Konkurencja „czyści” rynek?

Co trzeba mieć, by pozbyć się biznesowej konkurencji, zwłaszcza na rynku raczkującej branży IT w Polsce?

Spektakularne i medialnie nagłośnione zatrzymanie przez policję na polecenie prokuratury prof. Janusza Filipiaka, prezesa ComArchu, tylko po to, by zarzucić mu „pomocnictwo w antydatowaniu dokumentu”, jest nieadekwatne do wagi zarzutów. Czy to pretekst, by doprowadzić do upadłości firmy branży IT?

Prezes firmy ComArch SA i prezes klubu piłkarskiego MKS Cracovia prof. Janusz Filipiak został zatrzymany przez policję, wrzucony do radiowozu i przewieziony do prokuratury na polecenie krakowskiego śledczego, który zadecydował o zastosowaniu takich środków tylko po to, by postawić Filipiakowi, profesorowi krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, zarzut pomocnictwa w antydatowaniu kontraktu byłego piłkarza Cracovii Pawła Drumlaka oraz działania na jego szkodę poprzez naruszanie praw pracowniczych. „Pełnomocnictwo w antydatowaniu dokumentu” – to bez wątpienia niezwykle „groźne przestępstwo” wymagające natychmiastowego zatrzymania. Co bowiem może zrobić podejrzany? Zjeść feralny dokument albo zużyć wkład w długopisie, którym rzekomo antydatował piłkarski kontrakt. Zwłaszcza w kontekście tego, że takich środków śledczy nierzadko nie stosują w sprawach dotyczących podejrzenia, gwałtu, molestowania czy wielomilionowych afer gospodarczych. W tych, w których Skarb Państwa mógł stracić wiele milionów złotych, prokuratorzy przesyłają najczęściej wezwania listem poleconym za potwierdzeniem odbioru lub telefonicznie proszą o stawiennictwo w prokuraturze. Niekiedy też, w dużo poważniejszych niż „antydatowanie piłkarskiego kontraktu” sprawach, jak choćby tej dotyczącej Ryszarda Krauzego z innej firmy komputerowej, Prokom, nie decydują się na wnioskowanie o sankcję tymczasowego aresztowania, choć podejrzany unikał stawienia się w prokuraturze i realna była groźba mataczenia.


Prokuratury nie stać na list polecony?


Dlaczego więc prof. Filipiakowi nie przesłano wezwania do stawiennictwa w prokuraturze i w takim trybie nie przedstawiono mu zarzutów? Zwłaszcza że te – jak „antydatowanie dokumentu” i „przestępstwa pracownicze” – nawet jeśli mają uzasadnienie w materiale dowodowym, nie są ciężkiego kalibru.

Niewykluczone więc, że chodziło o urządzenie medialnego widowiska, nagłośnienie sprawy zatrzymania prezesa ComArchu, zaprezentowanie jego wizerunku z przesłoniętymi oczyma niczym pospolitego złodziejaszka, dlatego że w grę wchodziła konieczność zaszkodzenia firmie i wyeliminowania groźnego rywala z rynku. Być może również dlatego, zanim doszło do zatrzymania Filipiaka, nieoficjalne informacje mówiące o tym, że prezes ComArchu zostanie zatrzymany, „przeciekły” do niektórych dziennikarzy. Być może również dlatego „nieoficjalne” przecieki z kręgów zbliżonych do organów ścigania nieprawdziwie głosiły, iż chodzi o korupcję, na którą wszak opinia publiczna w Polsce jest szczególnie uwrażliwiona.

W państwie prawa kwestię zastosowania przez prokuraturę nieadekwatnych środków – a z takim przypadkiem mamy do czynienia w sprawie właściciela ComArchu – zbadałoby kierownictwo resortu sprawiedliwości. W państwie prawa. W Polsce tak się nie stanie. Minister sprawiedliwości najprawdopodobniej nie kiwnie nawet palcem w sprawie Filipiaka. Jest zbyt zajęty szukaniem kwitów na swojego poprzednika Zbigniewa Ziobrę. Na inne sprawy nie ma czasu, co dobitnie pokazał jego udział w zjeździe stowarzyszenia sędziów w sobotę w podpoznańskim Kiekrzu, gdzie nie potrafił przedstawić żadnej interesującej dla tej grupy zawodowej propozycji rozwiązania kwestii zbyt niskich wynagrodzeń, choć od pierwszych protestów sędziów minęło wiele tygodni i miał wystarczająco dużo czasu, by opracować kilka negocjacyjnych propozycji.


Kazus Kluski


Sprawy bezzasadnego aresztowania w lipcu 2002 r. Romana Kluski, prezesa Optimusa, zatrzymania w czerwcu 2006 r. właścicieli poznańskiego Bestcomu na kilka dni przed uruchomieniem systemu dającego im pozycję lidera na rynku, wreszcie zatrzymania w minioną sobotę prezesa innej firmy branży IT ComArch SA prof. Janusza Filipiaka, którego prężnie rozwijające się przedsiębiorstwo zagrażało gigantom informatycznym w Polsce, pokazują, że być może wystarczą polityczne plecy i wpływy w prokuraturze, by pozbyć się konkurencji. Niewiele bowiem trzeba, by zniszczyć przedsiębiorcę i jego firmę. Gdy nie ma dowodów na popełnienie przestępstwa karnego, zawsze można zarzucić przedsiębiorcy nieprawidłowości księgowe w postaci krzywo postawionego podpisu na fakturze, nieprawidłowości pracownicze, bo zawsze znajdzie się niezadowolonych.

Medialnie nagłośniona „afera” owocuje utratą zaufania kontrahentów, dostawców, odbiorców, wpływa na „zdolność kredytową” przedsiębiorstwa w bankach, a w efekcie, jeżeli nawet nie natychmiastowym upadkiem firmy, to przynajmniej utratą przez nią dużego segmentu rynku i bankructwem w dłuższej perspektywie czasowej.

Model – jaki zastosowano w przypadku Romana Kluski, skutecznie powtórzono w sprawach JTT Computer, a później głośnej sprawie Bestcomu, w której od ponad dwóch lat prokuratura uniemożliwia przedsiębiorcom powrót do pracy w branży, choć jednocześnie nie jest w stanie zebrać dowodów pozwalających na przedstawienie im aktu oskarżenia – być może znalazł swoje zastosowanie również w sprawie krakowskiego ComArchu.


Wojciech Wybranowski
drukuj