Kto odpowiada za kryzys w budżetówce

Czy rzeczywiście strajki lekarzy i nauczycieli są całkowicie nieuzasadnione? Trudna sytuacja finansowa sfery budżetowej trwa w Polsce już od wielu lat. I nie chodzi tu jedynie o płace pracowników tzw. budżetówki. Problem niestety jest znacznie szerszy i bardziej skomplikowany.

O ile bowiem brak pieniędzy dla szkół może skutkować uciążliwymi warunkami pracy w placówkach oświatowych, zarówno nauczycieli, jak i uczniów, to już niedobór środków w szpitalach czy ośrodkach zdrowia kończy się czasami tragicznie. Ograniczenia w ilości drogich leków czy dostępie do urządzeń diagnostycznych niejednokrotnie stawiają lekarzy przed trudnym wyborem moralnym. Przykładowo: gdy z powodów finansowych można skutecznie leczyć tylko jednego z trzech pacjentów chorych na tę samą chorobę – trzeba kogoś wybrać. To są właśnie sytuacje rodzące korupcję w najobrzydliwszym wydaniu. Niekiedy niestety tak właśnie się dzieje – ratowany jest ten, kto może zapłacić. Przy tym lekarze w najmniejszym stopniu nie decydują o przydziale pieniędzy na leczenie. Robi to za nich ministerstwo. A są to po wielokroć kwoty niebywale wysokie. Na przykład procedura leczenia skojarzonego, wymagająca zastosowania nowoczesnych leków onkologicznych, niezbędna w przypadku nowotworu piersi z dużym ryzykiem rozsiewu kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych. Mało kogo w Polsce stać na opłacenie takiego leczenia z własnej kieszeni. Jeżeli jednak lekarze wyczerpią pulę środków przeznaczonych do wykorzystania na dany rok, w zasadzie muszą sami pokryć koszty badań czy leczenia pacjentów. I nawet kiedy lekarz przy najlepszej woli dokona wyboru, to i tak nigdy nie będzie to wybór jednoznaczny i pod względem etycznym zadowalający. Gdy zaś pacjenta nie stać na zabieg – powiedzmy, kardiologiczny – w prywatnej klinice, gdzie sam musi za niego zapłacić, oczekiwanie na usługę płatną z Narodowego Funduszu Zdrowia może się przedłużać w nieskończoność. Co to oznacza dla chorego? Spadek szans na powodzenie terapii, a czasami nawet śmierć. Dopóki więc będą kolejki do leczenia, dopóty będzie pojawiała się silna pokusa i ryzyko handlu ludzkim życiem.

W tym momencie rodzi się właściwie tylko jedno pytanie: kto jest winny takiej sytuacji? Kto do niej tak naprawdę doprowadził? Strajki wśród pracowników budżetówki nie mają dzisiaj sensu. Nie spowodują bowiem ani nagłego dopływu środków do budżetu państwa, ani też nie uruchomią oczekiwanych przez lekarzy zmian strukturalnych w systemie finansowania służby zdrowia. Postulowana przez nich prywatyzacja szpitali jest propozycją całkowicie nielogiczną i irracjonalną. Dopóki bowiem służba zdrowia znajduje się w sferze publicznej, dopóty funkcjonuje ona na zasadzie non profit, czyli bez zysku. Sprywatyzowanie tych placówek podniesie tylko koszty leczenia o kwotę zysku przeznaczonego dla ich właścicieli. Motorem obecnych protestów są w zasadzie młodzi pracownicy, którzy otrzymując na starcie spory zakres zawodowej odpowiedzialności, jednocześnie zarabiają miesięcznie niewiele ponad tysiąc złotych netto. Jednak młodość, niestety, często połączona jest z naiwnością. Być może nie zadają sobie pytania o przyczyny, czyli o to, kto naprawdę zniszczył w Polsce budżet, ani o to, w jakim celu to zrobił. A szkoda, bo to jest właśnie istota problemu.

Budżet państwa, podobnie jak ten domowy, musi oprócz wydatków posiadać także dochody. Jeżeli pierwsze przekraczają drugie, trzeba się zadłużyć. Nie wiem, czy strajkujący zdają sobie sprawę, ile wynosi w naszym państwie dług publiczny i w jaki sposób powstał. Dla porządku podaję więc, że osiągnął on obecnie ponad 50 proc. PKB, a koszty jego obsługi (odsetki) są wysokie, chociaż należy przyznać, że są one dość stabilne i nie stanowią jedynego problemu, gdy chodzi o finansowanie sfery budżetowej – w tym służby zdrowia. Główną przyczyną obecnych kłopotów jest bowiem – mówiąc najogólniej – polityka finansowa ostatnich kilkunastu lat oraz reforma służby zdrowia przeprowadzona przez rząd Jerzego Buzka w roku 1999. Wtedy to właśnie ówczesny wicepremier Leszek Balcerowicz wymusił drastycznie niską składkę na ubezpieczenie zdrowotne w wysokości 7,5 proc. w relacji do płacy. Łatwo można było przewidzieć, że w krótkim czasie doprowadzi to do poważnego kryzysu finansowego tej branży. Nawet takie kraje jak Węgry czy Słowenia, a więc porównywalne w poziomie rozwoju gospodarczego z Polską, wprowadziły składkę w wysokości kilkunastu procent. Połowę składki płaci tam pracodawca, a drugą połowę pracownik. Aby reformować gospodarkę, potrzebne jest minimum dobrej woli i wyobraźnia.

Sfera budżetowa istnieje we wszystkich krajach świata i nie można traktować jej jedynie jako zło konieczne i obciążenie dla rozwoju gospodarczego państwa. Takie myślenie dominowało w czasach PRL. Czas najwyższy pojąć, że wszystko ma swoją cenę i rozwój gospodarczy także musi kosztować. Te koszty racjonalnie musimy ponosić wszyscy w dobrze pojętym własnym interesie. Należy zatem poważnie myśleć o rozsądnym rozszerzeniu bazy podatkowej – wzroście wpływów do budżetu – tam, gdzie naprawdę jest to możliwe. Kto bowiem dziś naprawdę uczciwie odprowadza podatki do kasy państwowej? Właśnie ci, którzy uzyskują dochody z budżetu państwa, czyli m.in. lekarze. A przedsiębiorstwa? Jak tam wygląda ściągalność podatków? Może warto byłoby to sprawdzić. W ramach prywatyzacji w ciągu kilkunastu ostatnich lat sprzedano w Polsce najbardziej dochodowe przedsiębiorstwa konkurencyjnym firmom z Zachodu. Czy trudno było przewidzieć, że zlikwidują produkcję? Dziś sprzedają na naszym rynku to, co wyprodukują we własnych krajach i tam też płacą podatki. A ci, którzy prowadzą działalność w Polsce (przypadek supermarketów), czy nie nazbyt łatwo zwalniani są z tych świadczeń? Inna sprawa: czy zgoda na reklamowanie piwa i wyrobów tytoniowych zwiększa czy zmniejsza w ostatecznym rozrachunku koszty leczenia Polaków? Przykłady takie można by mnożyć.

Niestety tego, co popsuło się przez kilkanaście, a tym bardziej kilkadziesiąt lat, nie da się naprawić natychmiast. Świetnie zdają sobie sprawę z tego ci, którzy rządzili Polską w okresie ostatnich kilkunastu lat, a dziś próbują strajkującymi manipulować po to, by osiągnąć własne cele polityczne. W sytuacji finansowego kryzysu nie jest to trudne. Utrzymywanie permanentnego bałaganu i dezorganizacji struktur w ważnych dziedzinach życia państwa może być niektórym środowiskom wręcz na rękę. Ostrze słusznego skądinąd protestu powinno zatem być skierowane przeciwko tym, którzy naprawdę zawinili, a dziś usiłują cynicznie zbić na krzywdzie nas wszystkich polityczny kapitał.

Agata Gardas
drukuj