Mgła z telewizora
Z Ewą Kochanowską, wdową po rzeczniku praw obywatelskich dr. Januszu
Kochanowskim, który zginął pod Smoleńskiem, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler.
Na jednej z ostatnich konferencji prokuratury wojskowej padła
deklaracja, że prokuratorzy spotkają się z rodzinami ofiar katastrofy
smoleńskiej. Zależy Pani na takim spotkaniu?
– Mieliśmy już okazję się z nimi spotykać, proszę mi wierzyć – są tak
beznadziejni, że ręce opadają. Te spotkania z prokuratorami nie przynoszą
efektów, a posunięcia prokuratury są nieodgadnione. Już pominę fakt, że trzeba
by było ich wszystkich ukarać dyscyplinarnie albo za zaniedbanie obowiązków
służbowych, ponieważ trumny po przywiezieniu z Moskwy nie zostały w Polsce
otwarte. Proszę pana, przecież przyleciały do Polski jedynie trumny z
tabliczkami, bez żadnej dokumentacji medycznej. Jak można było na to zezwolić i
oddać je rodzinom na podstawie tabliczek na nich, bo dokumentacja medyczna, i to
w większości sfałszowana, dotarła dopiero kilkanaście miesięcy później? I ja mam
teraz rozmawiać z prokuraturą, która w niczym nie widzi problemu? Proszę
wybaczyć, ale to nie ma sensu.
Polonia w Chicago przyjęła Panią i Ewę Błasik bardzo serdecznie. Liczyła
Pani na takie powitanie?
– Właściwie to wiedziałam, czego się spodziewać, ponieważ w Chicago rodziny
smoleńskie są zawsze bardzo dobrze przyjmowane i znane. Przed naszym wyjazdem do
Chicago wrócił stamtąd pan Andrzej Melak, którego prawie godzinna audycja w
"Otwartym mikrofonie" u pani Łucji Śliwy była wielkim sukcesem. Znakomicie
zapoznawał słuchaczy nie tylko z samą sprawą smoleńską, lecz także z prawdą o
Katyniu. Jego wystąpienie cieszyło się ogromnym zainteresowaniem. My także
miałyśmy tam swoją audycję, lecz równie ważne, jak nasze wystąpienia czy
spotkania w Chicago, było to, czego dowiedziałyśmy się tam na miejscu od różnych
osób, także od samej pani Łucji Śliwy. W audycji pytała nas nie tylko o kwestie
związane ze sprawą smoleńską i z nami osobiście, lecz także mówiła o
trudnościach, jakie mają w Stanach Zjednoczonych ze sprawą smoleńską.
Jakie to są trudności?
– Łucja Śliwa powiedziała, że codziennie nawołuje na antenie do wysyłania listów
i przypomnień do Kongresu amerykańskiego, w gestii którego spoczywa kwestia
petycji Petera Kinga. Jednocześnie dodała, że w Stanach Zjednoczonych daje się
bardzo wyraźnie zaobserwować zjawisko wielkich, bardzo szczególnych wpływów
rosyjskich, które polegają na pokazywaniu ludzkiej i hojnej twarzy Rosjan, jako
m.in. sponsorów dzieł sztuki czy różnych uroczystości, które są bliskie
Amerykanom. W ten sposób zaskarbiają sobie ich sympatię i oddalają wizję Rosjan,
jaką my osobiście posiadamy, tego imperium zła, z którym walczyli Ronald Reagan
i bł. Ojciec Święty Jan Paweł II. Śliwa podkreśla, że w USA już nie mówi się o
morderstwach politycznych, Kursku, Dubrowce, Czeczenii. Trwa za to wielka,
zorganizowana rosyjska akcja propagandowa, która ma zmienić ich wizerunek. Gdy
to usłyszałam, zdałam sobie sprawę, że mam podobne wrażenia z Parlamentu
Europejskiego, gdzie nie dopuszczono nawet do rozpatrywania petycji rodzin w
sprawie prowadzenia niezależnego śledztwa. W czasie wysłuchania w Brukseli
mówiono nam też w kuluarach, że można z imienia i nazwiska wskazać europosłów,
którzy prowadzą bardzo silny lobbing prorosyjski, blokują wszystkie kłopotliwe
dla Rosjan kwestie. Jeżeli więc mówimy o katastrofie smoleńskiej, to także nie
powinniśmy zapominać o tej wielkiej zmasowanej akcji propagandowej, mającej
wielu jawnych i cichych popleczników, którzy nie pozwalają tej sprawie zaistnieć
w świecie. Wizyta w Chicago była dla mnie niesłychanie pouczająca m.in. z tego
właśnie powodu.
Skoro Rosjanie w Stanach Zjednoczonych tak dbają o swój wizerunek, to
można założyć, że wersja katastrofy smoleńskiej podana przez MAK jest tam
oficjalna?
– Trudno mi wyrokować, ponieważ zetknęłam się tam wyłącznie z Polonią, która
ogląda Telewizję Trwam, słucha Radia Maryja i czyta "Nasz Dziennik". Są to więc
osoby, które nie poddają się różnym manipulacjom, dla których pewne kwestie
wydają się jasne i oczywiste. Stąd może też taka jest ich walka o prawdę
smoleńską. Przy okazji różnych nacisków, trudno nie wspomnieć o działalności
naszego konsulatu czy naszych ambasad, które dla swoich potrzeb starają się
jakoś oswoić różne organizacje polonijne. Dostałam pewne sygnały o bardzo silnej
działalności naszego rządu i MSZ, aby sprawa smoleńska była za oceanem
wyciszana. Mnie się jednak wydaje, że podobnie jak w Polsce, tego rodzaju
zabiegi spotykają się z zupełnie odwrotną reakcją, bardziej ludzi irytują i
determinują do działania. Jest bowiem w Stanach mnóstwo miejsc, gdzie są tablice
smoleńskie, pomniki. Ludzie, którzy mają podobne poglądy, organizują się,
spotykają i może są bardziej radykalni, niż byliby, gdyby ta prawda o
katastrofie nie była tak szykanowana.
W Pani ocenie sprawa smoleńska ma szansę na podjęcie jej w Kongresie
USA?
– Trudno mi powiedzieć, ale myślę, że nie za tej prezydentury. Determinacja
Rosji jest kolosalna, a przeciwnika nie ma.
Ewa Błasik mówiła "Naszemu Dziennikowi", że z sal, w których odbywały
się spotkania, wychodziłyście ostatnie ze względu na olbrzymią listę pytań.
– Wie pan, to jest zabawne, bo oni nie mogą zrozumieć, dlaczego tak oczywista
sprawa, jak katastrofa smoleńska, jest tak zakłamywana. Ludzie, którzy mają
odrobinę rozumu, pytają, jak to możliwe, że samolot, który spada z 7 metrów, tak
się roztrzaskuje. Zauważają, że szczątki ludzkie nie mogą być tak rozdrobnione.
W robienie Polakom w kraju wody z mózgu włożono bardzo dużo wysiłku, natomiast
tam są ludzie dosyć przytomni. Jeden pan tak się okropnie denerwował na polski
Sejm, który przegłosował odrzucenie uchwały w sprawie wraku, że prawie na mnie
krzyczał. Nie umiałam mu odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało,
musiałam uciec się do prostej matematyki sejmowej, lecz on też tego nie mógł
zrozumieć. Byłyśmy więc czasami atakowane za to, co wyprawia nasz rząd, co było
zdumiewające. Po prostu ludzie, którzy mieszkają za oceanem i na co dzień nie
mają do czynienia z jakimś rodzajem mgły wypuszczanej z telewizora, swym zdrowym
rozsądkiem nie mogą pojąć pewnych rzeczy.
Franciszek Spula, prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej, zainteresował
się – gdy doszło do spotkania twarzą w twarz – tym, co mają Panie do powiedzenia
na temat katastrofy. Wcześniej wydał oświadczenie o neutralności Kongresu w
sprawie Smoleńska.
– To było dosyć interesujące spotkanie, ale bardzo jestem ciekawa, kto panu
Spuli napisał to jego wystąpienie o niezaangażowaniu Kongresu Polonii
Amerykańskiej. Wydaje mi się bowiem, że znaczna część Kongresu Polonii
Amerykańskiej – zarówno w Nowym Jorku, jak i na Florydzie czy w Teksasie – jest
absolutnie przeciwna temu wystąpieniu. Uważają, że zachowanie neutralności można
w tej sprawie porównać do neutralności w kwestii niewolnictwa czy handlu ludźmi.
W tych sprawach nie da się bowiem zachować neutralności, bo można być tylko za
albo przeciw. Tak samo nie można być neutralnym w sprawie katastrofy
smoleńskiej. Chociażby niedawna wizyta pani Kwiatkowskiej i pani Skrzypek w
Nowym Jorku, która cieszyła się szalonym powodzeniem, jest jaskrawym dowodem, że
Kongres Polonii nie jest monolitem. Mam wrażenie, że pan Spula nie bardzo wie, o
czym mówi, że sprawa smoleńska nie bardzo go zajmuje. Mało tego, mam wrażenie,
że nie ma o niej w ogóle pojęcia. Gdy mówiłyśmy o niektórych faktach, był
przerażony, że on nic na ten temat nie wie. Wydaje mi się, że są jakieś inne
czynniki, które zmusiły go do przyjęcia "neutralnej" postawy.
Wyjazdy rodzin smoleńskich za ocean aktywizują w jakiś sposób Polonię do
działania na rzecz wyjaśniania przyczyn katastrofy?
– Uważam, że to spełnia dwie funkcje. Po pierwsze, rodziny przestają być
anonimowe. To już nie jakieś 95 rodzin, ale osoby z krwi i kości, z własną
historią, pewnego rodzaju przeżyciami, przemyśleniami, indywidualną tragedią.
Bardzo ważne jest to, że ludzie się poznają, a ja spotkałam ogromną liczbę
bardzo przyzwoitych i godnych szacunku ludzi, co zawsze jest wielką nadzieją. Po
drugie, będąc za granicą, sami dowiadujemy się o wielu istotnych kwestiach, jak
na przykład ja o Kongresie Polonii Amerykańskiej czy rosyjskich wpływach. Można
powiedzieć, że wiele uczymy się od Polonii. Także wydaje mi się, że te spotkania
z rodakami mieszkającymi na obczyźnie, które są coraz bardziej intensywne,
odgrywają ogromną rolę.
Jaka jest realna forma pomocy Polonii dla sprawy smoleńskiej, poza
pisaniem petycji do kongresmanów amerykańskich?
– Pan troszeczkę tutaj traktuje kongresmanów amerykańskich tak samo, jak naszych
posłów, że można do nich pisać, a oni może nawet koperty nie otworzą. A w
Stanach taki kongresman musi się liczyć ze swoim wyborcą i odpowiedzialność jego
jest inna niż u nas. W Polsce poseł staje się maszynką do głosowania swojej
partii i niech tylko ośmieli się zrobić inaczej. Natomiast tam – podobnie jak w
Wielkiej Brytanii – jest odpowiedzialność bezpośrednia. Można pójść do posła do
parlamentu i go wywołać. W Wielkiej Brytanii jest nawet specjalne miejsce w
parlamencie, gdzie wyborcy – ci, którzy wybrali z imienia i nazwiska swojego
posła – mogą go, jak trzeba, przywołać do porządku. Nie można tego porównywać do
pisania listów w Polsce, bo tam jest to poważna forma nacisku. Jeżeli
zorganizuje się np. grupa kilkusetosobowa i nie odda swojego głosu na danego
człowieka, to jest to dla danego kongresmana poważny problem. To też pokazuje,
jak nie działa u nas demokracja.
Dziękuję za rozmowę.
