Na wywiadówce u pilotów

Z Kazimierą Kalinowską, emerytowaną nauczycielką matematyki w
Ogólnokształcącym Liceum Lotniczym w Dęblinie, rozmawia Marta Ziarnik

Od ilu lat jest Pani związana z Liceum Lotniczym w Dęblinie?
– Ze Szkołą Orląt związana jestem od roku 1978 i choć w 2003 roku odeszłam na
emeryturę, to nadal żyję jej życiem. Podczas uroczystego ślubowania gen. bryg.
pil. Jan Rajchel, komendant-rektor WSOSP, decyzją ministra edukacji narodowej,
wręczył mi Medal Komisji Edukacji Narodowej za wieloletnią, oddaną pracę na
rzecz tej placówki, co jest dla mnie olbrzymim zaszczytem. Jednak nie mniejszym
zaszczytem była dla mnie także praca w dęblińskim liceum. Miałam bowiem to
niesamowite szczęście znaleźć się w gronie nauczycieli uczących najodważniejszą
polską młodzież. Młodzież, która ma prawdziwe marzenia i która nie boi się ich
realizować – nawet za cenę olbrzymich poświęceń. I choć nie wszystkim młodym
ludziom udawało się te marzenia do końca zrealizować, to jednak nie bali się
próbować. I pragnę podkreślić, że ci wszyscy, którzy opuścili dęblińskie mury,
to są piloci z powołania.

Ile pokoleń pilotów Pani uczyła?
– Byłam wychowawczynią sześciu klas zespołów chłopców, których witałam na
początku nauki i których przez kolejne cztery lata obserwowałam, z którymi
dzieliłam ich młodzieńcze troski i problemy. Widziałam ich najpierw jako nieco
wystraszonych nowym środowiskiem chłopców, którzy następnie stawali się
przystojnymi młodzieńcami w mundurkach lotniczych na balach studniówkowych, a
później opuszczających nasze mury ze świadectwem dojrzałości w ręku. Wszystkie
klasy wspominam z wielkim sentymentem. Wszystkie były wyjątkowe, choć na swój
sposób inne. Z wychowankami dęblińskiego liceum oglądałam Morskie Oko i Czarny
Staw, wchodziłam z nimi na Śnieżkę, Kasprowy Wierch i Giewont. Pamiętam też, jak
oni z kolei pomagali mi wchodzić pierwszy raz do czołgu i okrętu podwodnego. Z
nimi zwiedzałam Wenecję, Loreto, Asyż, Rzym, Watykan, San Marino i wyspę Capri.
Nigdy też nie zapomnę wzruszenia, jakim napełniło mnie spotkanie z Ojcem Świętym
Janem Pawłem II, i nie zapomnę do końca życia tego jego cudownego uśmiechu, z
jakim patrzył na moich wspaniałych uczniów. Niezapomniane pozostaną dla mnie
również chwile wzruszenia w czasie śpiewania przez moich uczniów pieśni
"Czerwone maki na Monte Cassino" w miejscu bitwy, która stała się polską legendą
narodową.

Uczyła też Pani mjr. Arkadiusza Protasiuka, dowódcę rządowego tupolewa, który
rozbił się pod Smoleńskiem?

– Tak. Arek rzeczywiście był przez cztery lata liceum moim uczniem i zawsze
wspominałam go bardzo miło. Wyrył się w mojej pamięci także z tego względu, że
należał do ścisłego grona moich najlepszych uczniów. Od samego początku
przejawiał bardzo duże zdolności matematyczne.

To samo mówiła o nim jego nauczycielka matematyki z olkuskiej podstawówki…
– Nie dziwię się. Arek dał się poznać jako chłopiec naprawdę rozumiejący
matematykę. I muszę podkreślić, że z matematyki naprawdę niewielu uczniów
zdobywało u mnie najwyższe oceny. Arkowi to się jednak udawało.
Zapamiętałam Arka jako chłopca niesamowicie kulturalnego i odpowiedzialnego.
Nieraz widziałam, z jakim zapałem pomagał swoim kolegom. Zawsze też brał pełną
odpowiedzialność za swoje słowa i czyny… Głos mi się załamuje, bo nadal tak
trudno jest mi uwierzyć, że tylu najlepszych młodzieńców w ten sposób pożegnało
ten świat. Jest mi tym trudniej, że stosunkowo niedawno pożegnałam także kpt.
pil. inż. Leszka Ziemskiego, który zginął w katastrofie CASY, a który prywatnie
był moim bratem stryjecznym, którego trzymałam do chrztu, a także przez cztery
lata dęblińskiego liceum uczyłam matematyki.

Jaki kontakt mjr Arkadiusz Protasiuk miał z kolegami i pozostałymi
nauczycielami?

– Jak już wspominałam, był on bardzo uczynny i chętny do pomocy w nauce, dlatego
koledzy bardzo Arka lubili. Był bardzo koleżeńskim chłopcem, zawsze taktownym w
relacjach z innymi. Poza tym, że chętnie pomagał kolegom, potrafił także – jeśli
zaszła taka potrzeba – wspierać nauczycieli i nie bał się w związku z tym
reakcji klasy. Nigdy też nie miałam z Arkiem żadnych problemów wychowawczych.
Jestem pewna, że to samo mogą powiedzieć pozostali jego nauczyciele.

Czym było dla niego latanie?
– Wystarczyło spojrzeć na Arka, by zobaczyć, że latanie to było jego największe
marzenie, największa pasja, której oddawał całe swoje serce. I zawsze
podziwiałam tych chłopców za to, że wybrali tak trudną profesję, jaką jest
lotnictwo. Mam do nich wielki szacunek za ich zapał do nauki i miłość do latania
i za to, że z uporem dążyli do tego, by móc uczyć się w naszym dęblińskim
liceum. Proszę sobie wyobrazić, że wielu tych chłopców przyjeżdżało do Dęblina z
najdalszych zakątków Polski, by spełnić tu swoje marzenia. Niejednokrotnie
przyjeżdżali do nas w tajemnicy przed rodzicami i wbrew nim, którzy obawiali się
o życie swoich dzieci. I widziałam wiele przypadków, gdy rodzice przyjeżdżali do
szkoły ze łzami w oczach, prosząc swoje dzieci, by porzuciły te marzenia i
poszły do innych szkół. Ale ci 15-letni chłopcy, którzy widać, że kochają swoich
rodziców, jednak bronili swoich decyzji i marzeń. A ja, stojąc z boku,
podziwiałam nie tylko tych chłopców za odwagę, ale i ich rodziców, którzy
potrafili wychować swoje dzieci na tak szlachetnych i odważnych ludzi. Wielu
moich uczniów było tak biednych, że ich rodziców czasami nie było stać nawet na
bilet dla nich, nie mówiąc już o tym, że nie było stać rodziców, aby przyjechać
na wywiadówkę. Ale ci chłopcy ciężko pracowali i robili wszystko, aby tylko tu
się znaleźć. To naprawdę jest nieprawdopodobne i szalenie budujące.

Już w pierwszych chwilach po katastrofie winą za nią obarczono polskich
pilotów, twierdząc, że ryzykowali tylko po to, by udowodnić, że potrafią
wylądować w trudnych warunkach. Czy kiedykolwiek zauważyła Pani u mjr.
Protasiuka przejawy jakiejkolwiek brawury?

– Absolutnie nie! Nigdy! Arek był chłopcem rozważnym i nigdy nie narzucał innym
swojej woli. Uczyłam Arka przez cztery lata i jako jego nauczyciel muszę z
czystym sumieniem zaprzeczyć tego typu pogłoskom.

Jak Pani odbiera te wszystkie insynuacje pojawiające się na temat załogi
Tu-154M?

– Są one dla mnie bardzo bolesne i współczuję z całego serca rodzinom tych
chłopców. Razem z mężem – również pilotem – obserwujemy te wszystkie wypadki
lotnicze i zarówno on, jak i ja nie zgadzamy się z ferowanymi po nich wyrokami.
Mój mąż zawsze podkreśla, że najłatwiej jest zrzucić winę na tych, którzy się
już obronić nie mogą. I to jest bardzo przykre i bardzo krzywdzące. Jako żona
pilota wiem, że są to ludzie bardzo odpowiedzialni. I biorą tę odpowiedzialność
nie tylko za siebie, ale także za pozostałych członków załogi i za pasażerów.
Mając to na uwadze, na pewno nigdy nie lekceważyliby żadnych zagrożeń, nie
wystawialiby ich życia na niebezpieczeństwo. Ponadto to byli młodzi chłopcy,
którzy mieli kochające żony i malutkie dzieci. Jak zatem można mówić, że byli
samobójcami, skoro kochali i byli kochani?!

Znała Pani gen. Andrzeja Błasika?
– Tak. Pana generała znałam, uczyłam go w drugiej klasie, w pierwszym, pamiętnym
roku mojej pracy w OLL. Andrzej Błasik był jednym z bardziej znanych uczniów
naszej szkoły. Zapamiętałam go, jeszcze zanim został dowódcą Sił Powietrznych,
gdyż był bardzo znanym uczniem, wyróżniającym się w wielu dziedzinach. Był to
delikatny i kulturalny młody człowiek, nie sposób było go nie zauważyć.

Pan generał bardzo często odwiedzał później Ogólnokształcące Liceum Lotnicze.
Jak się zachowywał w trakcie tych wizyt?

– Zawsze uśmiechnięty i kulturalny. I choć był dowódcą Sił Powietrznych, to
zawsze z pełnym szacunkiem odnosił się do swoich byłych nauczycieli, wychowawców
i kolegów. Niektórzy uczniowie po latach nie przyznają się do swoich
nauczycieli, ale z pewnością nie gen. Błasik. On zawsze o wszystkich pamiętał i
miał dla nich dobre słowo.

"Wprost" zarzuciło gen. Błasikowi, że traktował podwładnych z wyższością, nie
tolerował sprzeciwu, do niedawna całkiem poważnie dywagowano, że siedział za
sterami.

– Doprawdy nie wiem, skąd ludzie biorą takie pomysły i czemu one mają służyć. Od
początku nie dawałam wiary tego typu spekulacjom. Generał Błasik nie był tego
typu człowiekiem. Nieraz miałam możliwość obserwować go i widziałam, jaki ma
wielki takt i szacunek dla drugiego człowieka.
Osobiście związana jestem z lotnictwem od wielu już lat, zwłaszcza zaś od
momentu, gdy poznałam mojego męża, który także jest pilotem, choć obecnie w
rezerwie. I od tego czasu przeżyłam już niejedną katastrofę swoich uczniów i
kolegów męża. Muszę też powiedzieć, że tzw. rodzina lotnicza – jak sami siebie
określają – jest bardzo ze sobą zżyta, za co szalenie tych ludzi podziwiam.
Widzę to zwłaszcza w czasie zjazdów, w których udział bierze mój mąż i jego
koledzy. Wszyscy wspominają wówczas tych, których już z nimi nie ma, którzy
zginęli na posterunku. Między nimi jest naprawdę silna więź, z jaką wcześniej
się nie spotkałam. Piloci zawsze sobie pomagają w potrzebie. I właśnie tę
wzajemną pomoc i niesamowitą odwagę tak bardzo w tych ludziach cenię.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj