Muzułmanie chcą wygrać na protestach w Egipcie

Do coraz groźniejszych starć dochodzi pomiędzy policją a demonstrantami
domagającymi się odsunięcia od władzy prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka. W
stolicy kraju, Kairze, protesty trwają już czwarty dzień. Wczoraj do
manifestantów przyłączył się Mohamed ElBaradei, były szef oenzetowskiej
Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Uwaga policji natychmiast skupiła się
na nieformalnym przywódcy opozycji. Funkcjonariusze otoczyli grupę, w której
przebywał ElBaradei, i przez długie godziny nie pozwalali jej opuszczać miejsca
protestu.

Najintensywniejsze demonstracje rozpoczęły się tuż po wczorajszych porannych
modlitwach, w których udział wzięło co najmniej dwa tysiące osób. Manifestanci
przemaszerowali pod siedzibę prezydenta, gdzie wznosili okrzyki wzywające głowę
państwa do ustąpienia z zajmowanego stanowiska. Obecni przed pałacem
prezydenckim w Kairze krzyczeli: "Precz, precz z Mubarakiem" oraz "Ludzie chcą
upadku reżimu". Policja użyła gazu łzawiącego, kul gumowych i armatek wodnych.
Wodą polano także najbardziej znanego egipskiego polityka opozycyjnego Mohameda
ElBaradei. Następnie przy pomocy pałek policja rozpędziła osoby próbujące
ochraniać swojego lidera i otoczyła go szczelnym kordonem, nie pozwalając mu
opuścić miejsca zdarzenia. Podobnie liczne grupy zebrały się także w pobliżu
meczetu Al-Azhar oraz pod jedną z prezydenckich posiadłości na obrzeżach
stolicy. Do starć z funkcjonariuszami policji doszło także w Suezie,
Aleksandrii, a także mniejszych miastach, takich jak Al-Mansura, Asuan czy
El-Arish na półwyspie Synaj.
Władze w Kairze poinformowały o wprowadzeniu "nadzwyczajnych kroków prawnych".
Wśród nich jest m.in. odcięcie dostępu do internetu w całym kraju, a także
nieustanne zakłócanie sieci operatorów telefonii komórkowych. Rząd zdecydował
się na takie działania ze względu na fakt, iż to głównie właśnie przy pomocy
internetowych portali społecznościowych oraz powiadomień za pomocą telefonów
komórkowych organizowali się i koordynowali swoje działania antyprezydenccy
demonstranci. Tę decyzję egipskich władz skrytykowały organizacje
międzynarodowe. Przebywający na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos sekretarz
generalny ONZ Ban Ki Mun oświadczył, iż wyłączenie przez Egipt internetu w
związku z protestami społecznymi narusza demokratyczne zasady swobody wypowiedzi
i zrzeszania się. Jeszcze przed rozpoczęciem piątkowych manifestacji oddziały
policji otoczyły newralgiczne punkty miasta, w których wcześniej dochodziło do
zamieszek.
Organizatorzy demonstracji wzywają do udziału, podkreślając, że nie mają one
podtekstu religijnego. Z drugiej jednak strony Bractwo Muzułmańskie,
ugrupowanie, które od kilkudziesięciu lat działać może wyłącznie jako
stowarzyszenie religijne, chce wykorzystać obecne protesty, aby znów powrócić do
polityki. Jego władze ogłosiły bowiem, że to obecny rząd stoi za zorganizowaniem
tych zamieszek po to, aby "zapobiec rozprzestrzenianiu się na świecie głosu
Egipcjan". Pomimo oficjalnego zakazu na działalność polityczną Bractwo
Muzułmańskie nadal pozostaje jedną z najsilniejszych opozycyjnych organizacji w
Egipcie. Przedstawiciele prezydenckiej Narodowej Partii Demokratycznej (NDP)
oświadczyli wcześniej, że są gotowi do rozmów ze społeczeństwem, młodzieżą oraz
legalnymi ugrupowaniami, nie podali jednak żadnych konkretów.
Do tej pory w wyniku starć z policją zginęło 7 osób, a ponad tysiąc zostało
aresztowanych. Policja zatrzymała także 4 francuskich dziennikarzy
relacjonujących wydarzenia w Kairze dla mediów w swoim kraju. Jak podkreślają
protestujący, do przeprowadzenia demonstracji skłoniły ich wydarzenia w Tunezji,
gdzie to właśnie w wyniku ulicznych manifestacji z prezydenckiego fotela ustąpił
sprawujący tę funkcję 23 lata Zin el-Abidin Ben Ali. Bardzo ostrożnie o sytuacji
w Egipcie wypowiadają się władze Stanów Zjednoczonych, jako że Kair jest jednym
z najważniejszych sojuszników Waszyngtonu w tej części świata. Prezydent USA
Barack Obama stwierdził jedynie, że protesty są wynikiem "dławionych frustracji"
w społeczeństwie związanych z brakiem wymaganych reform ze strony prezydenta
Mubaraka. Jednocześnie zaapelował do obu stron o powstrzymanie się od używania
przemocy.

 

Łukasz Sianożęcki

drukuj