Major Issajewicz odszedł na wieczną wartę

Uczestniczył w wielu akcjach zbrojnych, jednak to udział w udanym
zamachu na kata Warszawy Franza Kutscherę 1 lutego 1944 r. należy do
najważniejszych na długiej liście jego zasług dla Ojczyzny. Wczoraj Warszawa
pożegnała mjr. Michała Issajewicza.

– Bierzemy dziś udział w pogrzebie legendarnej postaci, mjr. Michała
Issajewicza ps. "Miś", człowieka niezłomnego, który pokonywał trwogę, służąc
drugiemu człowiekowi. Nie żył dla siebie i nie umierał dla siebie. Narażał swoje
życie po to, by inni godnie mogli żyć – powiedział podczas wczorajszej Mszy św.
pogrzebowej w katedrze polowej ks. bp Józef Guzdek. Biskup polowy Wojska
Polskiego zwrócił uwagę na fakt, że życie majora nie było pozbawione lęku. Tak
jak każdy człowiek, który podczas II wojny światowej codziennie ocierał się o
śmierć, także mjr Issajewicz nie był wolny od strachu o własne życie. – Trwoga i
lęk przychodzą wtedy, kiedy deptane są największe wartości: godność człowieka,
wiara, wolność i niepodległość Narodu. W dniu jego pogrzebu pytamy, czy trwoga i
lęk towarzyszyły mu na ścieżkach jego ziemskiego życia? Odpowiedź jest jedna:
oczywiście, że tak, bo spotykał się ze złem, był świadkiem okupacyjnego terroru,
ocierał się o śmierć. Jednak odwaga i męstwo zdołały pokonać tę trwogę –
podkreślił ks. bp Guzdek. Duchowny przypomniał, że choć major Issajewicz brał
udział w wielu akcjach przeciwko niemieckiemu okupantowi, działając w
konspiracyjnym ruchu oporu, to jednak do rangi symbolu urosła głównie ta jedna.
Był nią oczywiście udany zamach na kata Warszawy Franza Kutscherę,
znienawidzonego przez powstańczą ludność stolicy bezwzględnego tyrana, który
miał na swych rękach krew tak wielu niewinnych cywilów. Tamten moment przywołany
został w liście pożegnalnym prezydenta Bronisława Komorowskiego i jego małżonki
Anny, skierowanym do rodziny zmarłego i uczestników uroczystości, który w
kościele odczytał Waldemar Strzałkowski z Kancelarii Prezydenta.

Wagę wydarzenia sprzed 68 lat przypomniał także Andrzej Kunert, sekretarz
Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Jego zdaniem, akcja przeciwko Kutscherze
nie tylko była niezwykle spektakularna, bo przeprowadzona w biały dzień w
centrum miasta, ale także skuteczna, bo zginął kat Warszawy. A Niemcy dwa
tygodnie później zaprzestali masowych publicznych egzekucji. – O tym, jak
boleśnie Niemcy odczuli śmierć Kutschery, najlepiej świadczy fakt, że jego
bezpośredni zwierzchnik, dowódca SS i policji w Generalnym Gubernatorstwie SS
gruppenfźhrer Wilhelm Koppe 16 lutego na posiedzeniu tzw. rządu Generalnego
Gubernatorstwa chwalił mistrzostwo wykonawców zamachu.

W latach 1945-1947 mjr Michał Issajewicz mieszkał w Słupsku, w którym 15
września 1946 r. odsłonięto pierwszy w Polsce pomnik Powstania Warszawskiego.
Dodał, że drugi egzemplarz wbudowanej w ten pomnik słynnej płaskorzeźby dłuta
Jana Małety "Jezu, ratuj, bo giniemy" stał w Warszawie na rogu ul.
Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich aż do czasu tajemniczego zniknięcia w
latach 50. XX wieku. – W imieniu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa mam
zaszczyt poinformować, że wykonana jeszcze raz płaskorzeźba – na podstawie
udostępnionego nam przez syna rzeźbiarza autorskiego projektu Jana Małety –
czeka już na uroczyste ponowne odsłonięcie i poświęcenie w tym samym miejscu –
powiedział Kunert. Urnę z prochami mjr. Michała Issajewicza pochowano uroczyście
na Wojskowych Powązkach. – Był kluczową postacią w zamachu na Kutscherę, która
zatrzymała jego pojazd i zakończyła wyrok. Był dla nas ważną postacią. Wielu
jednak było mu podobnych, taka była bowiem nasza powinność i tak służyliśmy –
powiedział "Naszemu Dziennikowi" Tytus Karlikowski z batalionu "Zośka", który
przyszedł oddać hołd starszemu koledze. Major Issajewicz zmarł w niedzielę, 4
marca, w Warszawie po długiej i ciężkiej chorobie. Był żołnierzem oddziału Pegaz
Kedywu Komendy Głównej AK, więźniem obozu koncentracyjnego w Stutthofie,
kawalerem Orderu Virtuti Militari.

 

Piotr Czartoryski-Sziler

drukuj