Katyń to miejsce ukrywania prawdy przez wiele lat
Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem z Uniwersytetu
Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, rozmawia Anna Ambroziak
Nie odniósł Pan wrażenia, że żal po stracie tak wielu wybitnych
ludzi, przede wszystkim prezydenta Lecha Kaczyńskiego, przychodzi za
późno?
– Niestety, Polacy są bardzo emocjonalnym narodem. Chciałbym,
by chociaż 10 procent tych emocji było w takim samym stopniu okazywanych przed
tragedią i żeby było więcej działań i myśli, a nie odruchów. Nie łudźmy się, ta
śmierć będzie na pewno wykorzystywana. Niektórzy ludzie już sobie wiele rzeczy
wybaczyli i teraz będą się domagać ciszy o tym, co było przedtem. O tym, jak
traktowano dotąd prezydenta czy tych ludzi, którzy tak zginęli. Sądzę, że
rozpacz zdecydowanej większości Polaków jest autentyczna. Ale jest też sporo
obłudy; widać to po tym, iż ludzie, którzy nie powiedzieli nigdy ani jednego
dobrego słowa o Lechu Kaczyńskim, teraz zapomnieli o tym, co mówili przez
ostatnie cztery lata. Często jest tak, że ci wszyscy, którzy mówią o
przebaczeniu, nie wyznają winy. Do tej pory był potworny nacisk, żeby o tym
prezydencie nie mówić dobrze. Dlatego nie mam żadnego szacunku do dziennikarzy,
którzy pozwalali sobie na różne obelgi pod adresem prezydenta, a teraz płaczą
nad jego śmiercią. Zauważyłem, że przeciętni ludzie zostali przez tych
dziennikarzy emocjonalnie nakręceni. Teraz ci ludzie czują, że zawinili,
ponieważ uwierzyli w to, co serwowały im niektóre media. Bo okazało się, że
prezydenta można pokazać inaczej, jako człowieka miłego i sympatycznego, mądrego
i patriotycznego, który kierował się dobrem naszego kraju najlepiej, jak
potrafił, i zgodnie z tym, jak je pojmował.
Czy jednak to poczucie winy może polaryzować całe
społeczeństwo?
– Na pewno nie. Są ludzie, którzy byli i pozostali
prezydentowi wierni. Są też tacy, którzy się z nim nie zgadzali, ale jednak
zawsze kierowali się poczuciem szacunku wobec urzędu prezydenta. Szargano nie
tylko Lecha Kaczyńskiego jako osobę, ale też pomniejszano rangę sprawowanego
przez niego urzędu. Tym samym nie szanowano tych, którzy go wybrali, i majestatu
Rzeczypospolitej.
Ta tragedia nie powinna się była wydarzyć…
– Pomijając
jakiekolwiek przyczyny – ci wszyscy ludzie nie powinni być w tym samolocie.
Kiedy podróżuje prezydent amerykański, lecą dwa samoloty, w tym jeden pusty. I
nikt nie wie, w którym jest prezydent. Gdyby tu leciały dwa samoloty, być może
rozbiłby się ten pusty. Ta katastrofa pokazuje, jakie jest państwo polskie. Nie
jesteśmy zieloną wyspą, tylko takim tupolewem…
Nie odniósł Pan wrażenia, że przekaz medialny w ostatnich dwóch
dniach był czystą manipulacją, bazował na emocjach, a zabrakło konkretów?
Podsuwa się też nieuzasadnione jak dotąd hipotezy, zanim przeprowadzono
śledztwo, że przyczyną katastrofy była mgła lub nieumiejętność
pilota…
– Kiedy dochodzi do katastrofy lotniczej, w dodatku z
najbardziej znaczącymi ludźmi na pokładzie, to pierwszą ewentualnością, jaką
należy wykluczyć, jest zamach terrorystyczny. Wtedy stwierdza się po prostu, że
nie był to zamach. I że nic nie wskazuje na to, że było to spowodowane umyślnie.
W tym przypadku nikt nie odważył się tego ludziom powiedzieć.
Istnieje takie,
być może nieuzasadnione podejrzenie, obawa. Faktem jest jednak, że to słowo jak
dotąd nie padło. Pojawiały się informacje o czterokrotnym krążeniu, o tym, że
piloci nie znali rosyjskiego, co zresztą nie jest prawdą. Myślę, że nigdy się
jednak nie dowiemy, jak było naprawdę. Najpewniej podadzą nam wersję, w którą
jakaś część ludzi uwierzy. Ale tu trzeba powiedzieć, że Katyń to miejsce
ukrywania prawdy przez wiele lat.
Pełniący obowiązki prezydent RP Bronisław Komorowski mianował na
szefa kancelarii prezydenckiej osobę spoza dotychczasowego składu.
–
Wydaje mi się to bardzo zastanawiające. I cokolwiek niezręczne. Mógł przecież
mianować innych dotychczasowych ministrów kancelarii, jak pana Sasina czy panią
Bochenek. Nie ma też potrzeby szybkiej nominacji szefa NBP, o czym się już
zresztą mówi. Tak samo jest w przypadku BBN. Czasowo funkcję szefa powinien
pełnić pan Waszczykowski. To, co się dzieje obecnie, oceniam jako rozdzieranie
dziedzictwa, które pozostało po zmarłych. Chodzi o szybkie przejęcie władzy. PO
dąży do monopolizacji rządów, z tego trzeba sobie zdawać sprawę.
To jak się
pan Komorowski teraz zachowuje, wskazuje na pewien dystans z jego strony do
całej tragedii. Poza tym myślę, że byłoby zręczniej, gdyby to pan Borusewicz
objął władzę w kraju, a nie Komorowski, który już wcześniej zgłosił swoją
kandydaturę na to stanowisko i był rywalem Lecha Kaczyńskiego. Zwłaszcza jeśli
się weźmie pod uwagę niektóre jego wcześniejsze wypowiedzi na temat zmarłego
prezydenta. Wydaje się, że pod hasłem zapewnienia ciągłości pracy państwa PO
dąży do monopolizacji władzy. Najbliższe nominacje będą niewątpliwie testem na
wiarygodność zapewnień o porozumieniu i szacunku dla zmarłego prezydenta i jego
współpracowników. Niestety, mnożą się sygnały potwierdzające złe, a nawet bardzo
złe przypuszczenia.
Dziękuję za rozmowę.
