Kolejna próba osłabienia państwa
Od kilku tygodni przewija się po korytarzach Kancelarii Prezesa Rady
Ministrów dyskusja na temat przyszłości Krajowej Szkoły Administracji Publicznej
(KSAP) – flagowej jednostki kształcącej urzędników.
Współczesne Collegium Nobilium
Powołana mocą ustawy z 1990 r., u progu odzyskanej niepodległości, KSAP miała w
swoim zamyśle kształcić urzędników państwowych odrodzonej Rzeczypospolitej. Tak
też się wtedy stało. Nową kadrę pedagogiczną kompletowano w oparciu o ludzi
nieuwikłanych w stare partyjno-postsowieckie układy. Słuchacze byli rekrutowani
spośród młodych ludzi, którzy nie byli kształtowani przez upadły reżim. Limit
wieku dla kandydatów do nauki w KSAP określony był bardzo nisko i wynosił 27
lat. Chodziło o to, by byli to ludzie, którzy ukończyli studia w okresie, gdy
upadała PRL i rodziła się III RP. Miała to być nowa elita państwowa. O
absolwentach KSAP mówiono wtedy, nieco złośliwie, wśród starych urzędników, że
są to Ksaperzy. Mieli rozminować teren administracji po PRL. Trzeba zaznaczyć,
że to główne zadanie powołania KSAP w bardzo dużym stopniu zostało zrealizowane.
Wśród dyrektorów generalnych ministerstw i wśród dyrektorów departamentów
absolwenci KSAP stanowią najliczniejszą grupę identyfikowaną ze wspólnym źródłem
uzyskania kształcenia przygotowującego do pracy w administracji państwowej.
Absolwenci KSAP wytworzyli w sposób naturalny własny kod identyfikacyjny, szybko
przechodzą na relacje bezpośrednie, wzorem anglosaskim (stosowanym również w
wielu instytucjach europejskich) pomijają formalne zwroty w kontaktach
służbowych. Wytworzyli wpływową grupę znających się dobrze między sobą
urzędników. W 1995 r., jako słuchacz piątej promocji KSAP, zainicjowałem z
kilkoma kolegami z mojej promocji cykliczne spotkania słuchaczy z absolwentami.
Było nas wszystkich wtedy zaledwie dwustu. Dzisiaj jest ponad tysiąc, a
spotkania te trwają do chwili obecnej, 23. już promocji KSAP.
Nie jest to zarazem grupa uwikłana w partyjne zależności. Nie sposób
przypisać absolwentów KSAP jako grupy zawodowej urzędników do jakiejkolwiek
partii politycznej czy też wskazać na dominujące poglądy polityczne w tej
grupie. Fakt ten jest jednym ze źródeł siły tego środowiska. Zarazem
apolityczność stanowi dowód spełnienia jednego z głównych powodów powołania
ponad 20 lat temu KSAP – stworzenia w Polsce propaństwowej elity urzędniczej,
służącej rządowi i stałym interesom państwa polskiego, a nie działającej "na
telefon" od partyjnego funkcjonariusza. Ta zmiana miała być jedną z największych
zmian mentalnych polskiego życia publicznego. Nikt w czasie kształcenia nie
sugerował żadnych sympatii politycznych, szanowano zarazem fakt, że wśród
dorosłych ludzi przygotowujących się do służby publicznej rozmowy o polityce są
czymś normalnym. Nikt nie zabraniał też okazywania swoich sympatii politycznych,
ale wyraźnie nakazywano szacunek dla państwa. Nie jest zbiegiem okoliczności, że
niepisanym patronem szkoły stał się w ostatnim czasie absolwent pierwszej
promocji Władysław Stasiak, wzorowy urzędnik, dyrektor departamentu NIK, szef
Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. 10 kwietnia 2010 r. zginął w Smoleńsku
wraz z prezydentem RP. Jego imieniem nazwano jedną z głównych sal w budynku KSAP.
Każdy, kto znał tego absolwenta KSAP, doskonale wiedział, że jego wiedza na
temat państwa i zasad jego funkcjonowania oraz skuteczna naprawa tych zasad były
motorem jego życia zawodowego. Nawet jeśli ktoś nie lubił takiej czy innej
zmiany politycznej w Polsce ostatnich lat, to jednak szanował kompetencje i
propaństwowe zaangażowanie wielu absolwentów KSAP.
Wciąganie KSAP w układy partyjne
W ramach kształcenia, a także w wyniku normalnego rozwoju każdego człowieka
słuchacze i absolwenci szkoły kontaktują się z różnego typu czynnymi politykami,
wykładowcami – byłymi politykami, wysokimi rangą urzędnikami, którzy nie
ukrywają przecież swoich poglądów. Od samego początku kształcenia w KSAP
zwracano uwagę na konieczność zerwania formalnych związków politycznych, zakaz
pełnienia funkcji politycznych przez urzędnika państwowego. Pomimo tego
imperatywu i użyteczności istnienia samej szkoły, przez wielu porównywanej w
pierwszych latach istnienia do Collegium Nobilium, co kilka lat dochodziły z
kancelarii premiera groźby jej rozwiązania. Pierwszy raz miało to miejsce za
czasów koalicji PSL – SDRP, później podczas rządów SLD, w roku 1995. Szczególnie
wyraźnie mówiono o zmianie statusu szkoły i ustawie o KSAP po zwycięstwie
Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich. Rok po rozpoczęciu piątej
promocji nauki w KSAP przystąpiono do zmian ustawowych mających na celu
zwolnienie kancelarii premiera z obowiązku zatrudniania absolwentów w organach
administracji państwowej. Sytuacja o tyle kuriozalna, że każdy absolwent
podpisuje pisemne zobowiązanie do odpracowania 5 lat w strukturach państwa celem
zwrócenia w ten sposób nakładów poniesionych na jego wykształcenie. Zacięcie
ówczesnych formacji postkomunistycznych na szkołę było jednak duże. Uczelnia
stawała się bowiem ośrodkiem, którego nie kontrolowali postkomuniści, mogącym
mieć w dalszej perspektywie wpływ na struktury państwa. Niezgodne to było z
panującą wtedy w rządzie zasadą, być może i dzisiaj również, że "władzy raz
zdobytej nikomu nie oddamy". Bezpośrednich, atakujących szkołę, publicznych
deklaracji ówczesnych ministrów było wiele. Twierdzono, że taka państwowa
uczelnia jak KSAP jest nikomu niepotrzebna, a może wystarczy dać pieniądze na
prywatne szkoły lub firmy – niech prywatne instytucje kształcą za pieniądze
urzędników państwowych. Prywatyzowanie życia publicznego było już wtedy w
modzie. W takiej atmosferze tę młodą, bo zaledwie kilkuletnią wtedy instytucję,
ochroniła m.in. złożona publicznie deklaracja jej ówczesnego dyrektora, a
obecnego sędziego Trybunału Konstytucyjnego, prof. Marii Gintowt-Jankowicz o
złożeniu dymisji w sytuacji, gdyby szkoła przestała mieć charakter państwowy.
Nikt oczywiście nie przejmował się wśród rządzących budżetem, słuchaczami,
samym państwem. Wiedziano jednak, że dymisja pani profesor mającej bardzo liczne
kontakty zagraniczne i wyrobioną pozycję w polskim życiu publicznym, nie
pozostanie bez echa. A przecież ówczesna koalicja ludowo-postępowa, podobnie jak
dzisiaj, bardzo pragnęła mieć wizerunek "europejski".
Pozostawiono wtedy szkołę w spokoju. Być może przyczyną ataku na te
instytucje był wtedy fakt, ze ówczesny szef NIK prof. Lech Kaczyński zatrudnił
12 absolwentów KSAP… Faktem pozostaje, że nie udało się wtedy z KSAP zrobić
przybudówki partyjnej.
Szkoła propaństwowa
Wśród absolwentów KSAP są ambasadorzy mianowani przez wielu ministrów spraw
zagranicznych w różnych rządach III RP. Zresztą absolwenci tej uczelni zasilili
gabinety, rządy i kancelarie różnych opcji. W obecnym rządzie też jest jedna
koleżanka z KSAP, mająca zresztą opinię sprawnego urzędnika stroniącego od wojen
partyjnych i koalicyjnych.
Szkoła ta nie jest od początku ani prawicowa, ani lewicowa, jest po prostu
propaństwowa. Można zaryzykować tezę, że brak ofert z kancelarii premiera dla
obecnych absolwentów, bo tego dotyczy w istocie obecny kryzys KSAP, jest
skutkiem tego, że nie dotrzymano obietnic o tanim państwie i zwolnieniu tysięcy
urzędników. Tanie państwo i odchudzenie administracji okazało się kolejną bajką
z serii "druga Irlandia". Zarówno w Irlandii, dokąd słuchacze KSAP jeździli na
staże, jak i we Francji, gdzie wyjeżdżano do tamtejszej szkoły rządowej ENA,
słuchacze podobnych szkół obcinają etaty w administracji rządowej. U nas zamiast
obcinać dziesiątki tysięcy zbędnych etatów w administracji, woli się obcinać
zatrudnienie kilkudziesięciu słuchaczy propaństwowej i rządowej zarazem szkoły.
W tym miejscu można też przypomnieć wszystkim absolwentom, że w czasie
pierwszych wielu lat funkcjonowania szkoły przypominano nam o konieczności
istnienia wśród urzędników pozytywnego poczucia obowiązków deontologicznych
esprit de corps – ducha zawodu. Gdy przez krótki czas pełniłem funkcję dyrektora
generalnego Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, mogłem podziękować za
współpracę kilkudziesięciu urzędnikom wyrosłym z pionu partyjno-klasowego
zaczynającym swoje kariery jeszcze za Władysława Gomułki. Przyjąłem w tym czasie
do pracy 10 absolwentów KSAP. Być może moje koleżanki i koledzy pełniący obecnie
ważne funkcje w administracji państwowej przypomną sobie wykłady, na których
mówiono o konieczności zmian nie tylko strukturalnych, ale i kadrowych. Od
nikogo nie można domagać się maksymalnych osiągnięć, ale zamiast licznych
aktywistów komunistycznych snujących się dziesiątkami po korytarzach
ministerialnych i polskich ambasadach, warto chyba przyjąć jednego KSAP-owca.
Tym bardziej że szykuje się wydłużenie wieku emerytalnego, a stara kadra słynie
z tego, że trudno ją oderwać od biurka dobrowolnie. Może więc warto jej pomóc w
tym, aby zrobiła miejsce dla młodych ksaperów.
Do annałów absurdów kreowanych w ostatnich latach wokół KSAP przejdzie chyba
historia o pewnym absolwencie KSAP. Otrzymał taką propozycję pracy w urzędzie,
że wolał pojechać na roboty budowlane do Irlandii. Ostatecznie znalazł pracę w
organizacji pozarządowej badającej na Atlantyku życie… rekinów. Jak widać,
polskie piranie biurokratyczne i rządowe potrafią wygryźć nawet badacza rekinów.
Można to jedynie podsumować przypomnieniem słów fraszki: "wśród serdecznych
przyjaciół psy zająca zjadły". Fraszka pochodzi z czasów I Rzeczypospolitej, z
okresu gdy w Polsce powołano Collegium Nobilium.
Dariusz Sobków
Dariusz Sobków, absolwent V promocji KSAP, b. dyrektor w Urzędzie Komitetu
Integracji Europejskiej.
