Lech Kaczyński był lepszym mówcą

Bronisław Komorowski w niezwykle krótkim i mało konkretnym przemówieniu
przed Zgromadzeniem Narodowym po zaprzysiężeniu na urząd prezydenta RP nie
przedstawił spójnej wizji swojej prezydentury.

Oczywiste wydaje się, że wszystkie przemówienia składają się po części z
okrągłych zdań i wzniosłych deklaracji, jednak mogą i powinny one być również
okazją do przedstawienia programu dotyczącego najważniejszych kwestii. Jeśli
chodzi o samą retorykę, to w przemówieniu Lecha Kaczyńskiego sprzed pięciu lat
nie mieliśmy okazji słyszeć tylu banalnych i oczywistych fraz jak w przypadku
orędzia Bronisława Komorowskiego. Lech Kaczyński na samym początku swojego
wystąpienia podkreślił doniosłe znaczenie urzędu prezydenckiego, a przez to
niejako służebną jego rolę. Dostrzegał potrzebę głębokich zmian na różnych
poziomach życia publicznego, mówił, że są konieczne reformy, swoiste uzdrowienie
instytucji państwa, budowa nowej jakości. Wystąpił z propozycją uchwalenia nowej
ustawy zasadniczej. Z kolei Komorowski podkreślał zasługi rządu Donalda Tuska,
zaznaczał, że radzi sobie świetnie, a państwo wywiązuje się ze wszystkich zadań
nawet w tak strasznej dla Polski sytuacji, jaką była katastrofa smoleńska.
Kaczyński podkreślał z kolei patologie, które trzeba usunąć, mówił o potrzebie
budowania bezpieczeństwa, natomiast Komorowski przedstawił stan funkcjonowania
państwa jako bardzo dobry, a obecnie jeszcze lepszy, ponieważ prezydent będzie
współpracował z rządem. W sferze polityki zagranicznej Lech Kaczyński odwoływał
się do suwerenności Polski. Dostrzegał sukces polityki zewnętrznej w braku
kompleksów w stosunku do innych państw. Jego celem był trwały sojusz ze Stanami
Zjednoczonymi, ale nie zapomniał też o relacjach z Niemcami i Francją, czyli
państwami wewnątrz Trójkąta Weimarskiego. Bronisław Komorowski mówił ogólnie o
partnerstwie i współpracy, a co znamienne – jedynym państwem, którego nazwę
przywołał, była Rosja. Silny był również akcent prounijny. Wspomniał o Trójkącie
Weimarskim, ale w nie do końca jasnym kontekście. Lech Kaczyński silnie
podkreślał współpracę z Grupą Wyszehradzką, co potem w swojej prezydenturze
starał się realizować. Nie wiemy natomiast, czego w tej kwestii oczekiwać od
Komorowskiego. Obydwaj odnosili się do spuścizny "Solidarności", jednak w
przemówieniu nowego prezydenta dało się odczuć silniejszy nacisk na jego zasługi
osobiste. Lech Kaczyński wypowiadał się bardziej z pozycji świadka wydarzeń, co
nie znaczyło, że nie brał w nich udziału. Znamienne, jakie słowa najczęściej się
powtarzały. Komorowski powielał słownictwo z kampanii wyborczej, takie jak:
współpraca, jedność, zgoda, my. Natomiast Lech Kaczyński odwoływał się do
poczucia wartości, sprawiedliwości, potrzeby zmian i solidarności. Należy
powiedzieć też o kontekście obejmowania prezydentury. Nie sposób oddzielić
katastrofy smoleńskiej od życia politycznego. W wyniku tragicznej śmierci
urzędującego prezydenta zwołano przedterminowe wybory, które po krótkiej i
agresywnej kampanii wygrał Bronisław Komorowski. Nie zdobył się on jednak na to,
by w orędziu po zaprzysiężeniu zadeklarować determinację w dążeniu do poznania
prawdy o okolicznościach i przyczynach katastrofy. Zadziwiające były też słowa,
że "nikt nie czyha na naszą wolność". Być może był to zwrot pod adresem posłów
PiS, którzy powołali zespół parlamentarny do zbadania przyczyn wypadku samolotu
rządowego w Smoleńsku, a który w oficjalnym przekazie medialnym został już
określony jako "rusoficzny". Kolejny aspekt, na który warto zwrócić uwagę, to
odniesienie do wartości chrześcijańskich, które w przemówieniu u Lecha
Kaczyńskiego się pojawiło, u Komorowskiego zaś tylko na koniec przysięgi, pomimo
deklaracji nowego prezydenta o jego katolickich poglądów.

Paulina Jarosińska

drukuj