Koło ratunkowe z chińskim zaworem
Po dziesięciu godzinach obrad, przed godziną czwartą nad ranem, przywódcy
eurostrefy uzgodnili wreszcie plan ratunkowy dla wspólnej waluty. Dług Grecji
wobec banków ulegnie redukcji o 100 mld euro, tj. o połowę. Banki będą musiały
się dokapitalizować, aby przetrzymać szok wywołany przez tak potężne straty, a
Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej, który ma zapewnić kurtynę ogniową
przed dalszym rozprzestrzenianiem się kryzysu, zostanie zwiększony z 440 mld
euro do ponad 1 bln euro, m.in. dzięki pozyskiwaniu kapitału państwowego z Chin
i innych krajów wschodzących.
– Eurostrefa nareszcie przyznała, że nie zdoła o własnych siłach wyjść z kryzysu
– skomentowała decyzje szczytu francuska AFP. W jej ocenie, EFSF własnymi siłami
mógłby zebrać maksymalnie 1,3 bln euro, to zaś za mało, by powstrzymać pożar
eurostrefy. Dług samych Włoch, które po Grecji są najbardziej narażone na zapaść
finansową, sięga 1,9 bln euro, tj. 120 proc. PKB. Zwiększenie możliwości
pożyczkowych EFSF do 1-2 bln euro nastąpi przez lewarowanie, bez udziału
finansowego państw eurostrefy, które utworzyły Fundusz. EFSF będzie miał prawo
ubezpieczać część strat inwestorów na obligacjach zagrożonych krajów eurostrefy,
a jednocześnie będzie mógł ściągać do Europy kapitał z globalnych rynków
finansowych, nie tylko prywatny, ale także państwowy. Europa liczy na kraje
wschodzące, w tym Chiny i państwa Zatoki Perskiej.
Dziś szef EFSF Klaus Regling uda się na rozmowy do Chin, które dysponują 3,2 mld
dolarów rezerw walutowych, w weekend zaś odwiedzi Japonię z zamiarem namawiania
obu krajów, by dokapitalizowały EFSF. Wczoraj prezydent Nicolas Sarkozy miał
rozmawiać na temat chińskiej pomocy z przywódcą Chin Hu Jintao. Nie padła na
szczycie konkretna kwota, do jakiej mają wzrosnąć możliwości pożyczkowe
Funduszu, wiadomo jednak, że muszą one sięgać znacznie ponad bilion euro.
Dotychczasowe zaangażowanie Chin w europejskie papiery dłużne oceniane jest na
500 mld euro. Japonia od początku roku zainwestowała 2,6 mld euro, osiągając
20-procentowy udział w papierach dłużnych wyemitowanych przez EFSF.
Chińska odnoga
– Wyjazdy do Chin po prośbie są zapewne zabiegiem marketingowym przed szczytem
G20. Warunkiem Chin może być tylko otwarcie rynku UE dla ich towarów, a więc
nasilenie problemów gospodarczych Europy – zwraca uwagę dr Cezary Mech,
finansista.
Przywódcy eurostrefy postanowili zredukować dług Grecji wobec banków o 100 mld
euro do 2020 roku. Oznacza to, że spadnie on z 350 do 250 mld euro, osiągając w
2020 r. 120 proc. PKB. Obecnie dług Grecji sięga 162 proc. PKB, przy czym cięcia
budżetowe rządu w Atenach i związana z tym recesja gospodarcza nie tylko nie
zmniejszyły poziomu zadłużenia, ale spowodowały jego wzrost o dalsze 60 punktów
procentowych. Redukcja długu oznacza, że wykup greckich obligacji przez całe
dziesięciolecie będzie się odbywał za pół ceny, z 50-procentową stratą po
stronie banków. Jest to minimum tego, co postulowała trojka, czyli
przedstawiciele Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i
Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którzy na miejscu w Atenach badali
możliwości spłacania zadłużenia przez Grecję. Grecja wróci zatem na
międzynarodowy rynek obligacji dopiero w 2021 roku.
– Jeśli uda nam się szybko wdrożyć reformy, może to nastąpić prędzej – ocenił
premier kraju Jeorjos Papandreu.
– Redukcja długu obejmie 50 proc. długów wobec banków, a nie całego długu Grecji
– zwraca uwagę Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK. W efekcie Grecja będzie
nie pełnym, lecz "półbankrutem". Jego zdaniem, różnica między obecnym
zadłużeniem Grecji na poziomie 160 proc. PKB a zredukowanym do 120 proc. PKB
jest nieistotna, ponieważ i jeden, i drugi poziom przekracza możliwości
spłacenia, zwłaszcza gdy grecka gospodarka jest w recesji.
Lawina redukcji
– Redukcja długów greckich właśnie do 120 proc. PKB, a nie większa, wynika z
obawy, że także inne kraje eurostrefy wystąpią o redukcję zadłużenia. To wytrąca
argument Włochom, których dług wynosi właśnie 120 proc. PKB – uważa Jerzy
Bielewicz, finansista. Podkreśla, że hipokryzją jest kazać Grekom spłacać tak
wysokie zadłużenie, gdy jednocześnie w strefie euro za "bezpieczny poziom"
przyjęto w tzw. sześciopaku dług nie większy niż 60 proc. PKB.
Redukcja greckiego zadłużenia oznacza 50-procentowe straty dla sektora bankowego
i wymaga przygotowania europejskich banków na związany z tym szok. Przywódcy
zdecydowali o obowiązkowym dokapitalizowaniu instytucji bankowych, które
posiadają w portfelach greckie obligacje. Będą one musiały spełnić podwyższone,
9-procentowe kryterium płynności. Dokapitalizowanie może nastąpić przez
konwersję kapitału lub dokapitalizowanie przez akcjonariuszy (np. poprzez
niewypłacenie dywidendy i przekazanie jej na kapitał własny banku). Jeśli bank
sobie nie poradzi z rekapitalizacją, zostanie dokapitalizowany przez państwo, w
którym ma centralę, i częściowo znacjonalizowany. W ostateczności, gdy i ta
droga zawiedzie, z pomocą pospieszy EFSF. Operacja rekapitalizacji musi zostać
zakończona do czerwca.
Europejski Urząd Nadzoru Bankowego (EBA) szacuje, że banki będą potrzebowały
ponad 106 mld euro dodatkowego kapitału. Najwięcej, bo aż 30 mld euro, muszą
uzyskać banki greckie, kolejne 26 mld euro – hiszpańskie, około 14 mld euro –
włoskie, niespełna 9 mld euro – francuskie. Dokapitalizowania potrzebują też
banki niemieckie, szwedzkie oraz duńskie. EBA nie wymienił wśród zagrożonych
banków polskich.
Kto zarobi na spłatę
Wyniki szczytu eurostrefy zostały przyjęte z ulgą przez rządy i instytucje
finansowe na całym świecie, jednak w opinii wielu komentujących są one zaledwie
chwilowym ratunkiem dla strefy euro.
– Postanowienia szczytu są ratunkiem na krótką metę, ale nie rozwiązują
problemów eurostrefy, takich jak zadłużenie przy braku wzrostu. Żeby spłacić
długi, nie wystarczy mniej jeść, trzeba jeszcze zarabiać – podkreśla Szewczak.
– Porozumienie w eurostrefie nie rozwiązuje problemu braku optymalności strefy
walutowej. Jest tylko pewnym spóźnionym etapem chwilowego rozładowywania napięć,
tak aby szczyt G20 w Cannes 3-4 listopada mógł przez prezydenta Sarkozy´ego
zostać ogłoszony jako kolejny sukces – komentuje dr Cezary Mech. Były
wiceminister finansów zwraca uwagę, że w efekcie ustaleń Niemcy nie zgodziły się
na euroobligacje, formalnie nie podniosły swojego wkładu finansowego, a jedynie
zwiększyły ryzyko środków w Funduszu Stabilizacyjnym. – Rynek to wycenił jako
wzrost kosztów obsługi długu niemieckiego o 8 punktów bazowych. Jednocześnie
włoski dług w wysokości 1,9 bln euro przedstawia nadal olbrzymie ryzyko, w
sytuacji kiedy rentowność obligacji dziesięcioletnich wynosi 5,81 proc., a
niemieckich tylko 2,11 proc. – zwraca uwagę finansista. Batalia, która teraz się
rozgrywa, dotyczy – jak podkreśla ekspert – tego, na ile uda się zmusić Włochów
do oszczędności, aby mniejszy rachunek musiała zapłacić decydująca dwójka UE.
Na szczycie premier Silvio Berlusconi zaprezentował listę zobowiązań włoskiego
rządu zmierzających do ustabilizowania finansów tego kraju. Przewidują one
ułatwienia dla pracodawców w zwalnianiu pracowników i zmianę zasad zawierania
kontraktów na czas nieokreślony, reformę emerytur i wydłużenie wieku
emerytalnego do 67 lat w 2026 r., prywatyzację majątku publicznego na kwotę co
roku 5 mld euro, deregulacje w handlu i dystrybucji paliw oraz obcięcie środków
na administrację. Berlusconi przypomniał, że także uchwalony wcześniej plan
oszczędnościowy przyniesie budżetowi ok. 60 mld euro oszczędności do 2014 roku.
– Stworzyliśmy warunki do osiągnięcia równowagi już w 2013 r. – oświadczył
premier Włoch. Liderzy innych włoskich partii nie podzielają jednak tego zdania,
a propozycje rządu Berlusconiego określają mianem "aktu desperacji" i "księgi
marzeń".
– Włosi bynajmniej nie są bierni. Uzyskali dla Włocha stanowisko szefa EBC, aby
upewnić rynek co do istotności Włoch dla eurostrefy, a równocześnie – mimo
irytacji ze strony prezydenta Sarkozy´ego – nie chcą ustąpić miejsca w zarządzie
EBC – zwraca uwagę dr Mech. Na dodatek desygnując na szefa Banku Centralnego
Włoch Ignazia Visco, zagwarantowują sobie, że w zamieszaniu, które nie wiadomo,
jak się zakończy, bank ten będzie ściślej współpracował z ministrem finansów niż
z włoskimi członkami EBC – ocenia finansista.
Małgorzata Goss
