Na chwałę Bogu i pożytek ludziom

Z wybitną pianistką profesor Lidią Kozubek rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Czy zamiłowanie do muzyki wyniosła Pani z rodzinnego domu?

– Tak. Z wczesnych lat dziecięcych pamiętam piękny głos mojej mamy, która śpiewała, wożąc mnie w wózku. Już jako dziecko rozpoczęłam naukę gry fortepianowej w Instytucie Muzycznym w Poznaniu, po tym, jak sama nauczyłam się czytać nuty. Jeden z tych popisów miał miejsce nawet w Teatrze Polskim. Przeżywałam je z emocją. Najbardziej tremowałam się, kiedy mój ojciec był na sali. Nie będąc zawodowym muzykiem, grał jako amator na kilku instrumentach i był bardzo muzykalny. Czasami dawał mi rady, które zapamiętałam na całe życie, bo były słuszne. Na przykład powiedział mi kiedyś, że nie oddycham między frazami. Tak budziło się we mnie zainteresowanie muzyką. Po wojnie kontynuowałam naukę w Gimnazjum i Liceum Humanistyczno-Muzycznym w Katowicach. Trudno opisać atmosferę, jaka panowała w naszej szkole. Byliśmy młodzieżą bardzo zróżnicowaną, zarówno pod względem wieku, jak i zaawansowania muzycznego, ale wszyscy spragnieni wiedzy i szczęśliwi, że nareszcie możemy chodzić do polskiej szkoły i uczyć się w ojczystym języku. Zajęcia prowadzili nie tylko profesorowie kompetentni, ale także o wielkim formacie osobowościowym. Wielbiliśmy naszych nauczycieli, docenialiśmy ich wysiłki, aby nas wychować na wzorowych obywateli odzyskanej Ojczyzny. Dzięki moim wspaniałym profesorom i wychowawcom mogłam gruntownie przygotować się do zawodu artysty muzyka. Przejmując ich wysokie ideały artystyczne i humanistyczne, mogłam je w mojej działalności – zarówno pianistycznej, jak i pedagogicznej – przekazywać publiczności i studentom. Tym ideałom jestem wierna do dzisiaj, ponieważ uważam, że tylko osoba wrażliwa na szlachetne treści zawarte przez kompozytorów w ich dziełach może być prawdziwym artystą.

Czym dla Pani jest muzyka?

– Człowiek od swego zarania najgłębsze i najsilniejsze poruszenia duszy i przeżycia wyrażał muzyką, śpiewem. Przede wszystkim posługiwał się muzyką, żeby wielbić Boga. Muzyka posiada wielką moc oddziaływania. Może budować potęgę ducha, a nawet leczyć, ale też człowieka niszczyć, promując patologię kultury, wynaturzenia, słowem – fałszywe wartości, które są tym bardziej niebezpieczne dla słuchaczy nieposiadających właściwych kryteriów przy jej ocenianiu. Tym często dziś epatuje młodzież, która nie ma jeszcze wyrobionych kryteriów ocen. Artyści są obecnie często mistrzami rzemiosła, ale nie liczą się z celami sztuki, przekazem jej wewnętrznych treści. A muzyka ma swój język i swój poziom psychiczny, i powinna być grana Panu Bogu na chwałę, a ludziom na pokrzepienie i uszlachetnienie. Beethoven powiedział, że muzyka jest „darem Boga” i ma „rozpalać ludzkiego ducha”. Tutaj przypominają się również słowa Norwida, który mówił: „Sztuka ma swój wymiar religijno-filozoficzny, moralny, estetyczny i społeczny – wreszcie osobisty… ma uczyć i pomagać żyć”, ma „zachwycać do piękna”.

Uczyła się Pani w Akademii Muzycznej w Katowicach w klasie prof. Władysławy Markiewiczówny, na Uniwersytecie Jagiellońskim u prof. Zdzisława Jachimeckiego oraz w Akademii Muzycznej w klasie prof. Jana Ekiera. Jaki wpływ wywarły te studia na Pani późniejszą karierę muzyczną?

– Studia pod opieką prof. Markiewiczówny były wspaniałe. Niezwykły entuzjazm i zapał do pracy pomagał mi opracować obszerny repertuar utworów z różnych epok twórczych. Miałam w nim aż siedemnaście koncertów fortepianowych z orkiestrą, prawie wszystkie preludia i fugi Bacha, wiele sonat Beethovena i Mozarta oraz duży zestaw utworów Chopina, nawet z tą bardzo rzadko wykonywaną pierwszą Sonatą opus 4. W Wyższej Szkole Muzycznej od pierwszego roku dawałam własne recitale, które były nawet afiszowane i traktowane jako koncerty. Równocześnie studiowałam muzykologię u profesora Jachimeckiego, który przywiązywał wielką wagę do moich prac naukowych i ciągle mnie inspirował do tego, żebym pisała. Ja tej drogi nie zaniechałam i kontynuuję, ale moje naukowe zainteresowania skupiają się przede wszystkim na zagadnieniach pianistycznych. Po studiach katowickich kontynuowałam je jeszcze na aspiranturze w Warszawie u profesora Ekiera, który zostawił mnie po nich jako swoją asystentkę. Moje życie artystyczne odbywa się właściwie w trzech kierunkach. Na pierwszym miejscu jest pianistyka, potem pedagogika i praca naukowa.

Ale była Pani także uczestniczką sześciu Międzynarodowych Kursów Perfekcji i Interpretacji Pianistycznej w Arezzo we Włoszech, gdzie pracowała Pani pod kierunkiem samego Artura Benedetti-Michelangelego. Jak wspomina Pani kontakt z nim?

– W 1958 roku rozpoczęłam wyjazdy na kursy do Michelangelego. To bardzo ważny moment w moim życiu, bo te studia dały mi chyba najwięcej. On rozumiał muzykę tak jak nikt inny. Jako jego uczennica miałam możność zetknąć się blisko z jego pedagogiką. Gdybym miała scharakteryzować metodę pedagogiczną Michelangelego przez porównanie z jakąś znaną nam „szkołą pianistyczną”, musiałabym stwierdzić, że nie należy ona do żadnej, jakkolwiek wykazuje pewne cechy wspólne z najlepszymi i mieści je w sobie. Możemy w niej znaleźć reguły tak zwanych starych szkół, nie znaczy to jednak, że Michelangeli jest ich przedstawicielem. Po prostu nie neguje on wcześniej odkrytych prawd, jeżeli tylko podstawy są zgodne z prawami rządzącymi muzyką.

Obserwowała Pani też życie muzyczne w Paryżu. Jakie refleksje się wówczas Pani nasunęły?

– Po moich koncertach z orkiestrą w Nancy miałam okazję spędzić miesiąc w Paryżu, gdzie obserwowałam życie muzyczne. Chodziłam na koncerty, asystowałam na wszystkich lekcjach w konserwatorium w Ecole Normal, na kursach u Nadii Boulanger i u Magdy Tagliaferro. Wieczorami uczęszczałam każdego dnia na koncerty, aby maksymalnie wykorzystać możliwość zorientowania się w światowej pianistyce. Mogłam również wystąpić z recitalem w sali Konserwatorium, gdzie kiedyś grał sam Chopin, a także nagrać audycję dla francuskiego radia. Stało się to niemal przypadkiem, bo wybrałam się tam, aby sprawdzić datę zapowiadanego występu w Paryżu Michelangelego. Kiedy w radiu dowiedziano się, że jestem uczennicą tego sławnego pianisty, poproszono mnie o próbę mikrofonową mojej gry. Po niej od razu zaproponowano mi nagranie półgodzinnego recitalu. Miałam kilka minut na zastanowienie się, czy to wyzwanie podjąć. Pamiętam, że siedziałam w holu tego nowoczesnego budynku i doszłam do wniosku, że muszę się zgodzić na tę propozycję, tak zaszczytną dla mnie. Nagrałam więc kilka utworów Chopina i Szymanowskiego. Utwory te były następnie wielokrotnie transmitowane przez francuskie radio w różnych audycjach, także w zestawieniach z wybitnymi muzykami, jak np. z Henrykiem Szeryngiem w audycji „Godzina z muzyką Szymanowskiego”. W Paryżu poznałam całą plejadę największych pedagogów i pianistów. Wiele rzeczy podobało mi się w paryskiej szkole pianistycznej. Wielką wagę przywiązywali na przykład do „organizowania dźwięków w czasie”, czyli zwracali szczególną uwagę na formę i logikę, a poza tym na artykulację dźwięków.

Czy przeżywa Pani swoje koncerty?

– Tak! Jadąc na przykład pierwszy raz do Żelazowej Woli na koncert, byłam tak przejęta, że bałam się, czy w ogóle coś zagram. Jak zobaczyłam te płaczące wierzby, ten polski pejzaż, który tak bardzo współgra z muzyką Chopina, było to dla mnie wielkim przeżyciem. Ale potem przekonałam się, że tam chyba sam Chopin pomaga, bo na ogół udają się koncerty i dobrze się je gra. Czyli ten geniusz Chopina jest tam wyczuwalny.

Co sądzi Pani o konkursach pianistycznych? Czy faktycznie potrafią one wyłonić tych najlepszych pianistów?

– Kiedyś, jak wracałam z Japonii, poproszono mnie, żebym wzięła udział w kongresie dotyczącym konkursów w Wiedniu. Zgodziłam się i wygłosiłam tam referat przeciwko konkursom. I o dziwo przyznano mi rację. Argumentowałam następująco: jakich kompetencji i etyki potrzeba u jurora, żeby rzetelnie, prawdziwie mógł wyłonić laureata. On przecież musi wiedzieć, co mówi i na czym zasadza się jego ocena. Nie może także ulegać wpływom innych jurorów, tylko musi być etyczny, uczciwy. Jeżeli juror nie posiada tych cech w wysokim stopniu, to wówczas konkursy nie służą sztuce, lecz obniżają jej poziom. A przecież młodzież potem wzoruje się na takich laureatach, których wykreują konkursy. W ten sposób służą one tylko kilku menedżerom, którzy tych laureatów wykorzystują na organizowane koncerty, sztuce już nie. Będąc w Japonii, kiedy uczyłam tamtejszych studentów, mówiłam im zawsze: jesteście młodzi, doczekacie czasów, że sztuka znowu będzie szła w górę, musicie więc wysokie jej ideały donieść do tego czasu. Nie ulegajcie powierzchownym trendom i modom.

W których krajach, gdzie grała Pani muzykę polską, spotykała się Pani z najlepszym przyjęciem?

– Cenię bardzo publiczność południowców. Oni są na ogół bardzo muzykalni i rezonują na muzykę. Można tu wymienić Włochów, Rumunów czy Bułgarów. Bardzo często w ich krajach grałam z orkiestrą koncert e-moll Chopina, naturalnie także Mozarta, Beethovena i naszych innych kompozytorów. Przede wszystkim prezentowałam jednak muzykę Chopina, bo publiczność oczekiwała tego od pianistki z Polski. Cenię także bardzo publiczność skandynawską. Jest ona poważna i z wielkim zrozumieniem reaguje na koncerty. Głęboko przemawia do nich muzyka.

Jakie koncerty międzynarodowe wspomina Pani z sentymentem?

– Oczywiście udział w I festiwalu Artura Benedetti Michelangelego z własnym recitalem. To było wielkie przeżycie i wielkie wyróżnienie z jego strony, że obdarzył mnie takim zaufaniem. Poza tym muszę wspomnieć koncerty w Nigerii: na uniwersytecie i w czytelni włoskiej oraz nagranie w tamtejszej telewizji. Pamiętam, że kłopot był z ustawieniem światła na mnie, bo kto to tam widział jasne włosy i jasną buzię. Było to zabawne przeżycie, ale cieszyłam się, że podobała się muzyka, którą grałam.

Czy podczas częstych wyjazdów do odległych krajów spotykały Panią jakieś ciekawe zdarzenia?

– W Nigerii były dwa momenty dramatyczne. Pierwszym razem spadł z drzewa przede mną bardzo jadowity wąż o pięknej seledynowej barwie. Osoba z naszej ambasady, która szła przede mną, powiedziała mi, że miałam szczęście, bo jakby spadł na mnie, byłby koniec. Na szczęście nie ukąsił mnie. Drugi raz fotografowałam bardzo oryginalne drzewo, którego rozgałęzione korzenie wychodziły nad ziemię. To, że je fotografowałam, nie spodobało się jednak tamtejszym policjantom, którzy postanowili mnie aresztować, twierdząc, że tu nie można robić zdjęć. Tak się złożyło, że miałam przy sobie zaproszenie na własny koncert, który podpisał – już nie pamiętam kto – chyba burmistrz Lagos, i to zrobiło na nich wrażenie, więc mnie ostatecznie puścili.

Muzyka których polskich i zagranicznych kompozytorów jest dla Pani najważniejsza?

– Ile razy mnie pytają o ulubionego kompozytora, to zawsze mówię, że podobają mi się utwory różnych kompozytorów. Chopina można słuchać w nieskończoność, ale już innych kompozytorów niekoniecznie. Grywam niektóre utwory Beethovena, bo są bardzo interesujące, ale na przykład Schumanna trudniej się słucha. Nie wyobrażam sobie też na przykład, żeby można było słuchać z zainteresowaniem cały recital utworów Mozarta, chociaż to tak wielki geniusz muzyczny. Zawsze wybieram więc kompozycje, które mi się podobają i które lubię.

Pani repertuar koncertowy obejmuje wszystkie style muzyczne. Które z nich są jednak Pani najbliższe?

– Lubię różne style. Polskiej duszy odpowiada chyba zawsze najbardziej romantyzm, ale lubię także impresjonistów, Debussego, Ravela, bo jest to muzyka barwna. Bardzo lubię także utwory Szymanowskiego. Cieszę się, że obchodzimy teraz Rok Szymanowskiego, bo trochę więcej się o nim mówi i gra go częściej. To jest kompozytor, który absolutnie powinien być popularyzowany.

Czy nie uważa Pani jednak, że jego muzyka jest trudniejsza w odbiorze?

– Naturalnie, że jest trudniejsza. Ale jest w niej duża szlachetność i uczuciowość.

Sięga Pani często po zapomniane utwory fortepianowe. Ostatnio nagrała Pani muzykę Chopina na zabytkowym fortepianie Pleyela. Czym różni się ten instrument od innych?

– Tym, że na nim trzeba tak grać, jakby się grało bezpośrednio na strunach. Trzeba „wydobywać” z niego dźwięki.

Gra na nim jest więc trudniejsza niż na nowoczesnym fortepianie?

– Tak. Bo trzeba mieć większe wyczucie dotyku klawisza, ponieważ jego mechanizm nie jest tak doskonały i może zawodzić. Grając na Pleyelu, trzeba dokładniej „wziąć” klawisz, a nie uderzać w niego. Ktoś, kto nie zna tej techniki, nie umie wydobyć z niego właściwego dźwięku.

Obok pianistyki ważne miejsce w Pani życiu zajmuje pedagogika. Jest Pani profesorem w Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Czy lubi Pani pracować z młodzieżą?

– Tak. Uczę ich, że najwięksi artyści uważali swój zawód muzyka za powołanie. Motorem ich działania powinno więc być umiłowanie muzyki i słuchacza, a nie tylko ambicje. Zadanie nauczyciela muzyki jest o wiele szersze aniżeli tylko nauczanie, jak posługiwać się instrumentem. Bo tylko dojrzały, wszechstronnie wykształcony muzyk jest prawdziwym artystą. Sprzymierzeńcem jest poważny stosunek do pracy studenta, jego prawy charakter, inteligencja, wrażliwość. Musimy studentów nauczyć odpowiedzialności za utwór, który kompozytor z całym zaufaniem nam powierzył, a także za słuchacza, którego psychikę możemy podnieść albo obniżyć.

Wielokrotnie prowadziła Pani własne kursy pianistyczne w Japonii, w Hongkongu i na Tajwanie, zaś w Europie: w Danii, Austrii i Norwegii. Od wielu lat prowadzi Pani również lekcje fortepianu podczas letnich kursów pianistycznych organizowanych przez Akademię Muzyczną w Warszawie dla studentów japońskich. Jak wypadają oni na tle polskich studentów?

– Z polskimi studentami pracuje się o tyle lepiej, że mamy wspólny język. Ale tak naprawdę wszystko zależy nie tylko od zdolności, ale także od charakteru danego studenta. Jeżeli ktoś jest inteligentny muzycznie, to wtedy praca z nim jest łatwa. Naturalnie w Japonii praca ze studentami nie była prosta przede wszystkim dlatego, że chodziło o nauczenie ich interpretacji. Oni grali bardzo dobrze pianistycznie, ale nie mieli głębszego wyczucia muzyki. Przekazanie im tego było bardzo trudne. Jeden profesor z Włoch uczył Japończyków, że chcąc grać utwory europejskich kompozytorów, trzeba znać europejską kulturę, a ta jest chrześcijańska.

Czy poza muzyką ma Pani jakieś inne pasje?

– Muzyka jest chyba moją największą pasją. Poza tym ciekawią mnie podróże, interesują zabytki, dobra lektura, archeologia, architektura i naturalnie malarstwo. Ile razy miałam koncerty w jakiś krajach czy miastach, najpierw szłam do muzeum, potem na starówkę, gdzie zwiedzałam jakieś ciekawe obiekty architektoniczne i jak mogłam, to je fotografowałam czy kręciłam filmy. Dziś fotografii mam mnóstwo, tylko nie mam czasu ich oglądać.

Czuje się Pani spełniona w swoim zawodzie czy może są takie rzeczy, które chciałaby Pani jeszcze osiągnąć?

– Myślę, że jestem zadowolona z mojego życia. Choć było trudne i z wielkim wysiłkiem musiałam dążyć do celu, to osiągnęłam właściwie tyle, ile moi sławni koledzy.

Ile płyt Pani nagrała?

– Na razie osiem. Dwie są w przygotowaniu, ale nie wiem, kiedy się dokładnie ukażą. Pierwsza zawiera nagrania polskich kompozytorów związanych w jakimś sensie ze Śląskiem, tj. Szymanowskiego, Lutosławskiego, Różyckiego, Sendelewskiego. Druga zaś zawiera utwory Debussego i Ravela.

A jak spędza Pani wolny czas? Czy w ogóle go Pani ma?

– Nie, nie mam wolnego czasu, zawsze sobie znajdę jakieś zajęcie. Lubię podróże, ale rzadko wyjeżdżam za granicę dla przyjemności, tak jak np. do Egiptu i Ziemi Świętej. Wspominam jednak bardzo miło mój pobyt w Chinach, Japonii czy Indiach, gdzie miałam możliwość spotkać się z Matką Teresą z Kalkuty. Było to dla mnie bardzo duże przeżycie. Pytałam ją o przyszłość Polski. Odpowiedziała mi wówczas: „Cieszcie się, cieszcie się, bo jesteście teraz wolni, ale musicie się dużo modlić”. To był chyba rok 1989.

Jest Pani autorką kilku książek, m.in. „Arturo Benedetti Michelangeli jakim go znałam”. Czy pisanie sprawia Pani radość?

– Lubię pisać, tzn. jak mam o czym. Zaczęło się od tego, że musiałam napisać swoje prace habilitacyjne. Profesor Jachimecki zainteresował mnie Paderewskim, który wtedy był „na indeksie”. A ja go bardzo ceniłam. Pamiętam, jak moja mama prowadziła mnie i moją siostrę Teresę jeszcze jako dziewczynki pod hotel Bazar w Poznaniu i pokazywała balkon, z którego przemawiał Paderewski, gdy w 1918 r. przyjechał do kraju. Tłumaczę też ważne książki o pianistyce. Piszę wtedy, kiedy trzeba, kiedy jest coś ważnego do powiedzenia, nie tylko dla samego pisania.

W czerwcu 2000 r. została Pani przyjęta do Zakonu Rycerskiego Bożego Grobu w Jerozolimie. Czy przynależność do niego pomaga Pani pogłębiać wiarę?

– Tak, bo z tą przynależnością związane są obowiązki. Oprócz tego, że trzeba żyć po katolicku, należy również działać. Piszę więc artykuły związane z muzyką kościelną, wygłaszam referaty i gram, przybliżając muzyką piękno wyższego świata. Bardzo sobie cenię, iż należę do tego zakonu. Spotykam się tam z bardzo ciekawymi osobami: z duchownymi, senatorami, lekarzami, adwokatami etc.

Jakie wartości są dla Pani najważniejsze? Co daje Pani siłę do życia i motywację do pracy?

– Staram się żyć z Bogiem i wartości, które przekazywał Jezus, są dla mnie bardzo ważne, a więc to aspirowanie do dobra, piękna, szlachetności. Zawsze powtarzam, że poprzez muzykę, jeżeli ją poważnie traktujemy, pracujemy nad sobą, bo musimy się przemóc, by nie robić czegoś niewłaściwego czy nieuczciwego. To mobilizuje do pracy nie tylko nad danym utworem, ale i nad własnym charakterem. Artysta jest właściwie bliski Bogu, przecież Bóg tworzy i artysta też tworzy. Tworzymy piękno, dobro, dajemy świadectwo szlachetnej inspiracji kompozytora. Wartości chrześcijańskie są u mnie trwale splecione z zawodem.

Czyli muzyka może zbliżać do Boga?

– Naturalnie. Jeżeli jest to dobra muzyka, wtedy może podnosić, mobilizować do czynu czy nawet do walki o Ojczyznę, jak „Bogurodzica” czy utwory Chopina. Dziś usłyszeć niestety można też muzykę byle jaką. Wstydzę się, że ją w ogóle emitują.

Na czym polega rozumienie tekstu muzycznego?

– Obecnie dużo mówi się o „twórczym” podejściu do odtwórczości. Czy ma to oznaczać lekceważenie zamysłu kompozytora i jego wskazówek poprzez zastępowanie ich własnymi – zawsze gorszymi – pomysłami? Byłaby to zwykła nieuczciwość zawodowa! Odtwarzanie utworu już zawiera w sobie tworzenie, bo przecież muzyka żyje dzięki pośrednictwu artysty. W momencie gry powołujemy ją do życia. Aby móc to uczynić z całą szczerością i odpowiedzialnością, trzeba najpierw wiernie odczytać zapis nutowy. Nie tylko same nuty, ale także to, co one wyrażają, a więc ducha muzyki. Dopiero kompletne, wierne odczytanie kompozycji ujawni to, co jest „pomiędzy nutami” w ich wzajemnych stosunkach, w całej dramaturgii dziania się, stawania się w czasie jej przebiegu. Z jasnego rozeznania kompozycji wyłania się potem plan jej wykonania. Charakter utworu mówi nam o tym, jak mamy go wykonać. Z jakim gatunkiem dźwięku, w jakim tempie, dynamice, agogice i z jaką artykulacją. Styl, do jakiego należy utwór, wskaże nam odpowiednie proporcje między wszystkimi elementami muzycznej ekspresji. Także nasza estetyka, dobry gust mają wielki współudział w ustalaniu i wyborze właściwych środków interpretacyjnych, jeśli ma to być wykonanie profesjonalne, a nie amatorskie, usprawiedliwiane tym, że „ja tak odczuwam”. A skąd wiadomo, czy dobrze odczuwamy? W tym celu musimy posiadać odpowiednie kryteria, bazujące na rzetelnej wiedzy muzycznej.

Co trzeba uczynić, by swoją grą przekazać słuchaczom intencję twórcy dzieła? Czy potrafi to na przykład Rafał Blechacz?

– Chopin uważał, że „muzyka wyraża uczucia, myśli i wrażenia”, a więc jest językiem, mową. Aby go zrozumieć, potrzeba wewnętrznej wrażliwości, ponieważ muzyka apeluje bezpośrednio – nawet bez uświadamiania sobie tego – do sfery duchowej i psychicznej człowieka. Obecnie istnieje to niebezpieczeństwo, że kryteria oceny danego pianisty dotyczą głównie jego rzemiosła artystycznego, a nie treści, które poprzez muzykę przekazuje. Dziś często brak kryteriów etycznych, ważniejsza bowiem stała się forma, a więc sprawność gry na instrumencie, a nie poziom psychiczny samego wykonania. A to on jest tak naprawdę najważniejszy. Celem działania artystycznego powinno być pragnienie wiernego służenia sztuce, a przez nią społeczeństwu, zbliżając je do piękna, dobra i ideałów, zawsze ukazując to, co właściwe, szlachetne, a nie dając się zwieść płytkiemu efekciarstwu, które tylko by słuchaczy ekscytowało i powierzchownie zadawalało. Jak Michelangeli grał, to tak, że sumienia poruszał. Taki powinien być prawdziwy artysta. Blechacz jest poważnym muzykiem. On wnika w muzykę, stara się zrozumieć, co kompozytor miał na myśli, jaki poziom psychiczny i ładunek emocjonalny w niej zawarł. Dobrze, że mamy takiego pianistę.

Bardzo dziękuję Pani za rozmowę.

Zdjęcia Marek Borawski

drukuj