Kryształowy Barak Platformy Obywatelskiej
Matrycą ideologiczną Platformy Obywatelskiej jest liberalizm. Jak wiadomo,
jest to ideologia o długiej już tradycji, toteż wielonurtowa i mieszcząca w
sobie tendencje często wzajemnie się w wielu punktach wykluczające, nadto zaś
posiadająca swoje przedmiotowe odniesienia do wielu różnych sfer życia: nie
tylko politycznej, ale również ekonomicznej, obyczajowej i ogólnie rzecz biorąc
– duchowej. W tej analizie pominę większość z tych odniesień, koncentrując się
na kwestii zasadniczej podjętego tu tematu, tj. stosunku liberałów do religii i
Kościoła.
Jeśli chodzi o wewnętrzne zróżnicowanie liberalizmu, to nieustającą wartość
zachowuje klasyfikacja dokonana przez Papieża Leona XIII w encyklice "Libertas"
z 1888 roku, gdzie zidentyfikowane zostały trzy stopnie liberalizmu: pierwszy,
skrajny, neguje istnienie porządku nadprzyrodzonego; drugi, umiarkowany, go
ignoruje; trzeci zaś, najbardziej umiarkowany, separuje oba porządki, co jednak
sprawia, że w praktyce prowadzą one do tego samego rezultatu. Podział ów pokrywa
się z ustaleniami historyków idei, którzy pierwszy typ liberalizmu nazywają
lewicowo-liberalnym radykalizmem (ze względu na jego najbardziej wyrazistą
historycznie postać – również jakobinizmem); drugi – prawicowym liberalizmem
klasycznym (albo konserwatywnym), trzecią natomiast odmianę wiążą z tzw.
liberalizmem katolickim, usiłującym dostosować Kościół do warunków określanych
przez triumfujący świat laicko-liberalny.
Od "neutralizmu" do antychrześcijańskiego radykalizmu
W którym z powyższych stopni (lub odmian) liberalizmu należałoby usytuować
Platformę Obywatelską? Jeżeli weźmiemy pod uwagę sferę deklaratywną oraz
prehistorię "nuklearnego jądra" tej partii (czyli grupę skupioną jeszcze w
podziemiu wokół gdańskiego "Przeglądu Politycznego", z której w latach 90.
wyłonił się Kongres Liberałów), to w odmianie drugiej, czyli liberalizmu
umiarkowanego. Sam Donald Tusk i jego koledzy podkreślają, iż uformowali się na
lekturze dzieł klasycznych myślicieli liberalnych, takich jak Friedrich August
von Hayek, Milton Friedman czy Raymond Aron. Nie ma podstaw zaprzeczać temu,
wszelako należy zauważyć, że myślicieli tego nurtu łączy bez wyjątku całkowicie
zsekularyzowany i zlaicyzowany ogląd wszystkich rzeczy. Nie byli oni wrodzy
religii – bynajmniej. Zdarzało im się wypowiadać opinie przychylne religijności,
a zwłaszcza wynikającej z niej moralności, która (między innymi) uczy tak
cenionych przez nich cnót uczciwości, rzetelności, dotrzymywania słowa,
powściągliwości czy oszczędności, słowem – tych wszystkich, które fundują
idealizowane przez nich "społeczeństwo kupieckie" w klasycznym modelu
kapitalizmu. Jest to jednak rodzaj uznania z pobudek czysto utylitarnych, które
z tak charakterystycznym dla siebie sarkazmem wyraził Winston Churchill,
powiadając, że religia to rzecz bardzo pożyteczna, bo dzięki niej kobiety trochę
mniej się puszczają, a służba trochę mniej kradnie.
Oczywiste jest, że tego rodzaju podejście, pomimo swej nieagresywności –
odróżniającej liberałów umiarkowanych od jakobinów – jest zupełnie nie do
przyjęcia, jako przejaw ignorancji względem rzeczywistego powołania i celu
religii. Do tego dochodzi jeszcze czynnik związany z kulturowo-polityczną genezą
tego (klasycznego) liberalizmu, zrodzonego w świecie anglosasko-protestanckim.
Wielość śmiertelnie zantagonizowanych sekt protestanckich doprowadziła, jak
wiadomo, już prekursorów i promotorów liberalizmu, od Thomasa Hobbesa i Johna
Locke´a począwszy, do idei "neutralizacji" religii przez jej "prywatyzację",
jako głównego źródła i zaczynu waśni politycznych, wtrącających społeczeństwo w
stan wojny domowej. Warunkująca przetrwanie wspólnoty elementarna jedność
polityczna jawi się tutaj jako cel możliwy do osiągnięcia tylko pod warunkiem
wypchnięcia religii ze sfery publicznej.
Przeniesienie tej ideologii do kraju tak odmiennego, o silnej tożsamości
katolickiej, jak Polska, musiało jednak pociągnąć za sobą pewne modyfikacje.
Zauważmy przy okazji, że Platforma Obywatelska może poczytywać sobie za spory
sukces osiągniętą przez siebie pozycję, ponieważ nigdy dotąd w historii Polski
nie zdarzyło się jeszcze, aby pierwszą (i rządzącą) siłą polityczną kraju stał
się obóz ufundowany oficjalnie na doktrynie liberalnej. Niemniej, ten sukces nie
byłby możliwy, gdyby stratedzy PO obrali od początku analogiczną metodę
"neutralizacji". Platforma musiała spróbować jakoś wtopić się w ten katolicki
pejzaż Polski, aby wytworzyć złudzenie co najmniej "swojskiej" bliskości z nim.
Wymagało to rzecz jasna niemałej dozy makiawelizmu, zwłaszcza zaś przyswojenia
sobie tej rady Machiavellego, iż powinien Książę uchodzić za religijnego, i tym,
którzy go widzą i słyszą, winien wydawać się "cały religijnością". Sławne
rekolekcje w "kościele łagiewnickim" czy "nieco spóźniony" kościelny ślub
Donalda Tuska tuż przed wyborami dowiodły, że "platformersi" byli pojętnymi
uczniami florentczyka.
Oczywiście, w PO zawsze zdarzały się indywidualne wyskoki "antyklerykałów", jak
– na samym początku – pamiętna wypowiedź byłego premiera Jana Krzysztofa
Bieleckiego wyrażającego radość z powodu tworzenia się formacji, która nie
będzie słuchać Kościoła, czy całokształt działalności skandalisty Janusza
Palikota. Liderom partii udawało się jednak długi czas neutralizować możliwe
niekorzystne skutki tych wystąpień – także dzięki życzliwym im mediom, które
starały się, aby Polacy ich nie zapamiętali, zaś Palikot – jak wiadomo –
ostatecznie opuścił jej szeregi. Gdyby zatem nie zaszły nieprzewidziane nowe
okoliczności, zapewne PO udawałoby się bez większych przeszkód realizować
scenariusz "neutralizacji" religii cichej, niemal niedostrzegalnej i
niekonfrontacyjnej; scenariusz, którego stanem docelowym byłoby sprowadzenie
polskiego katolicyzmu do obyczajowo-regionalnej osobliwości w ramach
"zjednoczonej Europy", niemal tego samego rzędu, co oscypek i bigos, bez żadnych
konsekwencji w życiu publicznym. Wszakże, jak to wyjaśniła minister Ewa Kopacz,
swoje religijne credo urzędnik państwowy zostawia w przedpokoju gabinetu.
To wszystko jest już jednak dziś tylko historią. Każdy kolejny rok rządów PO
oznacza przesuwanie się po równi pochyłej w stronę antychrześcijańskiego
radykalizmu lewicowo-liberalnego. Najnowszym tego przykładem są ostentacyjne
wyrazy solidarności ministra Sławomira Nowaka z jego "ziomalem" – satanistą "Nergalem",
a długofalowo i instytucjonalnie groźniejszym – zapowiedzi spełnienia życzeń
lewicy odnośnie do in vitro i związków jednopłciowych po wyborach. Jak się
wydaje, zasadniczy powód tej ewolucji jest następujący. Ludzie Platformy, jako
typowo marketingowego produktu, skonstruowanego do wygrywania wyborów, czułego
zatem jak sejsmograf na panujące "trendy", nie mogli nie dostrzec wzbierającej
na sile odgórnie sterowanej fali chrystianofobii w całej Europie, co wymaga od
partii tak "proeuropejskiej" dostosowania się do obranego kursu, przede
wszystkim w zakresie tworzenia systemu prawnego, opartego na normach jawnie
sprzecznych z ładem naturalnym.
Oddech Palikota
Główna w Polsce ekspozytura "standardów europejskich", czyli tzw. salon i "klasa
medialna", tylko warunkowo udzielają poparcia Platformie Obywatelskiej
(zajmującej w ich głębokim przekonaniu miejsce należne "z natury" nieboszczce
Unii Wolności), jako jedynej sile powstrzymującej dziś "kaczyzm" i inne
"demony". Gdyby Platforma próbowała dalej lawirować, uchylając się – jak to
liberałowie – od dokonania wyboru "między Jezusem a Barabaszem", to poparcie to
mogłoby zostać przerzucone na chrystofobicznych ekstremistów z lewicy, których
przecież nie brakuje: medialne "napompowywanie" Ruchu Palikota jest przecież
dostatecznie wymownym ostrzeżeniem. Z drugiej strony, systematyczne prowokowanie
antyreligijnych ekscesów, począwszy od pamiętnego najazdu "hordy Nogajów" na
Krakowskie Przedmieście w ubiegłym roku, ma zademonstrować, że bez stosunkowo
większego sprzeciwu padają kolejne bariery zachowań jeszcze niedawno nie do
pomyślenia, bo społeczna wrażliwość moralna ulega coraz większemu stępieniu.
Jeżeli w jednym tylko tygodniu aż trzy "tygodniki opinii" zamieszczają na
okładkach bluźniercze wizerunki, to trudno nie dostrzec w tym wyraźnej zachęty
dla wahających się jeszcze decydentów, którzy otrzymują jednoznaczny sygnał:
każde tabu może być przełamane, wolno bezkarnie bezcześcić każdą świętość. I
Platforma dobrze rozumie zarówno te ostrzeżenia, jak i zachęty: aby nie stracić
mandatu od możnych tego świata na korzyść radykałów, musi "uciec do przodu",
przejmując hasła i dążenia lewicy.
Jednocześnie, mając na uwadze tę część wyborców, którzy trwają w złudzeniu, iż
Platforma Obywatelska jest "partią porządku", zabieg transformacji musi być
wykonany w "białych rękawiczkach" i nieomal niepostrzeżenie. Jak zatem wykonuje
się tego rodzaju "Następny krok", możemy przekonać się, czytając deklarację
złożoną przez premiera Tuska w słowie wstępnym do Programu wyborczego 2011: "Nie
jesteśmy ani z prawicy, ani z lewicy". Na pierwszy rzut oka oświadczenie to
niekoniecznie musi być odpychające. Dobrze wiadomo, że czysto horyzontalna diada:
prawica – lewica, nazbyt uwikłana jest w kontekst porewolucyjnej "schizmy bytu",
i w praktyce nazbyt często oznacza po prostu rodzinną kłótnię liberałów i
socjalistów o ekonomiczne głównie detale. Przychylamy się do opinii
autentycznego reakcjonisty, Nicolasa Gomeza Davili, iż "nawet prawica
jakiejkolwiek prawicy wydaje mi się zawsze nadmiernie lewicowa".
Przestronne gniazdko "Nowego Centrum"
Ale bez żartów: było niedorzecznością zakładać podobne zniesmaczenie "platformersów"
trywialnością tego czysto materialistycznego przeciwstawienia i pragnienie
wzniesienia się na bardziej "wertykalny" poziom samoidentyfikacji. Jaki jest
sens rzekomego stanięcia ponad antynomią "prawica – lewica", premier wyjaśnia
zresztą bez niedomówień: "staliśmy się "Nowym Centrum"". A cóż to jest
"centrum"? Geometria mówi nam, że to odcinek na osi poziomej, w którym "prawe"
przechodzi w "lewe" i na odwrót, aż do wyzerowania; w chromatyce to strefa
szarości, w której rozmazuje się czerń i traci swą alabastrowość biel; historia
wreszcie dostarcza nam dosadnego określenia, które narodziło się dokładnie wraz
z kontrrewolucyjną prawicą i rewolucyjną lewicą: tych, którzy starali się
pozostać pośrodku, nie opowiadając się za żadną ze stron, nazwano po prostu
"bagnem" (le marais). Lecz polityczne konsekwencje centryzmu, wiele lat temu, w
przypływie szczerości, ujawnił francuski polityk chadecki Georges Bidault,
mówiąc: "Być w centrum znaczy rządzić metodami prawicy, aby osiągnąć cele
lewicy". Otóż to: cele lewicy. Ale premier Tusk mówi przecież, że to Centrum
jest "nowe"! Chyba tak, jak przeterminowany produkt żywnościowy na ladzie w
hipermarkecie przepakowany w nową folię.
W przestronnym gniazdku tego "Nowego Centrum" mieszczą się zgodnie, wedle
deklaracji premiera, "konserwatywni liberałowie i chrześcijańscy demokraci,
tradycjonaliści i socjaldemokraci". To są już, mówiąc bez ogródek, kpiny z
przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Owszem, w pewnych wyjątkowych momentach w
życiu jakiegoś narodu, na przykład zbrojnego najazdu wroga, może i nawet powinna
zaistnieć "unia święta" przeciwstawnych sił politycznych, jak na przykład we
Francji w 1914 czy w Polsce w 1920 roku. Lecz kiedy śmiertelne zagrożenie mija,
naturalną jest rzeczą, że takie koalicje się rozpadają. Jeśli stronnictwo
polityczne jest zespołem ludzi mających określone przekonania, z których wynika
pewien projekt polityczny, to jaka wspólna sprawa może łączyć tradycjonalistów z
socjaldemokratami? To czysty absurd, który ma tylko jedno wytłumaczenie:
oportunizm i pragnienie osobistej korzyści. Pamiętajmy, że w językach romańskich
Sejm nazywa się Dieta.
Te wizytówki i szyldziki o pustych desygnatach służą tylko jednemu:
przyciągnięciu konsumentów na rynku politycznym, kwalifikujących się jako
"target" dla handlarzy starzyzną w "nowych" opakowaniach, ale przecież
przywołujących miłe skojarzenia z "pasztetem babuni". W całości ta oferta, jaką
widzimy w programie "2011", świadomie skonstruowana jest tak, jak model do
składania dla jakiegokolwiek odbiorcy, bez żadnej tożsamości, niezakorzenionego
w niczym i gdziekolwiek; można by ją przedstawić w dowolnym kraju na ziemi,
zastępując tylko innymi słowa "Polska" i "Polacy", i nic innego nie trzeba
byłoby zmieniać. Pijarowskim mamidłem jest tu w szczególności wielokrotne użycie
modnego słówka "kreatywność", które w kilku wariantach leksykalnych wybijane
jest w tym programie z monotonią klekotu tybetańskiego młynka aż 28 razy. Jak
wiadomo, łacińskie creatio można w języku polskim tłumaczyć zarówno jako
"stwarzanie", czyli powoływanie czegokolwiek do istnienia z niczego (ex nihilo)
– co wszelako jest wyłącznym atrybutem Boga – Stwórcy, jak i jako "tworzenie"
czegoś, czyli formowanie z jakiegoś tworzywa według wzoru rzeczy w umyśle – co
dostępne jest człowiekowi. Ale szarlatanom takie zwykłe "tworzenie" czy bycie
"twórczym" wydaje się zbyt pospolite, żeby dało się to dobrze sprzedać: omamić i
otumanić elektorat można tylko brzmieniem słowa bardziej ekscytującego, bo
niezupełnie zrozumiałego, ale za to sugerującego coś szalenie "nowoczesnego" i
"trendy".
Świetliki i orliki, czyli symulakr
W gruncie rzeczy o wiele bardziej adekwatnym narzędziem opisu tej
niby-rzeczywistości, którą epatują autorzy programu "2011" przy pomocy
"kreatywności" i bardziej infantylnych (to też znak czasu) świetlików czy
orlików, tudzież wielu wykresów i słupków, byłoby inne modne słówko: "symulakr"
(łac. simulacrum), wprowadzone przez Jeana Baudrillarda na oznaczenie
"ponowoczesnej" emancypacji znaku od świata rzeczywistego. Niegdyś znaki, mniej
czy bardziej złożone, pełniły przede wszystkim funkcję referencyjną względem
skrywanej przez nie, lecz faktycznie istniejącej, rzeczywistości. Symulakry
natomiast skrywają, iż rzeczywistość nie istnieje; symulują tylko rzeczywiste
istnienie, tak aby niemożliwe stało się rozróżnienie i odgraniczenie porządku
bytowego od natłoku znaków. Skutek jest taki, że człowiek współczesny żyje w "hiperrealności",
zatracając zdolność do oparcia się o to, co naprawdę realne i skazany na
egzystencję "ikonolatry" oddającego cześć symulowanym obrazom, produkowanym w
systemie pozorowania przez matryce i moduły pamięci, a powielanym w
nieskończoność przez systemy operacyjne.
Tajemnicą dotychczasowego powodzenia Platformy Obywatelskiej (czy może raczej
ukrytych sterowników tego porządku pozorowania) jest zastosowanie po raz
pierwszy w Polsce tego "symulakrycznego" narzędzia uprawiania ponowoczesnej "postpolityki"
do budowania urzeczywistnionego już na Zachodzie "Kryształowego Pałacu". Tą
metaforą, nawiązującą do słynnej, gigantycznej i klimatyzowanej budowli ze szkła
i żelaza, zbudowanej w 1851 roku w londyńskim South Kensington na potrzeby
Wielkiej Wystawy Powszechnej, a po jej zamknięciu rozebranej, posłużył się Peter
Sloterdijk dla opisania świata konsumeryzmu, wypranego z wszelkich wyższych
uczuć, wartości i odniesień; świata, w którym panuje sztucznie wytworzony klimat
wyłącznie letnich temperatur. Postpolitycznym wykładnikiem tej tendencji
"zrównywania temperatur" jest właśnie przymus zmierzania wszystkich sił
politycznych ku nijakiemu "centrum" – jak się okazuje jednak, dodajmy, owo
centrum faktycznie realizuje środkami "miękkimi" wszystko to, co czego pragnęła,
ale wskutek swej budzącej opór gwałtowności ("tymotyczności", jak mówi z grecka
Sloterdijk) nie była ostatecznie w stanie osiągnąć, "stara",
komunistyczno-totalitarna lewica. Taki właśnie jest punkt docelowy
"kreatywności", którą kusi Platforma Obywatelska, acz może raczej stosowniejszą
jego nazwą – z uwagi na stan "Polski w budowie" – byłby "Kryształowy Barak".
Świat bez Boga, bez respektu dla prawa naturalnego, bez tradycji, bez
tożsamości, bez pamięci historycznej, bez autentycznej kultury, ale za to
nieskończenie pełen "symulakrycznych" iluzji dobrobytu, beztroski, przyjemności
i wygody.
Prof. Jacek Bartyzel
politolog Uniwersytet Mikołaja Kopernika
Autor jest kierownikiem Katedry Hermeneutyki Polityki na Wydziale
Politologii i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w
Toruniu.
