Lawina czy kamienie: cyrografy pisarzy PRL

Wśród dość licznych już prac o komunistycznych początkach powojennej
kultury książka dziennikarek "Gazety Wyborczej" Anny Bikont i Joanny Szczęsnej
wyróżnia się charakterystyczną dla tego środowiska stronniczością i
tendencyjnością w rozrachunku z rodzimym komunizmem, tu – w ocenie postaw i
twórczości pisarzy, którzy wprowadzali – śmiało można tak powiedzieć – ideologię
i propagandę komunistyczną do polskiej literatury w początkach PRL. Swoją pracę
autorki dedykowały "Adamowi Michnikowi, który tę książkę wymyślił". Od razu
można się zatem spodziewać określonego nastawienia i typu myślenia: raczej
rozmycia i odwrócenia ocen niż gruntownego rozrachunku i wyraźnej kwalifikacji
zjawisk, raczej zacierania przeszłości niż jej wyjaśniania, tak by narzucić
własny obraz przeszłości i stworzyć swego rodzaju polityczną legendę własnego
środowiska.

Oszołomy już w komunizmie?
Książka nosi tytuł "Lawina i kamienie", co jest odwołaniem do fragmentu
"Traktatu moralnego" Czesława Miłosza. Jest w nim mowa o tym, że niszczący
żywioł może być jeśli nie powstrzymany, to przynajmniej osłabiony przez opór
nielicznych nawet, ale trwałych, przeciwstawiających się mu przeszkód:

Nie jesteś jednak tak bezwolny,
A choćbyś był jak kamień polny,
Lawina bieg od tego zmienia,
Po jakich toczy się kamieniach.
Autorki z góry sugerują, że pisarze ostentacyjnie komunistyczni na początku PRL,
tacy jak: Adam Ważyk, Kazimierz Brandys, Wiktor Woroszylski, czy w mniejszym
stopniu: Jerzy Andrzejewski, Tadeusz Borowski i Tadeusz Konwicki, to tytułowe
kamienie, które stawiały opór komunistycznej lawinie. Wzięły one tutaj pod uwagę
przede wszystkim późniejsze, już niekomunistyczne, często opozycyjne, życiorysy
swoich bohaterów. A przecież na początku było dokładnie odwrotnie, to oni
właśnie tworzyli czy ściślej – współtworzyli tę lawinę, która zasypała Polskę w
latach 40. i 50., wspierali ideologicznie i propagandowo sowiecki system
komunistyczny w Polsce. Są w jakimś stopniu współodpowiedzialni za indoktrynację
i destrukcję całego społeczeństwa, za przerabianie go na sowiecką modłę. Mało
tego, gdy głosili komunistyczne hasła – później traktowane jako młodzieńcza
naiwność i wiara w utopię – miały one realną moc sprawczą denuncjacji,
wskazywania wrogów i fałszowania prawdy. Gdy pisali swe socrealistyczne agitki,
ścigano jeszcze i mordowano ostatnich żołnierzy AK, którzy byli prawdziwymi
"kamieniami rzuconymi na szaniec" odbudowującej się polskości. Gdy "inżynierowie
dusz" się ocknęli i rozczarowali, było już za późno na proste odwołanie skutków
komunistycznej propagandy. Przejrzeli na oczy, gdy lawina, którą sami stanowili,
już kraj zasypała, pozostawiając za sobą kamienną pustynię. Stali się może
kamieniami opornymi, gdy nie była już tak groźna, gdy wyniszczono jej
prawdziwych przeciwników i spacyfikowano społeczeństwo. To przebudzenie było
przykre i niewątpliwie chcieli coś z tym zrobić, mogli dokonać gruntownego
rozrachunku albo rytualnej samokrytyki w duchu partyjnym, by przejść do
"porządku dziennego" i "następnego etapu" rozwijającego się socjalizmu. Ciężar
tych pozorowanych rozrachunków, nigdy do końca nieprzeprowadzonych, pozostawał
wszakże dla następnych pokoleń.

Zacieranie śladów
Książka Bikont i Szczęsnej wywodzi się poniekąd z tego dwuznacznego ducha
samokrytyki, która niczego do końca nie rozstrzyga, ale raczej zaciemnia i
usprawiedliwia przeszłość, bo jej już niby nie ma. A przecież po komunistycznym
oświeceniu i rozczarowaniu, po utracie wiary w ideały i utopie komunizmu
prezentowani pisarze nie stali się wrogami systemu, lecz raczej umiarkowanie
opozycyjnymi zwolennikami jego naprawy. Jeszcze przez kolejne lata w PRL będzie
majaczył "socjalizm z ludzką twarzą". Czy chcieliby odrzucenia systemu, który
ich rozczarował, czy uznali go za zły do końca – jak ci, którzy od początku z
nim walczyli? Żaden z nich nie odpowiedział stanowczo na to pytanie, nawet
podczas swej działalności opozycyjnej. Po 1989 roku także tylko tłumaczyli się z
popełnionego błędu, ale nie chcieli przyznać racji swoim ówczesnym przeciwnikom,
niepodległościowej opozycji.
W krótkim, ale bałamutnym wstępie do książki autorki konfabulują, podając
alternatywne biografie omawianych pisarzy. Tak więc – powiadają – katolicki
Andrzejewski mógłby należeć do środowiska "Tygodnika Powszechnego", a nie
przystępować do komunizmu; Borowski pozostać na emigracji jak
Herling-Grudziński, Konwicki zostać niezłomnym akowcem, jak – powiedzmy – Jan
Józef Szczepański czy Jasienica, Woroszylski mógłby trafić do łagru. Prawie
każdy mógłby być kimś innym, przekonują autorki, a jednak w pewnym momencie
wybrali komunizm. Tylko Ważyk w tym obrazie jawi się jako konsekwentny komunista
od kolaboracji we Lwowie już w 1939 roku, no i młodszy Brandys wybiera komunizm
z wdzięczności, bo – jak twierdzi – życie ocaliła mu Armia Czerwona, a w Polsce
powojennej obawiał się endecji. Czy rzeczywiście mogli być kimś innym, a
przynajmniej żyć inaczej? Autorki odmawiają w istocie swym bohaterom nawet ich
własnych decyzji, własnego wyboru, postawy i samoświadomości, jakby byli
marionetkami na dziejowej i życiowej scenie. Jest to manipulacyjny zabieg, który
ma służyć jednemu: pokazaniu, że wszyscy mogli popaść w komunizm, bez względu na
wcześniejsze losy, pochodzenie, środowisko, a nawet własne świadome wybory.
Kończą swój wstęp słowami: "W przedwojennych życiorysach bohaterów tej książki
niewiele można znaleźć punktów stycznych, różnie potoczyły się ich wojenne losy.
A jednak wszyscy oni wstąpili w szeregi zwolenników nowego systemu, by stać się
jego żarliwymi wyznawcami i służyć mu piórem". Skoro tacy ludzie poparli
komunizm – zdają się mówić autorki – to znaczy, że mógł go poprzeć każdy.
Rozumiemy zatem, że chodzi tu o naturalizację komunizmu w Polsce i poniekąd jego
banalizację – co nie zgadza się, niestety, z faktami historycznym lat 40. i 50.
Pośrednio zaś chodzi o zaniechanie pamięci i rozpoznawania zła po to, by zdjąć
za nie odpowiedzialność. Skoro tak wielu tak wybitnych w komunizmie
uczestniczyło, to potencjalnie mogli wszyscy. To typowy już sylogizm bardzo
wykoncypowanej, przewrotnej amnezji, to narzucenie sobie i innym dialektycznej
mentalności systemu, która przetrwała właśnie jako postkomunizm.
Autorki książki idą więc nadal tropem komunistycznej przeszłości, tyle że
staranniej zacierają za sobą ślady, pozorując pełną szczerość i otwartość. Nie
da się już tej przeszłości ukryć, coraz mniej jej wiernych strażników, ale można
ją jeszcze odpowiednio naświetlić, zinterpretować, podać inaczej. Autorki
starają się skonstruować obraz, w którym późniejsze zasługi opozycyjnych już
bohaterów książki, ich "rewizjonizm", ale przecież nie antykomunizm, mają
zatrzeć ich wcześniejszą postawę komunistyczną, uczynić ją niebyłą, może zrównać
z innymi, którzy systemowi się oparli. Używają w swej książce konwencji
reportażu, zestawiając fakty, opinie, obiektywne z pozoru opisy, nie zajmując
własnego stanowiska, dając niby swobodę ocen czytelnikowi. Powstaje jednak w ten
sposób monolityczny obraz rzeczywistości, opis tego, że "tak było", nie ma
szerszego tła historycznego, tego, co działo się w Polsce lat 40. i 50., a więc
jednak walki z komunizmem, również zbrojnej, nie ma oporu społecznego i opozycji
na długo przed 1968 rokiem, mitycznym dla środowiska "Gazety Wyborczej", nie ma
represji i eksterminacji w komunistycznych więzieniach i obozach pracy. Nie
ustosunkowały się autorki do dużej już literatury przedmiotu również o pisarzach
w komunizmie, krytyczne głosy potraktowały z wyższością lub pogardą, co wskazuje
na niepoważne lub agresywne podejście do wszystkich, którzy nie podzielają ich
zdania.

Kłopot z Herbertem i innymi
Podtytuł książki, który brzmi "pisarze wobec komunizmu", jest również mylący.
Książka nie traktuje o postawach pisarzy wobec komunizmu, lecz o pisarzach
komunistycznych, którzy poparli sowiecki system w najgorszych czasach, a odeszli
od niego, gdy te już minęły. Nie ma w tej książce mowy o żadnych innych
postawach pisarzy, którzy opierali się komunizmowi od samego początku i ponosili
za to konsekwencje, w najlepszym razie byli skazani na margines lub milczenie. A
było ich niemało, by wymienić choć kilku, jak: Leopold Staff, Jan Józef
Szczepański, Jerzy Szaniawski, Hanna Malewska, Jerzy Zawieyski, Leopold
Buczkowski, Stefan Kisielewski, a z młodszych Zbigniew Herbert. Co zabawne,
autorki wymieniają tylko jedną osobę z grona takich pisarzy, Marię Dąbrowską,
która akurat była dosyć koniunkturalna wobec władz PRL, ale w swym dzienniku
oceniała je surowo, podobnie jak cały system i katastrofalną, według niej,
sytuację Polski. Tylko wobec niej autorki rezygnują ze swojej zasady
obiektywizmu i powściągliwości w ocenach i piętnują gwałtownie jej uległość
wobec władz komunistycznych, czego nie robią nigdy wobec swych głównych
bohaterów.
Oczywiście postawy pisarzy wobec komunizmu w czasie długiego trwania PRL były
zróżnicowane, także ci, którzy byli bohaterami tej książki, mieli do niego różny
stosunek, w niejednakowy sposób od niego odchodzili. Mieliśmy też pisarzy,
którzy zawsze popierali ustrój PRL, ale byli to oportuniści spełniający funkcje
partyjne i propagandowe. Jedyną pociechą i usprawiedliwieniem mogło być to, że w
tym czasie na Zachodzie wielu intelektualistów uległo wpływom sowieckiego
komunizmu dobrowolnie, bez gróźb, nacisku i strachu. Doświadczenia komunizmu w
Polsce zmieniły jednak z czasem pozycję pisarza i jego wiarygodność. Nie
przetrwały żadne książki tego kręgu z okresu ściśle komunistycznego i niewiele z
okresu opozycji, poza kilkoma książkami Andrzejewskiego czy Konwickiego.
Zaciążyły także na świadomości postkomunistycznej po 1989 roku, gdy mimo swobody
wypowiedzi nie powstały liczniejsze utwory rozrachunkowe o totalitarnej
przeszłości.
Książka kończy się dość przypadkowo, zdawałoby się, wywiadem z Gustawem
Herlingiem-Grudzińskim, emigracyjnym pisarzem o zdecydowanie antykomunistycznych
poglądach. Ale i w tym jest ukryty cel, zamierzona prowokacja (czego zresztą
autorki w książce nie ukrywają) przeciw Zbigniewowi Herbertowi, mająca go
zdyskredytować w oczach Herlinga, który się z nim przyjaźnił. Herling dał się
nabrać na sugestie autorek, że i Herbert nie był taki niezłomny, jak się go
pokazuje, bo podejmował rozmowy z funkcjonariuszami SB przed swymi wyjazdami
zagranicznymi. Herling uznał później zgodę na ten wywiad za swój błąd, który
prostował w oświadczeniu zamieszczonym w dzienniku "Życie". "Mnie się zdaje –
napisał w nim Herling-Grudziński – że panie, które odwiedziły mnie w Neapolu,
wykonujące plan przygotowany, moim zdaniem, przez Adama Michnika, chciały,
cytując list Herberta, rzucić na niego cień. Chodziło o pomieszanie w
świadomości czytelników czystych postaci z naszej nieodległej przeszłości z
postaciami marnymi i nieczystymi. (…) Niewiele można zrobić wobec manipulacji.
Ale możemy przynajmniej bronić tej cząstki prawdy, jaką znamy, jaką zbadaliśmy,
jaką przekazujemy w swoim świadectwie. Jeszcze raz proszę, aby tę rozmowę
opublikowaną na łamach 'Gazety Wyborczej’ uznać za nadużycie, będące
konsekwencją mojego błędu. Powinienem był podczas tej rozmowy sparafrazować
histeryczny okrzyk Adama Michnika: 'Odpieprzcie się od generała!’. Powinienem
był odpowiedzieć paniom śledczym: 'Odpieprzcie się od Herberta!’".
Tak to zlustrowały na swój sposób dziennikarki "Wyborczej" Herberta wkrótce po
jego śmierci i Herlinga-Grudzińskiego niedługo przed śmiercią – pisarzy, których
można podejrzewać o wszystko, tylko nie o sprzyjanie systemowi komunistycznemu w
Polsce, a czego nie da się tak łatwo zapomnieć innym, usprawiedliwianym na różne
sposoby, bohaterom książki. Takiego to przewrotnego rozrachunku dokonały autorki
z komunistyczną przeszłością PRL, z postaciami, które zdjąwszy szybko w 1956
roku czerwone kostiumy, mają teraz przejść do legendy postkomunistycznej
opozycji.

Dr Marek Klecel

 

drukuj