Misja „Solidarności” trwa
Czy władza (prezydent, premier, marszałek Senatu, ministrowie) zajechała na
Wybrzeże w 30. rocznicę powstania związku "Solidarność", by szukać atmosfery
tamtych sierpniowych dni 1980 roku? Czy sentymentalna podróż w czasie miała
polegać na tym, aby usiąść wygodnie w pierwszym rzędzie i wysłuchać bohaterskich
opowieści o sobie samych? Jeżeli tak, to było to dość naiwne oczekiwanie,
budzące wręcz zdumienie, gdyż nie tego należałoby się spodziewać po byłych
twardzielach związkowych walczących kiedyś z komuną. Tej oczekiwanej atmosfery
już dawno nie ma, tak jak nie ma dziś tamtej Stoczni Gdańskiej i tysięcy innych
dawnych zakładów pracy. Drogi byłych czołowych działaczy "Solidarności" z
sierpnia 1980 roku, a także młodszych członków związku, tych z 1989 roku,
rozeszły się już dawno. I to pokazał tegoroczny, jubileuszowy zjazd NSZZ
"Solidarność". Byli związkowcy i działacze opozycji, którzy od lat stanowią
część realnej władzy III RP, gotowi są uczestniczyć w akademii ku czci
"Solidarności", która doceni ich zasługi, w uroczystym koncercie lub Mszy
Świętej, która wymusi na wszystkich powagę chwili, ale nie w zjeździe, który
przyjmuje niektóre wystąpienia gwizdami, a niektóre burzliwymi oklaskami.
Wydawałoby się, że wystąpienie premiera Donalda Tuska do związkowców będzie
poświęcone gospodarce, tzw. projektom modernizacji kraju, jak zwykli nazywać
gospodarcze plany menedżerowie z Platformy Obywatelskiej, jakimś dalszym
perspektywom rozwoju kraju, nie mówiąc o szansach dla przemysłu stoczniowego.
Tymczasem usłyszeliśmy sentymentalne dywagacje na temat radosnej atmosfery
strajku sprzed 30 lat i miłości, która wyklucza nienawiść, pogardę itd. "Ja tu
nie znajduję tamtego nastroju", "co stało się z tymi dziesięcioma milionami, że
one dzisiaj nie odnajdują się w tej 'Solidarności’, która jest organizatorem
tego święta" – pytał retorycznie i prowokacyjnie Donald Tusk.
Jakby po 16 miesiącach tej pierwszej "Solidarności" nie było zbrodniczego stanu
wojennego, do dziś nierozliczonego, olbrzymiej wymuszonej i dobrowolnej
emigracji Polaków za wolnością i chlebem, słabej, rozbitej i inwigilowanej
"Solidarności" podziemnej i tej drugiej "Solidarności" rejestrowanej od nowa, z
nowym statutem i nowymi władzami w 1989 roku. Jakby nie było 21 lat
transformacji ustrojowej, która obaliła komunizm, ale nie dała Polakom równych
szans, rządów, które likwidowały polską gospodarkę i wyprzedawały jej majątek,
wreszcie jakby nie było nikogo odpowiedzialnego za upadek stoczni i odcięcie się
Polski od morza, jakby nie było bezrobotnych.
Historia zatoczyła koło. Po jednej stronie władza, niezadowolona z gwizdów pod
jej adresem, a może bardziej z burzliwych oklasków, jakie otrzymał szef PiS
Jarosław Kaczyński, po drugiej związkowcy, którzy nie chcą zwinąć historycznych
sztandarów "Solidarności" i stać się jeszcze jednym z wielu związków zawodowych
w Polsce niemających nic do powiedzenia. Towarzysze z PZPR też zapewniali
związkowców z "Solidarności", że związki zawodowe skupione w CRZZ zupełnie im
wystarczą. Dziś byli związkowcy apelują do władz, czyli do siebie samych, o
"wzięcie odpowiedzialności za organizację obchodów sierpnia 1980 przez państwo".
Najlepiej byłoby – i chyba idzie w tym kierunku – aby władza w imieniu
"Solidarności" sama organizowała rocznicowe uroczystości, zapraszając oczywiście
siebie i słynnych europejskich przywódców na okolicznościowe akademie, najlepiej
na tle wymarłej stoczni – ta pustka może dodać nawet pewnej dramaturgii. Działa
Europejskie Centrum Solidarności ojca Macieja Zięby, które zawsze jest gotowe
zaprosić światowego artystę, jak na przykład rok temu piosenkarkę Kylie Minogue
za 11 milionów złotych honorariów i po europejsku utopić pieniądze w błocie, co
zrobiła pięknie i w tym roku.
Dawny przywódca związkowy marszałek Bogdan Borusewicz nie stracił dawnej odwagi:
"Rocznice 'Solidarności’ od 20 lat służą do zabijania tradycji i pamięci o
tamtych czasach". Zdanie marszałka niezadowolonego z przybycia na uroczystości
podzielają inni historyczni przywódcy i działacze związku: Jerzy Borowczak,
Zbigniew Bujak (ten, co własną legitymację "Solidarności" dawno temu sprzedał na
aukcji żony Kiszczaka), Andrzej Celiński, Władysław Frasyniuk, Zbigniew Janas,
Henryka Krzywonos, Jan Lityński i oczywiście Lech Wałęsa. Jak widać, dawni
działacze chcieliby żyć pamięcią, historią i etosem, bohaterską opowieścią o
nich samych. Oburzony Bogdan Borusewicz mówi: "byłem świadkiem gorszących scen",
"ja byłem świadkiem kilkudziesięciu minut nienawiści". Taki to stopień
wrażliwości zademonstrował marszałek, którego partyjni koledzy czynili z
prezydenta Lecha Kaczyńskiego nieustający przedmiot drwin. Świętej pamięci Lech
Kaczyński, także czołowy działacz dawnej "Solidarności", był nieustającym
"przedmiotem nienawiści"? Dlaczego wtedy Borusewicz nie oburzał się, nie
protestował, dlaczego do dziś nie przeszkadza mu jego partyjny kolega
superskandalista Janusz Palikot, a tak bolą go gwizdy związkowców
"Solidarności"?
– Związek zawodowy miesza się do polityki – mówi z kolei także oburzony i
obrażony, bo nieobecny na zjedzie, Lech Wałęsa. Tak jakbym słyszał towarzyszy z
PZPR, a szczególnie bardzo dziś cenionego przez niektórych "etosowców" z
"Solidarności" towarzysza Mieczysława Rakowskiego, premiera, ostatniego
sekretarza KC PZPR. Ten także grzmiał, że "Solidarność" nie tylko miesza się do
polityki, ale chce być partią polityczną, by przejąć władzę w kraju.
Dzisiejsza "Solidarność", zdaniem byłych działaczy tego związku, ma nie istnieć,
tak jak nie ma prawa bytu demokratyczna opozycja. Ale misja "Solidarności",
która wyrosła z poczucia krzywdy, trwa i nie skończyła się w 1989 roku, co
słusznie przypomniał w swojej homilii ks. abp Sławoj Leszek Głódź.
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem Programu III Polskiego Radia.
