Matrix Pawelki
Otwarte negowanie skutków drugiej wojny światowej to istota ostatnich posunięć tzw. wypędzonych. Posunięć, dla których istnieje przyzwolenie, jeśli nie przychylność, ze strony niemieckich władz. Gorączkowe zapewnienia, że chodzi o marginalne zjawisko, brzmią coraz mniej wiarygodnie.
W to, że stosunki polsko-niemieckie są idealne, nie wierzy już chyba nikt – choć tak niedawno niewiara w ten dogmat była oznaką „oszołomstwa” i „szowinizmu”. Przez kilkanaście lat twierdzono, że mamy „historyczne pojednanie” i „adwokata w Unii”.
Mit o dobrych stosunkach legł w gruzach. Informacyjna zasłona dymna padła. Tak jak ostrzegano, niemieccy rewizjoniści dążą do odwrócenia skutków II wojny światowej i odebrania polskiej własności na Ziemiach Odzyskanych. Na obecny rząd Polski spadła konieczność naprawienia błędów popełnionych przez wiele poprzednich ekip.
Skutki tych błędów, jak w soczewce, skupiają się w retoryce Pruskiego Powiernictwa wspomaganej przez – delikatnie mówiąc – nieścisłości, jakie w Niemczech istnieją co do II wojny światowej. Retoryce, która ma ambicje, żeby kreować rzeczywistość.
Spółka (Pruskie Powiernictwo jest bowiem spółką prawa handlowego, a nie organizacją pozarządową, ma w nazwie skrót GmbH, odpowiednik polskiego sp. z o.o.) Rudiego Pawelki jeszcze w listopadzie 2006 r. złożyła w Strasburgu swoje pozwy, ale dopiero miesiąc później, w przedświątecznym tygodniu, w Berlinie zorganizowano konferencję prasową w celu podania szczegółów pozwów.
Szczegółów przekazano niewiele, spotkanie z dziennikarzami stało się natomiast okazją do przedstawienia rewizjonistycznej wizji już nie tylko historii, ale i współczesności. Prawnik Pruskiego Powiernictwa Thomas Gertner stwierdził, że tzw. wypędzenia były bezprawnym zastosowaniem wobec Niemców odpowiedzialności zbiorowej oraz zbrodnią przeciw ludzkości trwającą do dziś, bo do dziś „wypędzeni” nie mogą „odzyskać” majątków.
Niemiecką opinię publiczną właściwie już od lat powojennych bombarduje się tym właśnie pojęciem – „wypędzeni” – na określenie przesiedleńców. Oburzające, że termin ten zaczął być używany również w polskiej prasie. Jest on wybitnie emocjonalny. Sugeruje rzekome przestępstwo dokonane na przesiedleńcach przez jakichś zbrodniarzy (w domyśle – Polaków), przemyca też nienawiść do Polski. Czyni z Niemców główne ofiary II wojny światowej.
Jak było naprawdę?
Przede wszystkim spora część ludności niemieckiej została ewakuowana na polecenie władz hitlerowskich jeszcze przed nadejściem frontu. Jeśli dochodziło przy tej okazji do łamania praw człowieka, to w oczywisty sposób jest to sprawa wewnątrzniemiecka.
Pozostała ludność niemiecka została przesiedlona do Niemiec zgodnie z traktatem poczdamskim. W postanowieniach sformułowanych przecież przez przedstawicieli zwycięskich mocarstw, a nie przez Polaków, mowa jest o „zbrodniczym narodzie niemieckim” odpowiedzialnym za straszliwą wojnę. A więc to zwycięskie mocarstwa – a nie, jak twierdzą dziś rewizjoniści, Polska – wprowadziły tu kategorię narodu.
Oczywiście, nie oznacza to, że każdy z milionów Niemców mieszkających do zimy 1944/1945 r. na terenach przyłączonych później do Polski był zbrodniarzem.
Przechodząc do meritum pozwów – być może akurat 22 powodów istotnie pozostawiło swoje nieruchomości w dobrym stanie. Jednak w wielu przypadkach było tak, że Polska przejmowała dosłownie spaloną ziemię. Prezes Pruskiego Powiernictwa nie może o tym nie wiedzieć, bo właśnie jego rodzina pochodzi z Wrocławia, miasta, które z nieznanych powodów zostało zamienione w twierdzę (Festung Breslau) i w trakcie zupełnie bezsensownej obrony dosłownie zrównane z ziemią. Dokonały tego nie tylko wojska sowieckie – ale przede wszystkim władze niemieckie. Wyburzano całe dzielnice, jak np. w rejonie dzisiejszego pl. Grunwaldzkiego, gdzie w środku miasta zbudowano lotnisko – rzekomo dla ewakuacji ludności. Naprawdę wystartował stamtąd tylko jeden samolot wiozący na pokładzie gauleitera Wrocławia Karla Hankego – który wcześniej nakazał kontynuować obronę Festung Breslau „do ostatniej kropli krwi”.
Oczywiście, w czasie wojny wielkie zniszczenia dotknęły nie tylko Wrocław, ale i inne części Ziem Odzyskanych. To, co zostało, w dużej części wywieziono do Związku Sowieckiego jako tzw. trofiejne – łup wojenny. Sowiecka administracja wojskowa przekazała faktyczną władzę na Ziemiach Odzyskanych Polsce dopiero w 1946 r., choć – rzecz jasna – pierwsi osadnicy przybywali już wiosną 1945 roku.
Polacy, cierpiąc niewolę komunistyczną z powodu wywołanej przez Niemcy wojny, własną pracą odbudowali kraj, „gdzie tylko był dym”, a dziś Pawelka chce owoce tej pracy odbierać właścicielom w imię „sprawiedliwości”.
„Wojnę oddzielamy „grubą kreską”
Rewizjoniści – mimochodem – „łaskawie” przyznają, że Polacy wycierpieli znacznie więcej, niż Niemcy mieli rzekomo przeżyć w czasie przesiedleń. Równie „łaskawie” deklarują zrozumienie – jak mówią – „mechanizmu odwetu”. Ale nawet ta mentorska retoryka okazuje się fałszywa. Zdaniem adwokatów Pruskiego Powiernictwa, w sensie prawnym nie może być związku między zbrodniami popełnionymi przez poszczególnych Niemców na Polakach w czasie wojny a zbrodnią przeciw ludzkości, jaką według nich popełnili Polacy na całej ludności niemieckiej terenów włączonych do Polski po wojnie.
Każdy, kto choć trochę orientuje się w najnowszej historii, oburzy się na takie stawianie sprawy. Jest zupełnie oczywiste, że zmiana granic po II wojnie światowej dokonała się w wyniku tej wojny, a więc była konsekwencją decyzji podjętych przez Niemców. Oczywiste (choć może po dziesięcioleciach wybielającej propagandy już dla nowych pokoleń Niemców nie tak oczywiste) jest również to, że znaczna część przedstawicieli tego narodu ochoczo wspierała działania władz III Rzeszy. Jak już wiemy, takie stanowisko oznacza w istocie negowanie traktatu poczdamskiego. Niemcy próbują zrzucić z siebie wszelką, nawet śladową odpowiedzialność za popełnione zbrodnie.
Ale – powie ktoś – przecież jednak nie wszyscy Niemcy ani nie władze Niemiec, a tylko marginalna organizacja.
Pomijając nawet fakt, że to jeden z ostatnich sloganów z koszyka propagandy o „historycznym pojednaniu”, tezie o marginalności zjawiska przeczy stanowisko rządu niemieckiego. Jak wiemy, stanowiska takiego w zasadzie nie ma. Istotny jest fakt, że Berlin uchyla się od uznania swoich zobowiązań z tytułu odszkodowań za mienie utracone na terenach odłączonych od Niemiec. Jeśli jest to marginalna sprawa, dlaczego rząd RFN tak się obawia wzięcia jej na siebie?
Polska np. uznała takie zobowiązania, jeśli chodzi o mienie zabużańskie, choć przecież to nie my napadliśmy Związek Sowiecki i nie z naszej winy straciliśmy Kresy Wschodnie. Bez wątpienia o wiele bardziej usprawiedliwione jest, by Niemcy ponosiły konsekwencje wojny, którą wszczęły i w czasie której dokonały tylu zbrodni. Rewizjoniści słusznie zauważają, że nie jest sprawiedliwe, by kosztami wojny obarczać tylko dawną niemiecką ludność terenów należących obecnie do Polski. Tyle że to jest już sprawa samych Niemców. W tym świetle rzekomy „brak stanowiska” rządu RFN faktycznie jest stanowiskiem – stanowiskiem polegającym na negowaniu traktatu poczdamskiego, ewidentnym umywaniem rąk od swego zobowiązania. W deklaracjach mamy więc „odcinanie się” od pozwów. Faktycznie – politykę idącą w tym samym kierunku, co działania „marginalnej organizacji”.
Zresztą sami rewizjoniści odrzucają możliwość tej wewnątrzniemieckiej solidarności. Udając, że nie widzą niekonsekwencji takiej postawy, sprzeciwiają się propozycjom mecenasa Stefana Hambury zaspokojenia swych żądań z mienia opuszczonego przez osoby wyjeżdżające z byłej NRD. Ze względu na załamanie gospodarcze i wysokie bezrobocie wielu mieszkańców nowych landów wyemigrowało na Zachód, a na ich mieszkania i domy nie ma chętnych. Ceny lokali spadły nawet do 50 euro na metr kwadratowy. „Te mieszkania mają jednak właścicieli” – odpowiada Pawelka, tak jakby w Polsce było inaczej i jakby rząd RFN nie mógł wykupić wspomnianych nieruchomości.
Czy to znaczy, że szef Preussische Treuhand nie uznaje Polaków za właścicieli?
Przedstawiciele Powiernictwa twierdzą też, że Polacy powinni chętnie zwracać majątki, gdyż ich nowi właściciele będą w Polsce „inwestować” i „tworzyć miejsca pracy”. Cóż, model „rozwój przez wywłaszczenie” przerobiliśmy w ostatnich latach na tyle dokładnie, żeby wiedzieć, ile jest wart. Pozostaje jednak pytanie, czemu nie „bliższa ciału koszula”, czemu Niemcy nie chcą „inwestować i tworzyć miejsc pracy” w byłej NRD?
I jak rozumieć w tym świetle stwierdzenia, że „nasze pozwy nie spowodują pogorszenia stosunków z Polską”? Już wszak spowodowały.
Ostflucht
A skoro jesteśmy przy zjawisku wyludniania się wschodnich Niemiec, warto przypomnieć, że zjawisko to od dawna jest problemem Niemców – przynajmniej tych Niemców, którzy wyznają ideologię Drang nach Osten. Znane pod nazwą Ostflucht – ucieczka ze Wschodu – obserwowane było już ponad 100 lat temu. Ludność niemiecka opuszczała dawne dzielnice Rzeczypospolitej zagarnięte przez Prusy w czasie rozbiorów. Po I wojnie światowej zjawisko to jeszcze przybrało na sile – teraz, oczywiście, dotyczyło terenów pozostawionych przy Niemczech po traktacie wersalskim i plebiscytach. O ile przed samą II wojną światową gęstość zaludnienia Polski była o około połowę niższa niż Rzeszy, o tyle przy samej granicy było odwrotnie. Gdyby Niemcy nie wywołały wojny, znaczna część, może nawet większość tych, którzy uważają się za „wypędzonych”, sama wyjechałaby na Zachód. Z drugiej strony Polska nie poniosłaby dotkliwych strat demograficznych, które były konsekwencją wojny. Niektórzy eksperci szacują, że obecnie na terenie odpowiadającym granicom dzisiejszej Polski ludność narodowości niemieckiej stanowiłaby około 10 proc. mieszkańców.
Niemcy zadbali o przyśpieszenie tego naturalnego procesu.
Jurysdykcja Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, do którego wpłynęły pozwy, w stosunku do Polski obejmuje okres od przystąpienia Polski do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka w roku 1993. Właśnie dlatego adwokaci Powiernictwa wpadli na pomysł oskarżenia Polski o zbrodnie przeciw ludzkości i „trwałe naruszanie praw wypędzonych”.
Jak z tego wynika, środowisko rewizjonistów stworzyło swego rodzaju symulację świata, niczym w filmowej trylogii „Matrix”. Przypomnijmy, że w filmach braci Wachowskich ludzie żyli w sztucznej rzeczywistości stworzonej przez superkomputer, który za pomocą tego oszustwa eksploatował ludzkie organizmy. Matrix rewizjonistów to wizja historii, w której źli Polacy popełniają zbrodnie na niewinnych Niemcach.
Biedni Niemcy, źli Polacy i naziści
Przeciętny obywatel RFN dość łatwo może zostać w taką wirtualną historię wmanewrowany. Jeśli niemieckie media nadają jakieś programy historyczne o II wojnie światowej i okupowanej Polsce, to nagminnie mówią o „nazistach” jako sprawcach i zazwyczaj o Żydach jako ofiarach. Popełniane na Polakach niemieckie zbrodnie w zasadzie nie istnieją.
Podobną wizję historii prezentują również niemieccy politycy. Nie tylko ci mniej znaczni, jak sam Pawelka – szeregowy członek CDU. Wystarczy wspomnieć o oburzającym wywiadzie z Jochenem-Konradem Frommem, deputowanym do Bundestagu z ramienia CDU (i przewodniczącym grupy parlamentarnej „Wypędzeni, uciekinierzy, przesiedleńcy”), który ukazał się w „Rzeczpospolitej” 12 grudnia 2006 roku. Obok szokującego stwierdzenia „zbrodniarzy było dwóch: Hitler i Polska” to właśnie tam znalazła się opinia, jakoby traktat poczdamski był jedynie… zapisem negocjacji.
Charakterystyczna jest argumentacja Frommego. Twierdzi on, że wspomniany traktat „nie może” być umową międzynarodową, ponieważ Amerykanie „nie zgodziliby się” na działania sprzeczne z prawem. Ale przecież to tylko sami rewizjoniści twierdzą, że przesiedlenia były sprzeczne z prawem, ignorując traktat poczdamski uznający wyjątkowość niemieckich zbrodni na Polakach. Podobnie jak inni rewizjoniści, Fromme po prostu uważa za prawdę objawioną założenie, że przesiedlenia należy rozpatrywać „bez względu” na to, co się działo wcześniej, na ich istotną genezę.
Chadecki deputowany posuwa się w arogancji jeszcze dalej, pouczając Polaków, że bezpośrednio po wojnie powinni byli „nauczyć się żyć” z Niemcami w jednym państwie. Stworzywszy obraz wirtualnej historii, owego matriksa, do tego stopnia odległego od prawdy, Fromme zapewnia: „nie chcemy pisać historii na nowo”.
Aby zrozumieć, co tak naprawdę się dzieje, wyobraźmy sobie, że jakiś polityk Prawa i Sprawiedliwości (Fromme i Pawelka to członkowie CDU, głównej niemieckiej partii rządzącej) oskarża Litwę, Białoruś i Ukrainę o zbrodnie przeciwko ludzkości i domaga się odszkodowań za mienie pozostawione przez wysiedlonych Polaków. A przecież te wysiedlenia, inaczej niż te na Ziemiach Odzyskanych, nie były spowodowane koniecznością zadośćuczynienia za wyjątkowe zbrodnie.
Albo też wyobraźmy sobie, że jakiś poseł PiS stwierdza, że – dajmy na to – Żydzi powinni „krytyczniej spojrzeć na swoją historię”. Takie wezwanie pod adresem Polaków znalazło się w wywiadzie Frommego.
Kto szkodzi stosunkom?
Cała rozmowa niemieckiego polityka z dziennikarzami „Rzeczpospolitej” wywołała powszechne oburzenie i była szeroko komentowana. To wydaje się oczywiste, choć jeszcze niedawno być nie musiało. Kolejne niemieckie prowokacje otworzyły oczy znacznej części polskiej opinii publicznej na rzeczywisty obraz polsko-niemieckich stosunków. Mimo to dawna strategia z czasów Mazowieckiego i Skubiszewskiego nadal ma swoich zwolenników. Donald Tusk stwierdził niedawno, że w poprzedniej kadencji prowadzono tak skuteczną politykę wobec Niemiec, iż „najważniejsi politycy tego kraju prezentowali stanowisko propolskie”. Jego dowodem miało być odcięcie się Schroedera i Merkel od żądań przesiedleńców.
Postawa Piłata postawą propolską? Ciekawe.
O faktycznej wymowie umywania przez władze Niemiec rąk wspomnieliśmy wcześniej. Tu dodajmy tylko, że to właśnie rządzące Polską przez ostatnie 15 lat ekipy mają swój udział w rozplenieniu się groźby rewizjonizmu. Rozmawianie z Niemcami z pozycji „na kolanach” i rezygnacja z wszelkich praw pozbawiły nas możliwości odwoływania się do istniejącego jeszcze wówczas i usprawiedliwionego niemieckiego poczucia winy (inna rzecz, że zmiana polskiej postawy wobec Niemiec wywołała chyba za Odrą sporą konsternację, której efektem są zupełnie nieprofesjonalne posunięcia). Dla ekip pozostających pod wpływem ideologii „ludzi rozumnych” ważniejsza była walka z wyimaginowanymi demonami „polskiego czarnosecinnego nacjonalizmu” niż z realnymi zagrożeniami.
Dziś z tych samych ust słyszymy oskarżenia o pogarszanie stosunków z zachodnim sąsiadem przez obecne władze.
Mają one podobną wymowę, co pacyfistyczna propaganda w czasie wojny. Oczywiście, strzelanie do ludzi jest złe, ale jeżeli zostaliśmy napadnięci, należy się bronić. Podobnie w przypadku stosunków polsko-niemieckich. Jeżeli druga strona wytacza przeciwko nam coraz cięższe działa, nasze negocjacje nie będą skuteczne, jeśli nie będziemy mieć na ich poparcie własnej artylerii. Jeżeli Niemcy walczą bronią roszczeń i bezpodstawnych oskarżeń, mamy prawo odpowiadać obroną własnego interesu i przypominać, że my też możemy zażądać odszkodowania. To może pogorszyć wzajemne stosunki, ale to Niemcy – Pruskie Powiernictwo, ale także rząd RFN faktycznie popierający Pawelkę – wybrali tę drogę.
Trzeba również zdecydowanie reagować na sączenie przez niemieckie media propagandy antypolonizmu. Trzeba zwracać uwagę na takie zjawiska, jak np. niemieckie „żarty” z Polaków. To nie to samo, co np. norweskie żarty ze Szwedów. Zbyt przypomina to traktowanie nas jak podludzi. Niemcy, właśnie jako sprawcy niewyobrażalnych zbrodni, nie mają prawa do takiego zachowania, podobnie jak nie mają prawa do pouczania Polaków, co jest „demokratyczne” i „XXI-wieczne”, a co jest „nacjonalistyczne” i „XIX-wieczne”.
Nie należy też zapominać o szerszym kontekście polsko-niemieckiego spięcia. Niemcy aspirują do bycia jednym z najważniejszych państw świata, czego wyrazem, oprócz coraz liczniejszych misji wojskowych, są m.in. uporczywe próby uzyskania stałego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, choć widać, jak na dłoni, że nikt tam sobie RFN nie życzy.
Jak pokazuje przykład Chin, taki przywilej jak stałe członkostwo w Radzie oznacza faktyczną bezkarność danego państwa, które bez większych konsekwencji może dokonywać nawet zbrodni przeciwko ludzkości. Stały członek ma bowiem prawo zawetować każdą rezolucję Rady. Między innymi dlatego Chińczycy mogą np. terroryzować Tybet. Oczywiście, pozycja Polski wobec państwa prowadzącego politykę o zasięgu ogólnoświatowym jest osłabiona, dlatego tym bardziej należy dążyć do zabezpieczenia się przed zwiększaniem tej dysproporcji – póki czas.
