Mówili, że to niemożliwe…
Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych
Dokładnie tak rozpoczął swoją orację Barack Obama, kandydat Demokratów na prezydenta USA, na wieczornym wiecu ze swoimi rzecznikami w Des Moines, Iowa, po zaskakującym zwycięstwie w pierwszej rundzie prawyborów, które tradycyjnie inaugurują długą drogę do Białego Domu. „Mówili, że to niemożliwe – ciągnął Obama – a wy pokazaliście im, że byli w błędzie”. Wcześniej 250 reporterów zagranicznych, obsługujących prawybory dla agencji kilkudziesięciu krajów świata, słało do swoich mediów elektryzującą wiadomość: wybory na najważniejsze stanowisko w Ameryce – a być może na świecie – nie przebiegają w myśl z góry przewidzianego i oczekiwanego scenariusza. Oczekujcie dalszych rewelacji!
Rzeczywiście, wyniki inauguracyjnej rundy pokrzyżowały zupełnie kalkulacje oraz prognozy zarówno konkurujących ze sobą w Ameryce głównych partii, jak i walczących pod ich znakami kandydatów. Co więcej, okazały się bardzo dalekie także od powszechnych oczekiwań. Co się naprawdę w stanie Iowa wydarzyło?
Nie ulega wątpliwości, że podobna konfuzja odczuwana była także w kraju, gdzie agencje prasowe podały, iż Obama jest „pierwszym w historii USA Murzynem, który wygrał kluczowe prawybory”, a Mike Huckabee, z kolei kandydat republikański, autor drugiej niespodzianki wyborczej, zyskał przewagę nad daleko bardziej znanymi od siebie rywalami „za sprawą głosów protestanckich fundamentalistów”. Czynnik rasy i religii w obu przypadkach? Trudno było trafić dalej od prawdy. Polityczne trzęsienie ziemi, jakie dało się odczuć w wyborach w stanie Iowa, polegało w istocie na czymś zupełnie innym. Nie tylko dlatego, że Barack Obama nie uważa się wcale za „Murzyna”, ponieważ jest dzieckiem z mieszanego małżeństwa (matką jest biała kobieta z Kansas i to ona była odpowiedzialna za całe jego wychowanie). Co jest jednak daleko ważniejsze, reprezentuje on zupełnie inny profil niż np. czarny przywódca ruchu „Push” Jessie Jackson, który stanął do prezydenckich wyborów dwie dekady temu. Obama jest wciąż młodym, ale świetnie wykształconym na najlepszych uczelniach prawnikiem, również politykiem zasiadającym w końcu w amerykańskim Senacie! Jego ledwie przyciemniona, pomarańczowa skóra nie wiąże go zupełnie z politycznym establishmentem czarnej części społeczeństwa, ta zaś nie odbiera go otwarcie „jako swojego”. Polityczny program Obamy, tak jak platforma, z której startuje, nie mają w dodatku nic wspólnego z ideologią środowiska Murzynów, tym bardziej z antyestablishmentowym frontem niezależnych, „trzeciej partii” spędzającej sen z powiek zarówno Demokratom, jak i Republikanom.
Podobnie Huckabee, jako pastor Kościoła baptystów, ale jednocześnie gubernator południowego stanu Arkansas (z którego wyszedł przecież piastujący wcześniej ten sam urząd Bill Clinton), z pewnością protestowałby przeciwko nazywaniu jego religijnych afiliacji „protestanckim fundamentalizmem”.
Zasadniczo odpowiedź na to, co naprawdę wydarzyło się u progu tegorocznej kampanii prezydenckiej i stanowi niewątpliwą, sensacyjną niespodziankę dużego kalibru, jest inna: wynika z prostego, ale jakże wymownego faktu, że lansowani od wielu miesięcy faworyci, zarówno Demokratów, jak i Republikanów, po prostu nie mają za sobą społecznego poparcia, o jakie przez miesiące zabiegali, i Amerykanie nie zamierzają na nich głosować! Ponieważ chodzi, bagatela, o takich rozreklamowanych kandydatów jak Hillary Rodham Clinton (małżonkę byłego prezydenta), która miała być „pierwszą w historii kobietą zasiadającą w Białym Domu”, czy Rudolpha Giulianiego, byłego burmistrza Nowego Jorku, chodzącego w nimbie bohatera „9/11/2001”, bomba, jaka wybuchła, miała niebagatelny kaliber. Oczywiście rewelacji tego wieczoru było daleko więcej: Hillary Clinton, która rozpoczęła swoją bezprecedensową kampanię ponad rok temu i usiłowała się przedstawiać jako „ostatnia nadzieja Demokratów na odzyskanie przez nich Białego Domu”, przegrała nawet z Johnem Edwardsem, partnerem pechowego przeciwnika G.W. Busha z roku 2004, Johna Kerry’ego.
Po stronie Republikanów przykre niespodzianki pierwszej rundy prawyborów były nie mniej dotkliwe. Przystojny niczym amant filmowy były gubernator stanu Massachusetts Mitt Romney, który zainwestował już w kampanię wyborczą – jak się ocenia – 20 milionów (prywatnych!) dolarów, szedł do urny wyborczej w Iowa jako pewniak, który zgłasza się tylko po należną mu dywidendę. Nic z tego. W dodatku mało dotąd znany Mike Huckabee (prasa drwiła: „Mike who”, czyli „jaki Mike?”), który w czasie kampanii grywał na gitarze i śpiewał z lokalnymi zespołami, zdystansował go z miejsca, i to o całe 9 procent! Nie lepiej było z senatorem Johnem McCainem, który niegdyś wygrał pierwsze prawybory, i to, bagatela, z George’em W. Bushem albo z byłym senatorem Fredem Thompsonem (który zyskał sobie szeroką popularność, występując w serialu telewizyjnym jako „mocny człowiek”). Obaj znaleźli się na szarym końcu z 13 procentami głosów, wyprzedzając o włos Rudolpha Giulianiego! Cóż się tam w zasypanym śniegiem i skutym styczniowym mrozem stanie Midwestu naprawdę wydarzyło?
Ziemia drży
Takie niespodzianki w polityce, szczególnie podczas oczekiwanych z wielkim napięciem prawyborów (głośno mówi się, że to wręcz „kampania prezydencka stulecia”), nie są pożądane ani mile widziane. Stawka jest zbyt wysoka. Rozpoczęły się ostre dyskusje w sztabach wyborczych kandydatów i pewnie już poleciały pierwsze głowy. Ludzie mediów zareagowali natychmiast charakterystycznym uśmiechem ulgi, że „nieuchronne być może nie jest jeszcze wcale tak pewne” i odważyli się na serię uszczypliwych uwag na temat pierwszej – niegdyś – damy Białego Domu, która bez przerwy głosiła, że „jest już gotowa do wzięcia na siebie brzemienia tej wielkiej odpowiedzialności za los Ameryki”. Stojący wciąż za jej plecami legendarny „Slick Willy” mechanicznie dorzucał: „po nas choćby potop”, i przestrzegał za kulisami media, że „biorą na swoje barki wyjątkową odpowiedzialność za niedopuszczalny, nawet hipotetycznie, powrót Republikanów do Białego Domu” – jeśli nie rozprawią się w porę z przeciwnikami „najlepiej przygotowanej do tego stanowiska damy o dźwięcznym imieniu – Hillary”. Stojąc owego wieczoru na scenie w Iowa, z nieodłącznym Billem za plecami, uśmiechnięta nienaturalnie pani Clinton gratulowała gorąco „Partii Demokratycznej znakomitego publicznego poparcia, które upewniło ją raz jeszcze, że Biały Dom nieuchronnie wróci znów w stan posiadania Demokratów”! Pytanie tylko – kto w nim w istocie zasiądzie…
Robiąc dobrą minę do złej gry, kandydatka Clinton posyłała też w świat sygnał, że już dokładnie wie, co się stało w Des Moines i innych miejscach przedwyborczych przetargów, zwanych tutaj „caucus” (od indiańskiego słowa oznaczającego zgromadzenie). Istotnie, wydarzyło się sporo rzeczy totalnie nieprzewidzianych. Praktycznie podwoiła się liczba biorących udział w prawyborach, co w świetle przysłowiowej w tym kraju apatii, szczególnie ludzi młodych, stanowi godny głębszej refleksji fenomen. Okazało się, że dotyczyło to wyborców najmłodszych, którzy poszli do urn po raz pierwszy z pełnym przekonaniem, iż sprawa jest zbyt ważna, a stawka zbyt wysoka, aby je zlekceważyć. Dodać należy, że są to młodzi wyborcy, niepamiętający lat prezydentury Clintonów (Hillary bowiem była nieformalnym współprezydentem). Rzecz w tym, że „nowa fala” (używa się już tego terminu!) się pojawiła, ale po to, aby poprzeć głównie młodego senatora z Illinois, który zwrócił ich uwagę zarówno pasją wywodu, jak i radykalnym programem „zmian”, oznaczającym odejście od tradycji, jeśli nie wręcz demontaż dotychczasowego waszyngtońskiego etsblishmentu. Z sondażu wynikało, iż wierna Hillary Clinton pozostała głównie grupa wiekowa „kobiet po 65. roku życia” i niewiele więcej… Otóż ów Obama chce bezzwłocznego przerwania wojny w Iraku, „która nie powinna się była nawet zacząć”, ucięcia wszelkich przywilejów dla korporacji i wielkiego pieniądza, jaki podlegać ma teraz surowemu opodatkowaniu dla ogólnego dobra, powszechnego i dostępnego dla wszystkich systemu zdrowotnych ubezpieczeń, na jaki „bogata Ameryka” nie zdobyła się aż do dziś. A to tylko początek listy „zmian”, pod których hasłem kroczy najmłodszy z obecnych prezydenckich kandydatów.
Jednak to nie sam program, ale raczej styl i osobowość uczyniły z Baracka Obamy pierwszoplanową postać w jego partii już po pierwszej rundzie prawyborów. Młody, elokwentny i dobrze wykształcony kandydat świadomie nawiązuje do oratorskiej maniery Martina Luthera Kinga, wprawiając słuchaczy powtórzeniami fraz i modulacją głosu w emocjonalny trans. Przemawia do nich nadzwyczaj bezpośrednio i wprost, osobiście, jak gdyby był z każdym z nich sam na sam. Komentatorzy już teraz podkreślają, że żaden z tegorocznych kandydatów nie zawładnął tak silnie i przemożnie wyobraźnią dzisiejszej Ameryki. Bo to im właśnie, swoim słuchaczom, przypisuje Barack Obama główną rolę w historycznym ruchu przemian, którego, jak twierdzi, potrzebowali, znajdując w nim swojego rzecznika i wykonawcę. To nie tylko retoryka i duża zręczność w operowaniu słuchaczami, to cała filozofia integrowania tłumu powszechnie niezadowolonego z pogarszającego się ustawicznie status quo Ameryki 2008, pod nowym sztandarem, któremu teraz powinni być bez reszty oddani i wierni. Głosząc czas zasadniczych zmian, Obama stara się wyjść w dodatku poza ramy własnej partii, apelując otwarcie do wyborców niezależnych i dzielących jego troski Republikanów o wspólny front, ponad podziałami partyjnymi, by przeprowadzić „zmiany, na jakie kraj zasłużył”. Patrząc, jak jeden po drugim gubernatorzy i politycy z innych stron Ameryki zgłaszają teraz swoje poparcie dla kandydatury Obamy, trudno się oprzeć wrażeniu, że „nowa fala” może nie znaleźć rychło tamy zatrzymującej i odwracającej jej bieg!
Przepowiednie i prognozy
Obserwatorzy „wielkiej niespodzianki”, jaką sprawiły prawybory w Iowa, nie mylili się bynajmniej, sugerując, że istniał wspólny mianownik gwałtownego wyjścia na prostą i zerwania taśmy na mecie, daleko przed innymi, zarówno przez kandydata Demokratów, jak i Republikanów! To może większa sensacja niż sam triumf niedocenionych wcześniej postaci. Mówią oni, nie bez racji, że program (a zarazem klucz komunikowania się z wyborcami) Mike’a Huckabee’ego i Baracka Obamy nie jest wcale odmienny, ale wręcz zbieżny. Obaj w sumie reprezentują „zdrowe, realistyczne i typowe” myślenie dzisiejszych Amerykanów klasy średniej, która czuje się najbardziej rozgoryczona i przekonana, że jest źle traktowana i zasługuje na wiele więcej. Uważa, że nie żyje nic a nic lepiej niż na początku dwóch kadencji Busha. Przeciwnie, że zarabia mniej, a płaci więcej, szczególnie przy drastycznej podwyżce cen paliwa, energii i kosztów życia. Ta rewolta w konsekwencji znalazła ujście w głosowaniu na innych niż „oficjalni” kandydaci, czego zupełnie nie spodziewał się partyjny establishment, zarówno Republikanów, jak i Demokratów. Postawienie „na innych”, którzy wydali się ludźmi bliższymi i sympatyczniejszymi niż upozowani sztucznie i dwulicowi politycy „starej daty”, nieszczerzy, nienaturalni, stale gubiący się w sprzecznościach (jak Hillary Clinton, ale też Mitt Romney czy Rudolph Giuliani), miało więc wyraz desperackiego rzucenia głosu nieufności poprzez prowokujące poparcie „postaci stojących w cieniu”.
Czy oznacza to, że Iowa zmieni teraz cały scenariusz prezydenckich wyborów w 2008 roku? Sceptycy cytują charakterystyczne przykłady z przeszłości, przeczące zbyt pospiesznej nadziei sympatyków Obamy i Huckabee’ego. Pierwsze prawybory wygrywał przed laty McCain, ale jego triumf okazał się tylko chwilowy. Podobnie zwycięstwa stworzyły fałszywe oczekiwania Buchananowi czy Gephardowi, którzy szybko zniknęli z powierzchni w trakcie dalszych testów. To samo wróży się teraz Huckabee’emu, choć są tacy, którzy twierdzą, że będzie inaczej. Przypadek Baracka Obamy jest daleko bardziej skomplikowany, choć stawia on teraz czoła całej rozbudowanej machinie politycznej Clintonów i ich bazie, nie mówiąc o finansowych środkach na kampanie, jakimi tamci dysponują. Droga do prawdziwych wyborów w jesieni 2008 jest wciąż bardzo daleka. Czeka nas seria różnorodnych testów przedwyborczych, które mogą odsłonić z jednej strony karty, na które liczyć może Obama, ale i Huckabee, a przecież pozostali kandydaci też mają własną strategię. Giuliani twierdzi np., że celowo „odpuścił” dotychczasowe przedbiegi i wkroczy serio i decydująco podczas konfrontacji na Florydzie. Romney obiecuje sobie sporo po prawyborach w Michigan, stanie swojego ojca, McCain wierzy, że „odbije się” i wygra już w New Hampshire oraz zaserwuje przeciwnikom niejedną niespodziankę w czasie „superwyborów” na początku lutego, kiedy jednego dnia głosują aż 24 stany.
Trwała i przemawiająca do naszej wyobraźni powinna stać się raczej lekcja „pierwszych kroków po ziemi”, jaką dała Iowa. Ameryka zamanifestowała światu, że wybory prezydenckie nie są tutaj „business as usual”, czyli rutyną, ale będą teraz sposobnością, aby politykom obu partii przypomnieć, co myśli „milcząca większość” obywateli i wyborców. Zamierzają oni stać się daleko bardziej niż w przeszłości widoczni i słyszani, do bólu szczerzy w mówieniu o tym, co im się dzisiaj w Ameryce zdecydowanie nie podoba. Trudno takiej konkluzji nie potraktować jako budującej. I dlatego zarówno w mediach, jak i w rozmowach Amerykanów od prawyborów w Des Moines zapanował inny duch. To, co miało być „przypieczętowane”, być może staje pod znakiem zapytania. „Duch Clintonów” oddalił się na chwilę, może też w końcu bezpowrotnie zniknie. Najbliższe tygodnie pokażą, czy tak się stanie…
Wojciech A. Wierzewski, Chicago
