Mówiłam do niego „tateńku”
Z Marią Okońską, założycielką Instytutu Prymasa Wyszyńskiego i wieloletnią
współpracowniczką Prymasa Tysiąclecia, rozmawia Bogusław Rąpała
W czasie II wojny światowej planowała Pani utworzenie tzw. miasta dziewcząt.
Od tego zaczęła się Pani droga z ks. kard. Stefanem Wyszyńskim?
– Myśląc wówczas o wolnej Polsce, postanowiłam, że po wojnie założę ośrodek dla
dziewcząt pochodzących z różnych środowisk: z kręgów arystokratycznych, z miasta
i ze wsi. Chciałam zebrać je w jednym miejscu i stworzyć miasto, w którym
mogłyby rządzić.
Co wspólnego z tym przedsięwzięciem miał ks. kard. Wyszyński?
– Szukałam informacji dotyczących katolickiej nauki społecznej. Wiedziałam, że
ks. prof. Stefan Wyszyński, przebywający w Laskach, jest wykładowcą tego
przedmiotu. Dlatego postanowiłam się do niego wybrać. 1 listopada 1942 r. razem
z koleżankami wzięłyśmy udział we Mszy Świętej sprawowanej przez ks.
Wyszyńskiego. Tworzyłyśmy już wówczas wspólnotę, tzw. Ósemkę, gdyż za cel
obrałyśmy sobie realizację ośmiu błogosławieństw. Dlatego bardzo przeżyłyśmy
fakt, że Ewangelia w tym dniu dotyczyła właśnie tych Bożych obietnic. Po Mszy
Świętej ksiądz profesor zaprosił nas na śniadanie (zawsze dbał o to, abyśmy nie
byli głodni), a następnie zapytał, w jakim celu przyjechałyśmy.
Wtedy opowiedziała mu Pani o swoim pomyśle utworzenia "miasta dziewcząt"?
– Wyjaśniłyśmy, że pragniemy po katolicku wychowywać dziewczęta, które potem,
jako tzw. apostołki środowiska, wrócą tam, skąd przybyły. Ksiądz Wyszyński
zdziwił się i zapytał: "Co wam przyszło do głowy? Apostołki środowiska to
wyrażenie z katolickiej nauki społecznej. Skąd wy to wiecie?". Odparłam: "Proszę
księdza, z Ducha Świętego". Po czym trochę się zawstydziłam, ale on odrzekł: "No
tak, chyba że tak…". Zapytał nas również, czy czytałyśmy papieskie encykliki
społeczne. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie. Ku mojemu zdumieniu był
bardzo zadowolony z mojej odpowiedzi. Z tego, że byłyśmy z nim szczere.
Potem powstał Instytut Prymasowski. Pani była jego współtwórczynią. Na jakie
potrzeby Kościoła odpowiadał?
– Nadal dążyłyśmy do utworzenia "miasta dziewcząt" w Warszawie, ale w czasie
wojny było to niemożliwe. Powstał więc Instytut, ale jego losy były wówczas
bardzo niepewne. Pojawiały się nawet takie momenty, gdy nasza pierwsza "Ósemka"
obawiała się, że wszystko się rozpadnie, zwłaszcza kiedy ks. prof. Wyszyński
został biskupem lubelskim. Wtedy ks. kard. August Hlond, który był wielkim
przyjacielem ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, uspokoił nas, mówiąc, że na pewno
ojciec nas nie zostawi, ponieważ przy biskupie potrzebni są ludzie świeccy.
I nie zostawił. Ksiądz kardynał Wyszyński był wierny ludziom, ale przede
wszystkim Bogu i Maryi, której poświęcił całe swoje życie. Jego hasło biskupie
brzmiało: "Wszystko postawiłem na Maryję".
– Matka Boża, zaraz po Chrystusie, odgrywała w jego życiu ogromną rolę. Ksiądz
Prymas ukochał Maryję tak bardzo, jak kochał swoją matkę, która wcześnie zmarła.
Całe jego życie było maryjne. Wszystko zawierzył Maryi. To była jego miłość do
ostatniego tchnienia. Jeszcze na łożu śmierci oddawał się w opiekę Niepokalanej,
modląc się do Niej.
Kardynał Wyszyński chciał tę miłość do Matki Bożej rozlać na całą Polskę.
Pani pomagała mu w realizacji jego programu maryjnego?
– Ksiądz Prymas stworzył ideę Wielkiej Nowenny. Po wojnie zamieszkałyśmy na
Jasnej Górze i pomagałyśmy Ojcom Paulinom w duszpasterstwie maryjnym –
przygotowywałyśmy wystawy oraz materiały na spotkania parafialne. W ten sposób
zamieniłyśmy "miasto dziewcząt", którego nie mogłyśmy założyć, na "miasto Boże"
(civitas Dei). Stała się nim Jasna Góra. Pragnęłyśmy całą Polskę skierować do
Matki Bożej Częstochowskiej. Związać Polaków z Maryją. I rzeczywiście tak się
stało.
To Pani skłoniła księdza Prymasa do napisania treści ślubów, które stały się
potem programem Wielkiej Nowenny?
– 26 sierpnia 1956 r. razem z Janeczką Michalską zostałyśmy wydelegowane przez
paulinów do Komańczy, gdzie więziony był ksiądz Prymas, ażeby wymodlić mu łaskę
napisania tekstu Ślubów Jasnogórskich dla Narodu Polskiego. Ale ksiądz Prymas
początkowo opierał się, mówiąc: "Gdyby Matka Boża chciała, żebym te śluby
napisał, to byłbym wolny. A więzień milczy. Nie zrobię niczego, czego Ona nie
chce". Wtedy powiedziałam: "Ojcze, przecież św. Paweł Apostoł pisał listy
pasterskie do wiernych z więzienia. Dlaczego Ojciec tego nie chce zrobić?". Na
co on poderwał się z krzesła i odparł: "Rzeczywiście, masz rację". I napisał. To
było wielkie wydarzenie. Treść tych ślubów nosił w swoim sercu i szukał
sposobności do ich napisania. Na drugi dzień rano, w święto Andrzeja Boboli,
śluby były już gotowe. Janeczka wzięła je pod pazuchę i zawiozła na Jasną Górę.
Jako Prymas Polski ks. kard. Wyszyński miał swoją siedzibę na ul. Miodowej, a
Pani wraz ze swoimi towarzyszkami pomagała mu w pracy. Jaki był ksiądz Prymas
dla współpracowników?
– Był otwarty na innych ludzi. Zawsze miał dla nich czas. Ksiądz kardynał
Wyszyński zastąpił mi ojca, gdyż mój tata, który był wielkim patriotą, zginął,
bijąc się o wolną Polskę, kiedy byłam małym dzieckiem. Bardzo mi go brakowało.
Do końca wierzyłyśmy razem z mamą, że wróci. Ale nie wrócił. Miłość do Ojczyzny
wyssałam z mlekiem mamy i z ducha mojego taty, którego nawet nie pamiętam. Do
księdza Prymasa zwracałyśmy się, mówiąc: "ojcze", a ja nawet mówiłam: "tateńku".
Był uosobieniem wszelkich moich tęsknot za ojcostwem. To był ojciec całej naszej
"Ósemki". Najlepszy tata.
Prymas był również otwarty na spotkania z politykami reprezentującymi wrogi
Kościołowi system komunistyczny. Jak przeżywał te rozmowy? Przygotowywał się do
nich w jakiś szczególny sposób?
– Przede wszystkim znał dzieła stanowiące bazę teoretyczną komunizmu, np.
"Kapitał" Karola Marksa. Twierdził, że większość komunistów nie zna tej
literatury, bo jej nie czyta. Ojciec ich po prostu – jak to się potocznie mówi –
"zaginał". Oni tak naprawdę niewiele wiedzieli o ideologii systemu, który
reprezentowali. Ponadto ksiądz Prymas znał bardzo dobrze katolicką naukę
społeczną. Nie stronił od rozmów z politykami. Na dodatek bardzo ich szanował.
Nigdy nie pozwolił powiedzieć o nich złego słowa. Szanował wszystkich ludzi,
niezależnie od tego, czy byli bogaci, czy biedni, wykształceni czy prości. Ale
był też bardzo stanowczy. Kiedy przyszła taka potrzeba, miał odwagę powiedzieć
im: "Non possumus!".
Jak wyglądała strategia księdza Prymasa w walce z komunizmem?
– W 1950 r. podpisał porozumienie między państwem komunistycznym a Kościołem
katolickim. To było zupełne novum w historii Europy i Kościoła. Decydując się na
to, Ojciec wykazał się dużą odwagą. Stało się to nawet wbrew ks. kard. Adamowi
Sapiesze, który twierdził, że z komunistami należy rozmawiać, ale nie wolno
podpisywać z nimi żadnych układów. Ale ksiądz Prymas chciał wykorzystać tamten
czas i dać im ostatnią szansę. Nie zamykał im drogi do siebie. Rozmowy z
Władysławem Gomułką, Bolesławem Bierutem czy Edwardem Gierkiem trwały nieraz do
czwartej nad ranem. Spotykali się albo w Klarysewie, albo w Warszawie. Kiedy
Gomułka został aresztowany, a potem wyszedł z więzienia, również kontaktował się
z księdzem Prymasem. Ale nie był życzliwie nastawiony. Mówił np., że nie będzie
Kościoła w Polsce. Wszystkie ścieżki do kościołów wkrótce zarosną.
Ksiądz Prymas Wyszyński był niezłomnym obrońcą życia poczętego. Jak wyglądało
jego zaangażowanie na tym polu?
– Pisał memoriały do rządu w tej sprawie. Gomułka powiedział kiedyś: "A czemu
ksiądz Prymas tak się tym martwi? Kobiety, które są wierzące, będą wiedziały, że
nie wolno im dokonywać aborcji". Ale ks. kard. Wyszyński był nieprzejednany. Jak
lew bronił życia poczętego. W 1956 r., wraz z uchwaleniem ustawy zezwalającej na
aborcję, rozpoczął się dramat Polski. Ksiądz Prymas bardzo cierpiał z tego
powodu.
Do historii przeszedł również jego niezwykły szacunek do kobiet…
– Okazywał ogromną cześć kobietom. Gdy wchodziły, on zawsze wstawał. Kiedyś
weszła siostra Kleofasa, która paliła w piecu w domu prymasowskim. Ojciec wstał.
Zapytałam go: "Ojcze, dlaczego ojciec tak postępuje?". A on mi odpowiedział: "Bo
w każdej kobiecie jest coś z Matki Najświętszej".
Obrona życia poczętego i godności kobiety to wartości, które były ważne
zarówno dla ks. kard. Wyszyńskiego, jak i dla ks. kard. Karola Wojtyły,
późniejszego Papieża. Wiele ich łączyło…
– Byli sobie bardzo bliscy. To była wielka przyjaźń i wzajemna miłość. Ksiądz
kardynał Wojtyła miał do Prymasa Wyszyńskiego ogromne zaufanie. Zaczęło się od
chwili, kiedy ks. Wojtyła kilka lat po święceniach został opiekunem służby
zdrowia i na Jasnej Górze wysłuchał kazania ks. kard. Wyszyńskiego o ascezie
zamkniętych oczu. Zachwycił się jego słowami. "Ciągniemy Kościół jak dwa konie"
– mówili o sobie. To byli prawdziwi bohaterowie, którzy nie dali się złamać i
potrafili oprzeć się niewoli komunistycznej.
Był stanowczy w tym, co głosił, ale z jego twarzy przebijała łagodność, cecha
ludzi świętych.
– Świetnie wyczuwały to szczególnie dzieci. W ogóle się go nie bały. Pamiętam
sytuację, gdy pewna mała dziewczynka uciekła swojej mamie, wdrapała się na
podium, gdzie siedział ksiądz Prymas, i powiedziała do niego, sepleniąc: "Ty, ty
mi się podobas". Ksiądz Prymas odpowiedział jej: "Ty mi też". Na co ona: "Daj
obrazek". Dostała, ale prosiła dalej: "Jesce jeden, dla blaciska". Po czym
zadowolona pobiegła z powrotem do swojej mamy, która stała z dziecinnym wózkiem.
Ojciec umiał rozmawiać ze wszystkimi: z dziećmi, robotnikami, profesorami i
politykami.
Jakiego księdza Prymasa Wyszyńskiego Pani zapamiętała?
– To był wyjątkowy człowiek. Prawdziwy mąż stanu i Polak z krwi i kości. Książę
Kościoła. Już podczas pobytu w Laskach był bardzo sławny w Warszawie.
Inteligencja ze stolicy ciągnęła do niego. Wygłaszał dla niej wykłady i
rozmawiał z nią. Mówię często, że dawał się ludziom, a ludzie go "rozrywali".
Był dla nich niezwykle serdeczny i życzliwy. Ale też bardzo konkretny i
wymagający. Wymagał od siebie i od innych. Imponował nam swoją odwagą. Jeśli był
przekonany, że jego decyzja jest słuszna, potrafił się sprzeciwić i zdecydowanie
bronić swojego stanowiska. A potem zawsze okazywało się, że miał rację. Ksiądz
Prymas cieszył się ogromnym autorytetem w Narodzie. Polacy go kochali. Miał
niezwykły urok osobisty. Garnęli się do niego nawet komuniści. I jeszcze do tego
miał niesamowite poczucie humoru. Zawsze podczas posiłków starał się nas
rozweselić. Na przykład opowiadał różne śmieszne wydarzenia z wizytacji
parafialnych, jak chociażby anegdotę, kiedy jakiś człowiek przywitał go słowami:
"Najprzystojniejsza ewidencjo". Ojciec był nadzwyczajny. Jestem pewna, że
wkrótce zostanie błogosławionym.
Dziękuję za rozmowę.
