Krążenie nad Warszawą było najtrudniejsze

Z o. Piotrem Chyłą CSsR, wikariuszem prowincjała Warszawskiej
Prowincji Redemptorystów, pasażerem lotu 016 z Newark do Warszawy, rozmawia
Piotr Czartoryski-Sziler

Sporo czasu spędza Ojciec w samolotach. Zdarzyło się Ojcu wcześniej
awaryjne lądowanie?

– Latam od lat, boję się mówić, że te loty trzeba liczyć w setkach, ale na pewno
w dziesiątkach. Nigdy jednak wcześniej nie zmierzyłem się z rzeczywistością
jakiejś awarii, podczas tamtych lotów nie doszło do żadnych obiektywnych
trudności związanych z czymś niebezpiecznym, nie mówię tu oczywiście o jakichś
drobnych turbulencjach, co jest rzeczą naturalną. Teoretycznie każdy z nas wie,
że podczas lotu zawsze może dojść do jakichś nieprzewidzianych sytuacji,
informują nas o tym także instrukcje samolotowe, natomiast nikt chyba nie
przypuszcza, że może się to wydarzyć akurat podczas tego lotu, w którym
uczestniczymy.

O usterce dowiedział się Ojciec dopiero po wylądowaniu?
– Tak. Nie przypominam sobie, żeby był taki komunikat w czasie lotu, mogłem
oczywiście go nie słyszeć, bo przez jakiś czas spałem. Lot jednak przebiegał
spokojnie, klasycznie – od posiłku do posiłku, i nic w ogóle nie zapowiadało
takiego problemu. Nawet po zachowaniu obsługi nie było widać, że coś
niepokojącego może dziać się z samolotem. Dopiero kiedy ogłoszono – chyba jakąś
godzinę przed lądowaniem – że będzie ono awaryjne, zauważyłem cień skupienia na
twarzach stewardes. Podkreślam jednak – skupienia, nie jakiegoś paraliżu czy
paniki. Od tej pierwszej decyzji kapitana o lądowaniu awaryjnym do dotknięcia
przez maszynę pasa minęło kilkadziesiąt minut. Gdy krążyliśmy nad Warszawą,
wiedzieliśmy już, że lądowanie nie będzie typowe. Później nastąpiła zdecydowana
akcja przygotowania nas do lądowania.

Jak reagowali pasażerowie? Komunikat o lądowaniu awaryjnym na pewno jest
przekazem niepokojącym.

– Na pewno. Słyszałem w mediach, jak ktoś się wypowiadał, że na pokładzie była
panika, jakieś krzyki. Jak wiadomo, samolot podzielony jest na przedziały, ja
siedziałem w centralnej części samolotu (miałem siedzenie 18 E), widziałem
skrzydło i silnik. Nie przypominam sobie, żeby w moim otoczeniu były jakieś
krzyki czy oznaki paniki.

Mówił Ojciec w Telewizji Trwam, że taki lot zapada w pamięć.
– Każda sytuacja, która w jakiś sposób narusza podstawowy instynkt ludzki –
myślę tu o instynkcie przeżycia – jest tak mocna, że zostawia w człowieku jakiś
ślad. Naprawdę nie wierzę, że można było ten lot przeżyć luźno, spokojnie, bez
jakiejś refleksji. Nie mogę wypowiadać się za innych pasażerów, ale osobiście
przeżyłem go bardzo mocno, bo to jest sytuacja, która stawia człowieka, przy
całym pozytywnym nastawieniu i przekonaniu, że wszystko będzie dobrze, w obliczu
konieczności – powiedzmy sobie szczerze – podliczenia życia i przygotowania się
na stanięcie przed Bogiem. Następuje tutaj wyraźny moment wartościowania życia.
W zależności od osobistego powołania – ktoś na tym pokładzie był ojcem rodziny,
ktoś matką dzieci, mężem, żoną, kapłanem, wszyscy mieli jakieś plany na
przyszłość – życie staje się nagle dla nas ostre i wyraźne.

Dwukrotnie udzielił Ojciec rozgrzeszenia pasażerom samolotu. Miał więc
Ojciec świadomość, że lot może nie skończyć się szczęśliwie?

– Myślę, że wielu pasażerów miało tę świadomość. Proszę sobie wyobrazić, że
samolot o wadze 120 ton, który zniża się z prędkością kilkuset kilometrów na
godzinę, wyląduje bez kół. Aż za wiele jest tu przesłanek dla wyobraźni, że coś
może się wydarzyć. Siedziałem w pobliżu wyjścia awaryjnego, niedaleko mnie
siedział jeden pan. Stewardesa poprosiła nas, żebyśmy pomogli w ewakuacji, gdy
zostaną otworzone tamte drzwi, oczywiście pod warunkiem, że nie wybuchnie pożar.
Kiedy samolot wylądował, te drzwi nie zostały otworzone, bo był w tamtym miejscu
dym, ewakuowano ludzi drzwiami z przodu i tyłu samolotu.

Widział Ojciec ogień przy silniku?
– Nie, tylko dym. Gdy zobaczyłem w telewizji lądowanie naszego samolotu, zdałem
sobie sprawę, że ognia nie mogliśmy widzieć, bo był u podstawy. Obserwowaliśmy
jedynie dym. Pilot wylądował tak miękko jak na gąbce, myśleliśmy, że jakimś
cudem to podwozie wyskoczyło, a dym pojawił się przy hamowaniu.

Co czuł Ojciec, gdy samolot dotknął ziemi?
– Przygotowywano nas na uderzenie i huk. Kazano maksymalnie zapiąć pasy, zaprzeć
się nogami, głowę schylić na kolana i rękami przykryć głowę. Jeśli ktoś leciał
samolotem, to wie, że jest to pozycja awaryjna, opisana w ulotce, która zawsze
jest zamieszczona, a którą mało kto czyta. W chwili lądowania była cisza, która
uderza w samo serce. Można powiedzieć, że zawierała ona potężny ładunek emocji.
Najgorsze było bowiem samo czekanie na lądowanie, człowiek próbował
racjonalizować emocje, a z drugiej strony po prostu chwycić się Pana Boga, nie
ma innej drogi. Jeśli ktoś otrzymał dar wiary, pielęgnuje go i ta wiara jest w
nim żywa, potrafi w jej świetle patrzeć na pewne zdarzenia. Doświadczyłem tego
tamtego dnia.

Miał Ojciec przy sobie relikwie bł. Ojca Świętego Jana Pawła II.
– To prawda. Miałem przy sobie relikwie dwóch świętych osób – kosmyk włosów
błogosławionego Ojca Świętego Jana Pawła II oraz kawałek ubrania św. Joanny
Beretty Molli. To są moje osobiste relikwie, które zawsze mam ze sobą. Każdego
dnia dotykam tych relikwii i przez wstawiennictwo tych świętych polecam moje
życie, tak było również 1 listopada. Tamten lot interpretuję dwubiegunowo.
Pierwszym biegunem jest natura ludzka, tzn. kunszt, profesjonalizm i wyćwiczenie
pilota i doskonała postawa załogi, jeśli chodzi o ich podejście do procedury
lądowania awaryjnego. Do tego trzeba jeszcze dodać, że sprzyjały nam warunki
atmosferyczne i służby naziemne miały czas w odpowiedni sposób przygotować
lotnisko. Drugim biegunem jest Opatrzność Boża, co dodaje piękna całości tej
sytuacji. Jestem bombardowany przez media, którym ten czynnik wiary niestety się
wymyka, podchodzą do sprawy czysto statystycznie, matematycznie, a przecież
oczywiste jest, że Pan Bóg nas prowadził. Z tego, co wiem, tego zdania jest
również pan kapitan Tadeusz Wrona. Ktokolwiek był na pokładzie, a wierzy w Pana
Boga, zapewne również tak myśli. Dla pełni obrazu tamtego wydarzenia zawsze
trzeba łączyć te dwa bieguny.

Przed lądowaniem Boeinga 737 z bazy w Łasku poderwały się myśliwce F-16.
Widział je Ojciec?

– Zobaczyłem F-16 dopiero wtedy, gdy już wylądowaliśmy i byłem poza samolotem.
Spojrzałem w niebo, akurat przelatywały, natomiast gdy byłem jeszcze na
pokładzie Boeinga 767, absolutnie nie zdawałem sobie sprawy z ich obecności koło
nas. To nie zostało nam ogłoszone, zresztą chyba nie było takiej potrzeby.

Na amatorskich filmach widać, jak po wylądowaniu pasażerowie rozbiegają
się po płycie lotniska. Taka była instrukcja?

– Instruowano nas, że trzeba jak najszybciej opuścić samolot. Nie kojarzę już,
czy mówiono też, żeby się od niego oddalić, to było raczej naturalne. Chodziło o
to, żeby innym nie przeszkadzać, a ponadto leciała już na nas piana z wozów
strażackich. Poza tym człowiek ma w głowie zakodowane, że taki samolot ma w
bakach tony paliwa i żeby być bezpiecznym, trzeba się oddalić. Byliśmy wszyscy
bardzo zmęczeni, gdy wychodziliśmy z samolotu, ale ogromnie szczęśliwi, że
żyjemy.

W jaki sposób zaopiekowano się pasażerami po wylądowaniu?
– Opieka była natychmiastowa, przewieziono nas wszystkich do tzw. saloniku
VIP-ów, widziałem na ścianach nazwy: "salonik prezydencki", "salonik
senatorski". Mieliśmy tam wszystko, co potrzeba, mogliśmy się napić, posilić,
przede wszystkim była opieka lekarzy, których było bardzo wielu, tak samo
pielęgniarzy i pielęgniarek. Awaryjne lądowanie samolotu to trudne wydarzenie
dla służb portu lotniczego, nie da się wszystkiego przewidzieć, tym bardziej że
było to pierwsze awaryjne lądowanie bez podwozia w dziejach PLL LOT.

Nie będzie Ojciec bał się latać po tym wydarzeniu?
– To nie jest tak, że ja się niczego nie boję, przeciwnie, boję się wielu rzeczy
i zawsze, kiedy lecę, jest we mnie lekki dreszczyk. Natomiast dalej będę
korzystał z samolotu, bo patrzę na życie przez pryzmat innych wartości, wierzę w
to, że Pan Bóg nim kieruje. Oczywiście mimo że samolot to fenomenalny środek
przemieszczania się, człowiek zawsze będzie miał świadomość, że w powietrzu jest
bezradny. Pozostaje jednak wiara i ufność w Opatrzność Bożą. Podczas lądowania
na Okęciu prosiłem Pana Boga, jak potrafiłem, żeby wszystko skończyło się
szczęśliwie.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj