przedwcześnie również na kolejne etapy. Czwarta klasa, z edukacją przedmiotową,
dla niektórych dzieci urodzonych przy końcu roku rozpocznie się przed
ukończeniem dziewiątego roku życia. To skandal i utopia edukacyjna. Problemy
wyrosną jak grzyby po deszczu.
Co robią sześciolatki, które nie idą do pierwszej klasy? Czy realizują
program dla pięciolatków?
– Minister Szumilas wypowiada się w ulotkach propagandowych, że jak dziecko
pozostaje w oddziale przedszkolnym, to albo stoi w miejscu, albo idzie do tyłu.
Rzeczywiście nie ma dla tego dziecka programu i to była decyzja MEN podjęta
świadomie, aby zmusić rodziców sześciolatków do wybrania pierwszej klasy.
Problem w tym, że idąc do pierwszej klasy, sześciolatek napotyka wymagania,
które go przerastają, np. kozłowanie piłki – tego wymaga regulamin, czyli
podstawa programowa. Będzie musiał ćwiczyć coś, co dostępne jest dzieciom
wychodzącym obecnie z trzeciej klasy, w momencie uzyskania odpowiedniego poziomu
koordynacji. Zapomina się, że rozwój dziecka to nie regulamin obsługi pralki,
choć zapisy podstawy programowej sugerują, aby posługiwać się właśnie
regulaminem, pracując z dziećmi. Dlatego nie bałabym się tak bardzo pozostawić
sześciolatka w przedszkolu. Przede wszystkim nauczyciele przedszkolni mają
wieloletnią praktykę w pracy z sześciolatkiem, potrafią ten nieprecyzyjny
regulamin zamienić na profesjonalny plan działań adekwatnych do stanu rozwoju
sześciolatka. Mają także prawo wykraczać poza podstawę programową, realizując
potrzeby rozwojowe dzieci. Nie będą zatem traktować sześciolatków jak
pięciolatków.
Samorządy stosują propagandę, chcąc za wszelką cenę upchnąć dzieci w
pierwszych klasach. Rodzice w tej sytuacji są bezradni.
– Samorządom robienie z sześciolatków pierwszaków po prostu się opłaca, ponieważ
na uczniów w szkole dostają subwencję od państwa, a dzieci w przedszkolu muszą
utrzymywać z gminnej kasy. Samorządy mają także przyzwolenie MEN na podejmowanie
takich rozwiązań, które statystycznie pokażą społeczeństwu, jak dużo
sześciolatków jest w szkole. Zdarza się, że rodzice zapisują dzieci do oddziału
przedszkolnego w szkole, a we wrześniu okazuje się, że to pierwsza klasa. To już
nie propaganda, ale niewywiązywanie się samorządów z zapisów ustawy, kłamstwo,
bezczelne oszukiwanie rodziców. Dyktat i propaganda sukcesu kosztem dzieci.
Dyrektorzy wielu szkół, obawiając się o pracę, często ulegają samorządom
i nie organizują zerówek, tylko pierwsze klasy. Dobro dziecka jest na drugim
planie. Do czego może zaprowadzić ta sieć zależności?
– Takie zależności rodzą konformizm, kłamstwo, niszczą wartości i deprawują
system oświaty, prowadząc także do innych konsekwencji – może dzisiaj ukrytych –
które uderzą w nas wszystkich za kilka lat ze wzmożoną siłą. Będą to agresja
młodzieży, niezadowolenie społeczne z poziomu oświaty, depresja, brak zaufania
do szkoły jako instytucji, konflikty, a przede wszystkim brak siły i motywacji
samych nauczycieli, aby postrzegać swą pracę jako służbę. Już dzisiaj MEN
nakłada na barki nauczycieli zbyt dużo bezsensownej tzw. papierologii, pracy,
która jest jedynie tworzeniem dokumentów na siłę. Zniewoleni ministerialną
głupotą pedagodzy bez perspektyw ugną się pod ciężarem eksperymentów za unijne
pieniądze. Obawiam się, i w swym poglądzie nie jestem odosobniona, że gdy po
latach ktoś będzie podsumowywać ten traumatyczny "skok cywilizacyjny", to znów o
błędy oskarży właśnie nauczycieli, a nie polityków, którzy zgotowali szkole ten
los. Proszę pamiętać, że to właśnie nauczyciel, który powinien dbać o dobro
dziecka, jest zakleszczony obecną sytuacją. Nie może krytykować reformy, bo
straci pracę. Musi wymyślać, w jaki sposób wdrażać to "cudo" zwane podstawą
programową i pracować ze źle przygotowanymi książkami. A do tego ciągle jest
oceniany: przez dzieci, rodziców, nadzór pedagogiczny, dziennikarzy,
wizytatorów, naukowców, no i oczywiście polityków. Jak długo można wytrzymać
taką presję i akceptować ciągłą destrukcję warsztatu pracy mozolnie
wypracowywanego przez lata praktycznych doświadczeń?
Co poradziłaby Pani rodzicom, którzy mimo wszystko rozważają posłanie
sześcioletniego dziecka do pierwszej klasy?
– Powinni koniecznie zbadać gotowość szkolną swojego dziecka w poradni
psychologiczno-pedagogicznej, gdzie pracują profesjonaliści. Często się okazuje,
że rok dłużej fantastycznej zabawy i poznawanie liter w odpowiednim
fizjologicznie momencie to skarb, który zaowocuje ciekawością i radością
uczenia, a nie edukacyjnym przemęczeniem, którego konsekwencje ponoszą i
rodzice, i dziecko.
Dziękuję za rozmowę.
