Monopol partii władzy na gruzach narodowego interesu

Po raz pierwszy od 1989 r. partia rządząca uznała, że aktywna polityka
zagraniczna w imię interesów narodowych może być porzucona, jeśli realizacja
tych interesów przyniosłaby wizerunkowy uszczerbek w kraju i przyczyniła się do
utraty poparcia społecznego. Zmniejszanie aktywności polskiej dyplomacji jest
niebezpieczne w kryzysowej sytuacji, jaka panuje w najbliższym otoczeniu naszego
państwa i w Europie. Mamy do czynienia z poważnym krachem finansowo-ekonomicznym
Unii Europejskiej, rosnącą asertywnością Rosji na obszarze postsowieckim i wobec
państw byłego bloku komunistycznego, ambiwalentną postawą NATO w obliczu tej
sytuacji.

Platforma Obywatelska przeszła w ostatnich latach ciekawą, choć raczej negatywną
ewolucję. Z partii programowej, skierowanej do określonego środowiska,
wyznającego przeważnie liberalne poglądy, przekształciła się w dość bezideowy
front, spajany głównie antypisowskimi sloganami. Wokół niej powstał szerszy obóz
sympatyków zorientowanych na karierę u boku władzy, wspierany przez celebrytów
ze środowisk kultury i mediów pod hasłami "antykaczyzmu", zadowolonych z dorobku
i układów III Rzeczypospolitej. Mimo sprawowania władzy od prawie trzech lat
obóz ten nie zamierza podejmować istotnych i niezbędnych reform. Publiczną
wymówką wstrzymywania reform były dotychczas rzekome działania blokujące śp.
Lecha Kaczyńskiego. W rzeczywistości liderzy PO przyznawali, że ich ambicją było
stworzenie i utrzymanie ugrupowania z jak najszerszym poparciem politycznym.
Przykładem tworzenia takiego bezideowego frontu politycznego było formowanie
reprezentacji Platformy do Parlamentu Europejskiego w ubiegłym roku.
Obserwatorzy polityczni zatem dość zgodnie określili to zjawisko jako tworzenie
monopolistycznej partii władzy.

Monopol jak dawniej?
Wydarzenia ostatnich miesięcy w Polsce sprawiły, że w praktyce całkowita władza
w państwie została przejęta przez PO. Jej sympatycy dowodzą, że jest to sytuacja
podobna do poprzednich. Jednak wielu obserwatorów zwraca uwagę, że tym razem
jest ona dalece odmienna, gdyż poprzednie monopole poddane były licznym
ograniczającym je zjawiskom. Otóż, za czasów pierwszego monopolu władzy lewicy
wolno było mniej. Obóz, ten musiał uwiarygodnić swoją legitymację demokratyczną,
wykazać się pewną poprawnością polityczną oraz determinacją w utrzymaniu
prozachodniego kursu w polityce zagranicznej. Wszelkie zaś patologie i afery
były wychwytywane i piętnowane przez czujne media. Również w latach 2006/2007
obóz rządzący nie był wszechwładny. Był poddany bezprecedensowej presji
medialnej. Wielu liderów z tego okresu było wręcz demonizowanych i szkalowanych
w publicznym dyskursie. Nie mogąc utrzymać kruchej koalicji, rząd PiS nie
kontynuował jej za wszelką cenę i zdecydował się poddać wyborczemu
sprawdzianowi.
Dzisiejszy obóz władzy nie czuje żadnych ograniczeń. Stosując na niespotykaną
dotąd skalę instrumenty propagandowe, wtłacza społeczeństwu wykładnię, że jest
bezpośrednią i zasadniczą emanacją antykomunistycznych ruchów protestacyjnych i
dysydenckich sprzed lat. Umiejętnie stwarza wrażenie, że jest namaszczony przez
środowiska kultury i inteligencję. Przedstawia się jako jedyna nadzieja dla
młodego pokolenia. Z różnych powodów, w tym i błędów opozycji, obóz władzy
zdobył olbrzymie wsparcie mediów, które nie rozliczają rządu z trzech lat
sprawowania władzy i niespełnionych obietnic, zaś z niespotykaną gorliwością
albo roztrząsają rządy PiS sprzed lat, albo obecny stan tej partii i dokonują
egzegezy każdej wypowiedzi jej liderów. W takiej sytuacji dyskurs polityczny
przestał być areną ścierania się poglądów i merytorycznych racji. Stosując
propagandowe chwyty i dyskredytując racje opozycji bez podejmowania
jakiejkolwiek debaty, obóz władzy stara się zawłaszczyć, zmonopolizować sposób
myślenia społeczeństwa o funkcjonowaniu państwa. Przykładem takiego działania
jest podejście obozu władzy do tragedii smoleńskiej i śledztwa w tej sprawie.
Nie tylko opozycja i sympatycy poległego prezydenta, ale i rodziny ofiar są
poddani polityczno-medialnej presji, by pozostawali poza procesem wyjaśniania
przyczyn katastrofy, żeby czasem nie odkryli, że popełnione zostały błędy w
funkcjonowaniu państwa kierowanego od trzech lat przez rząd PO.
Najważniejsza różnica w obecnej sytuacji monopolistycznej dotyczy jednak
podejścia do opozycji. Poprzednie monopole, choć rywalizowały z opozycją i
utrudniały jej funkcjonowanie, to jednak nie posunęły się do działań na rzecz
trwałego jej wyeliminowania ze sceny politycznej. A tak się dzieje dzisiaj.
Liderzy polityczni obozu rządzącego, wykorzystując celebrytów oraz sprzyjające
media, starają się wyszydzić poglądy opozycyjne, usunąć je z dyskursu
politycznego, a nawet przekonać społeczeństwo, że główna partia opozycyjna jest
siłą antysystemową, a tym samym niedemokratyczną i nie posiada legitymizacji w
demokratycznym państwie. Co ciekawe, nie używa się w tych potyczkach argumentów
merytorycznych. Nie toczy się dyskusja o podatkach czy infrastrukturze pastwa.
Argumenty i pytania opozycji kwituje się zwykle epitetami i osobistymi
napaściami, często o charakterze wulgarnym. Niektórzy nie stronią nawet od
makabrycznych żartów w stylu, że przeciwnika należy ustrzelić i wypatroszyć.

Zawłaszczyć dyplomację
Taki sposób funkcjonowania obozu władzy niestety nie ominął również polityki
zagranicznej. Cały repertuar wspomnianych wyżej instrumentów działania
zastosowano już w poprzednich latach wobec śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Od
początku istnienia kohabitacji przypuszczono atak na prerogatywy prezydenta.
Istnienie ośrodka prezydenckiego jako strażnika wartości i zasad
konstytucyjnych, audytora i recenzenta działań rządu nie mieściło się w
monopolistycznej koncepcji władzy PO. Stąd szybko pojawiły się opinie i apele o
zmianę Konstytucji w kierunku tzw. systemu kanclerskiego.
Szczególnie w sferze polityki zagranicznej i bezpieczeństwa starano się
ograniczyć, a nawet odebrać prezydentowi i jego współpracownikom ich
prerogatywy. Czy to przez Trybunał Konstytucyjny, czy decyzje administracyjne w
sprawie samolotu, czy przez embargo informacyjne starano się nie dopuścić
prezydenta do wykonywania przynależnych mu zadań w polityce zagranicznej. Jeśli
to nie skutkowało, podejmowano działania dyskredytujące prezydenta, wyszydzające
jego politykę, wyjazdy i spotkania międzynarodowe. Szczególnie krytykowano jego
zaangażowanie w regionie na rzecz integracji państw regionu z NATO i Unią. Zaś
prezydenckie zabiegi o uzyskanie podmiotowości w Unii Europejskiej przedstawiano
i w kraju, i za granicą jako politykę antyeuropejską i awanturniczą.
Jagiellońskie marzenia o współkształtowaniu polityki europejskiej i
giedroyciowskie zasady polityki wschodniej, które były kanonem naszej dyplomacji
przez kilkanaście ostatnich lat, określono jako przeżytek, który miał zostać
zastąpiony piastowskim czynem modernizacji Polski.
Od trzech lat partia rządząca usiłuje przekonać partnerów na świecie, że w
Polsce toczy się wojna sił postępowych i europejskich z siłami konserwatywnymi,
antyeuropejskimi, a nawet ksenofobicznymi. Wykorzystuje się między innymi
dyplomację rządową, wielu naszych przedstawicieli w biurokracji unijnej
sponsorowanych przez zagraniczne fundacje ośrodków analitycznych czy
korespondentów mediów zagranicznych. I znowu język jest pełen sloganów, a nie
merytorycznych racji. Odmienia się na wszelkie przypadki terminy: "Europa",
"europejskość", "integracja", "modernizacja" etc., co ma wywołać wrażenie, że
ludzie posługujący się nimi są ze wszech miar postępowi i światowi oraz
akceptowani czy wręcz namaszczeni przez Unię Europejską do sprawowania władzy.
Wytwarza się iluzję, że ambitna, podmiotowa polityka poprzedników w
rzeczywistości była romantyczną mrzonką, była awanturnicza i słusznie została
zastąpiona obecnie przez mądrą, realistyczną i pragmatyczną politykę rządu
Platformy. Wszelkie ośrodki krytyczne wobec takich poglądów były i są izolowane,
pozbawiane funduszy i informacji, wreszcie obrzucane epitetami, że są
ministerstwami wojny, okopami Świętej Trójcy etc. I tak jak w kwestiach polityki
wewnętrznej, tak na temat polityki zagranicznej nie podejmuje się rzeczowej
debaty z jej krytykami. Wszelkie opinie czy propozycje wysuwane pod adresem
polityki zagranicznej spoza kręgów władzy spotykają się z oskarżeniami o
straszenie społeczeństwa i z wybuchami gniewu w stylu stwierdzeń: "jak tak
można?", "to kompromitacja", "to żenujące, niedopuszczalne" etc. Przykładów na
to dostarczyła między innymi debata prezydencka i propozycja rzucona przez
jednego z kandydatów, jak i z kim rozmawiać o problemie Białorusi, z którym rząd
nie daje sobie rady od lat. Mamy więc kolejną próbę zawłaszczenia całego
dyskursu politycznego przez jedną stronę, tym razem w dziedzinie polityki
zagranicznej.

Niebezpieczna marginalizacja Polski
Rząd od kilku lat prowadzi zatem politykę ograniczania aktywności polskiej
dyplomacji. Padają przy tym różne motywy i wymówki. Od potrzeby oszczędzania
środków finansowych po hasła o konieczności skoncentrowania się na wewnętrznej
modernizacji państwa. W rzeczywistości takie odejście od aktywności
dyplomatycznej i zerwanie z wieloma dotychczasowymi kanonami polskiej dyplomacji
i naszego zaangażowania w świecie jest wynikiem kalkulacji partyjnej na użytek
wewnętrznej sceny politycznej. Takim kalkulacjom zawdzięczamy decyzje o
całkowitym wycofaniu się z Iraku w 2008 roku, ochłodzeniu naszych relacji z USA
czy ostatnio podjęcie publicznej debaty w czasie kampanii wyborczej na temat
wycofania się z Afganistanu. Takie podporządkowanie interesów państwa jedynie
kalkulacjom partyjnym powoduje, że nie można rzeczowo ocenić jakichkolwiek
działań zewnętrznych państwa i im zaufać. I tak nie wiemy, czy negocjowanie
prawie trzydziestoletniego kontraktu gazowego służy interesowi państwa czy
jakimś doraźnym korzyściom, lub czy ważny okres polskiej prezydencji w Unii
będzie wykorzystany do promowania naszych interesów w Europie, czy raczej jako
wielka i międzynarodowa kampania rządu przed wyborami parlamentarnymi.
Zmniejszanie aktywności polskiej polityki zagranicznej jest niebezpieczne w
kryzysowej sytuacji, jaka panuje w najbliższym otoczeniu naszego kraju i w
Europie (kryzys finansowo-ekonomiczny Unii Europejskiej, neoimperialne zakusy
Rosji na obszarze postsowieckim, inercja NATO względem tego trendu). Należałoby
oczekiwać w takiej sytuacji, że rząd podejmie starania o odbudowanie konsensu
politycznego w dziedzinie polityki zagranicznej. Uaktywni naszą dyplomację, aby
inni za nas i bez nas nie podejmowali decyzji dotyczących naszych interesów.
Tymczasem w sposób nieprzemyślany, i znowu dla doraźnych korzyści partyjnych,
podjęto w kampanii prezydenckiej debatę o wycofaniu się z Afganistanu. Było to
szczególnie niebezpieczne dla Polski. Operacja w Afganistanie jest operacją
NATO, które właśnie debatuje nad nową koncepcją strategiczną, na której Polsce
powinno szczególnie zależeć. Przez wiele lat pozostaniemy państwem peryferyjnym
zarówno w Unii, jak i NATO, ponosząc wszelkie konsekwencje tego położenia w
dziedzinie bezpieczeństwa. Polska zabiegająca o solidarność sojuszniczą nie może
sobie pozwolić na egoistyczne gesty. Nie możemy stracić wypracowanej przez lata
opinii wiarygodnego sojusznika. W przeciwnym razie nasze interesy nie będą
respektowane przez sojuszników, a nasze działania będą traktowane jako
niewiarygodne, doraźne i koniunkturalne.

Test prezydencki
W takich oto okolicznościach, wobec takich działań rządu na scenie wewnętrznej i
międzynarodowej funkcje prezydenta przejmuje polityk mocno związany z obozem
władzy. Będzie miał do wyboru: albo utrzymać ośrodek prezydencki jako niezależny
urząd stojący na straży Konstytucji, wartości, interesów państwa, doktryny
polityczno-obronnej i wieloletnich kanonów polityki zagranicznej, albo
podporządkować się interesom partii rządzącej i przekształcić urząd prezydenta w
ośrodek adoracji premiera i jego polityki.
Już pierwszy test, pierwsza podróż zagraniczna może określić kierunek
prezydentury. Nowy prezydent może podjąć ambitny plan odbudowania pozycji Polski
w regionie, a przez to w Unii. Układ polityczny w naszej części Europy pozwala
obecnie na uaktywnienie się Polski, na stanie się rzecznikiem regionu zarówno
wobec Zachodu, jak i Wschodu. Zamiast składać wiernopoddańczy hołd Brukseli,
proponowałbym objechać w jeden dzień Pragę (odwiedzić naszego najdłuższego
sojusznika prezydenckiego), następnie Budapeszt (gdzie władzę odzyskał podobnie
jak my myślący i ambitny Orban) i zakończyć kolacją w Bukareszcie (gdyż Rumunia
to drugi największy kraj w regionie, który przejął od nas uprzywilejowane
relacje z USA). Wyposażony w wiedzę o sytuacji w regionie prezydent mógłby
następnie odwiedzić Berlin i Paryż, aby poważnie porozmawiać o stanowisku tych
stolic wobec problemów naszego regionu i naszej wspólnej polityce wobec Rosji
oraz o relacjach transatlantyckich. Dopiero po takich podróżach i rozmowach
prezydent powinien spotkać się z urzędnikami brukselskimi, aby poinformować ich
o polskiej wizji polityki Unii i NATO i zapytać, jak chcą uwzględnić ją w swoich
planach działania. Ciekawe zatem, czy nowo wybrany prezydent zechce kontynuować
ambitne działania swojego poprzednika na rzecz uzyskania podmiotowości w
instytucjach, do których należymy, czy raczej za namową rządu pozwoli Polsce
nadal wtapiać się tylko w główny nurt polityki europejskiej, który raczej
kieruje nas na peryferie unijnego mechanizmu decyzyjnego.

Autor jest dyplomatą, byłym zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego
(2008-2010); w latach 2005-2008 pełnił funkcję podsekretarza stanu w MSZ, a
także głównego negocjatora w rozmowach z USA dotyczących tarczy antyrakietowej.

Witold Waszczykowski

drukuj