Musimy się na nowo policzyć

Wspólnota rodzi się niezależnie od dekretów. W reakcji na sposób, w jaki
prowadzone jest "śledztwo" w sprawie Smoleńska, w odpowiedzi na wrogość, jaką
rząd przejawia wobec Narodu, na niszczenie pamięci o ofiarach katastrofy, Polacy
zaczęli wychodzić na ulice. Każdego dziesiątego dnia miesiąca organizowane są w
całej Polsce Marsze Pamięci.

Tragedia smoleńska, z której tak trudno się otrząsnąć, szczególnie w poczuciu
bezradności wobec kłamstw rządzących i wobec ich braku woli upamiętnienia ofiar,
stworzyła wspólnotę, która coraz bardziej rozrasta się i zacieśnia. Narodziła
się w dniach żałoby narodowej, w czasie modlitewnego czuwania przed Pałacem
Prezydenckim, gdy byliśmy sobie bliscy, jak chyba tylko to potrafią Polacy.

Tu jest Polska
Warszawski marsz rozpoczyna zawsze Msza Święta w katedrze św. Jana na Starówce.
Gromadzimy się licznie, za każdym razem w katedrze modli się kilka tysięcy osób.
W zależności od tego, jakie wytyczne aktualnie dostają media, jesteśmy nazywani
bądź garstką sfrustrowanych fanatyków, bądź też groźnym tłumem faszystów z
pochodniami.
Jak jest w istocie? Jest pięknie. Wzruszająco. Czujemy ducha wolnej Polski i
"Solidarności". Mimo że media dwoją się i troją, by wmówić nam, że patriotyzm
jest cechą odchodzącą do lamusa, w Marszach Pamięci uczestniczą tłumy młodzieży.
Do uczestnictwa skłania ich ten sam duch, który w pokoleniu ich rodziców
stworzył "Solidarność".
– Przychodziłem w sierpniu często pod Krzyż Pamięci przed Pałacem Prezydenckim i
chłonąłem atmosferę patriotyzmu, który wtedy się rodził – mówi Wiktor z
Warszawy, pracownik biurowy. – Czułem, że udało mi się wkroczyć w świat moich
rodziców, którzy w PRL układali kilkaset metrów dalej krzyż z kwiatów. Każdego
10. dnia miesiąca przychodzę odetchnąć wolnością i poczuć to, czego nie
rozumieją moi dawni znajomi, moje otoczenie i ludzie, z którymi pracuję –
dodaje.

Musimy pamiętać
W niektórych młodych ludziach właśnie to wydarzenie, jakim była tragedia
smoleńska, obudziło poczucie odpowiedzialności za Ojczyznę. Życie Moniki z
Warszawy po 10 kwietnia zmieniło się o 180 stopni i jest podporządkowane Polsce.
– Pierwsze dwa transparenty przyniosłam 17 kwietnia na plac Piłsudskiego.
Napisane było na nich: "Lech Kaczyński died for strong Poland" i "Prezydent się
nie lękał". Te transparenty i wiele innych, nowych, pojawia się każdego
dziesiątego. I będą się pojawiać, dopóki nie wyjaśnimy sprawy katastrofy.
Będziemy przychodzić i walczyć o suwerenną Polskę – zapowiada Monika.
Niektórzy, aby wziąć udział w Marszu Pamięci, przyjeżdżają z daleka. Na przykład
z Gdańska, tak jak Dominika Gwiazda i jej przyjaciele. Uważnie przyglądają się
śledztwu, dostrzegając, że jest prowadzone w sposób skandaliczny, urągający
wszelkim standardom stosowanym w cywilizowanych krajach. – Wysoce oburzający
jest już sam fakt, że premier naszego kraju bez wahania oddał śledztwo w ręce
Rosjan… Zupełnie niezrozumiałe jest też dla mnie bezgraniczne zaufanie naszych
władz do prokuratury rosyjskiej, na czele której stoi Jurij Czajka, nazywany
"człowiekiem Putina" – punktuje zaniedbania władz Dominika. Dlatego swój udział
w Marszu Pamięci młodzi traktują jako świadectwo: jesteśmy, pamiętamy, nie
zrezygnujemy z dążenia do poznania prawdy, jakakolwiek by nie była.
Marsze Pamięci bywają niejednokrotnie zakłócane – prymitywnymi, lecz skutecznymi
metodami, rodem z czasów komunistycznych. W sukurs władzy przychodzą pionierzy
postępu – walczą dzielnie z ciemnogrodem, krzycząc na przykład w stronę
uczestników marszu: "Spieprzaj, dziadu!". Uczestnicy odpowiadają im, skandując:
"To jest elita III RP!". W reakcji na "Boże, coś Polskę" "postępowa młodzież",
na ogół pijana, bo przecież na trzeźwo nie sposób zmierzyć się z ciemnogrodem,
śpiewa "Szła dzieweczka do laseczka". W odpowiedzi na Apel Jasnogórski leci już
"Sto lat" – z braku repertuaru. Uczestnicy marszu są na ogół cierpliwi. Wiedzą,
że każdy ich gest zniecierpliwienia zostanie odpowiednio nagłośniony – nieopodal
Pałacu Prezydenckiego stacjonują, gotowi do skoku, funkcjonariusze telewizji
Polsat i TVN.

Zgodnie z prawem
Marsze Pamięci mają przeciwko sobie rząd i główne media, a mimo to co miesiąc
uczestniczą w nich tysiące ludzi. To część Narodu odporna na propagandę,
umiejąca czuć własnymi sercami i używać własnego rozumu. Wbrew obiegowej opinii,
umiejąca się także – kiedy trzeba – organizować. Dobrym przykładem jest
powołanie Obywatelskiej Służby Porządkowej czuwającej nad bezpieczeństwem
uczestników Marszu Pamięci.
Została ona stworzona z inicjatywy Macieja Wąsika, szefa straży miejskiej za
czasów, gdy prezydentem stolicy był Lech Kaczyński. – W pewnym momencie
uznaliśmy, że nie możemy dłużej patrzeć na to, jak "młodzi wykształceni z
wielkich miast" ubliżają modlącym się tam kobietom, które mogłyby być naszymi
matkami i babciami. Powołaliśmy więc zgodnie z prawem służbę porządkową, która
ochrania demonstracje – mówi Maciej Wąsik. Obywatelska Służba Porządkowa
zainaugurowała swoją działalność 10 listopada. W wyniku jej działań wskazano
policji 10 osób, które zachowywały się w sposób prowokacyjny, krzykliwy,
gwizdami przerywały modlitwę. Zostaną wobec nich wyciągnięte konsekwencje.
Wcześniej policja nie reagowała mimo posiadania odpowiednich instrumentów
prawnych. Dopiero powołanie Służby Porządkowej wymusiło podjęcie działań.

Nadzieja nie gaśnie
Jak długo Polacy będą gromadzić się na Marszach Pamięci? Tak długo, jak będzie
potrzeba. – Czuję, że im więcej nas przychodzi, tym większa siła powstaje i może
dzięki temu samo społeczeństwo wywrze nacisk na państwo – mówi Małgorzata z
Warszawy, projektant wnętrz. Ten nacisk sprawi, że prawda o katastrofie wyjdzie
na jaw.
Obok konieczności wzięcia na siebie odpowiedzialności za Polskę, do której nie
poczuwają się rządzący, uczestników marszu łączy przekonanie, że – jak
powiedziała śp. Anna Walentynowicz, która zginęła w katastrofie smoleńskiej –
"musimy się na nowo policzyć". Stworzyć wspólnotę ludzi, których łączy ten sam
stosunek do Ojczyzny, którym jest ona droga, dla których jest godna poświęceń,
warta ceny, jaką nieraz przychodzi płacić, stając w obronie nie tylko jej
granic, ale także jej dobrego imienia.
Tego poczucia wspólnoty nie możemy sobie pozwolić odebrać. Musimy być mocni i
strzec nadziei w naszych sercach, bo – w myśl słów Prymasa Stefana Wyszyńskiego
– "Kiedy my się zmienimy, to i władza będzie musiała się zmienić".
 

Agnieszka Żurek

drukuj