Jestem „siostrą Herberta”
Z Haliną Herbert-Żebrowską, siostrą Zbigniewa Herberta, rozmawia
Piotr Czartoryski-Sziler
Znała Pani wiele osób, które
zginęły w tragedii pod Smoleńskiem. Przeżyła to Pani osobiście?
–
Bardzo żałuję tych wspaniałych ludzi, którzy zginęli, wielu z nich
rzeczywiście znałam osobiście – m.in. ministra Tomasza Mertę, Andrzeja
Przewoźnika, Sławomira Skrzypka, Annę Walentynowicz… Miałam zaszczyt
poznać także prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, człowieka starszego ode
mnie, który bywał na tylu imprezach, odpowiadał na niezmierzoną ilość
zaproszeń. Ich nagłe odejście to wielka strata dla Polski. No cóż, mogę
jedynie powiedzieć, że mimo wszystko póki my żyjemy, jeszcze Polska nie
zginęła.
Wierzy Pani w narodową przemianę po katastrofie?
–
Jestem raczej optymistką, ale mogę mówić jedynie o sobie, że sama
zmieniłam się na lepsze, jestem mniej radykalna.
Na wniosek
m.in. ministra kultury Kazimierza Michała Ujazdowskiego i wiceministra
Tomasza Merty Biblioteka Narodowa zakupiła archiwum Zbigniewa
Herberta…
– To było dla mnie bardzo ważne wydarzenie, a strata
ministra Merty jest nieodżałowana. Cieszę się, że archiwum znajduje się w
Polsce, wiem, że bardzo wiele osób z niego korzysta. To duży zbiór
bardzo ważnych listów, albumów, fotografii, rękopisów utworów.
Mogło
ono trafić za granicę…
– Bardzo martwiłam się o losy tego
zbioru. Były naciski na mnie i bratową, różni – często prywatni ludzie –
chcieli je kupować. Wcześniej, gdy brat żył, nawiązał kontakt z
biblioteką rzadkich rękopisów przy uniwersytecie w Yale w Stanach
Zjednoczonych, która chciała kupić jego archiwum.
Byłaby to
niepowetowana strata dla Polski.
– Oczywiście. Po śmierci Zbyszka
początkowo była zgoda ówczesnego dyrektora Biblioteki Narodowej na
sprzedaż archiwum do USA, ale pojawiły się różnego rodzaju protesty.
Ówczesny minister kultury zaproponował, żeby zostało ono w mieszkaniu,
które zamieszkiwał mój brat z żoną. Uważałam, że to niebezpieczne, aby
tak cenne rzeczy znajdowały się w prywatnym mieszkaniu. Nie chodziło
jedynie o możliwość kradzieży, ale również o względy techniczne.
Sądziłam, że musi ono trafić do jakiejś zacnej instytucji. Miałam na
uwadze dwie: Bibliotekę Narodową lub Ossolineum. Przez dłuższy czas nic
się jednak nie działo, sprawa przekazania archiwum strasznie się
ślimaczyła. Dopiero minister kultury Michał Ujazdowski i wiceminister
Tomasz Merta, ku naszemu wielkiemu zadowoleniu, przeprowadzili tę sprawę
do końca.
Należy Pani do osób, które w wyborach
prezydenckich poparły kandydaturę Jarosława Kaczyńskiego…
–
Tak. Muszę powiedzieć, że sympatię dla panów Lecha i Jarosława
Kaczyńskich datuję już od prezydentury Lecha Wałęsy. W tamtym czasie nie
wiedziałam nawet o ich istnieniu. Pierwszy raz zobaczyłam ich w
telewizji, gdy z widocznym wzburzeniem przemierzali energicznie
dziedziniec Belwederu, zmierzając ku wyjściu. Ktoś wyszedł z Pałacu
Prezydenckiego, chciał ich zawrócić, lecz stanowczo odmówili. Komentarz
do tego ciekawego obrazka był taki, że panowie Lech i Jarosław Kaczyńscy
na znak protestu opuścili Kancelarię Prezydenta. Pomyślałam sobie
wtedy, że to są jacyś dzielni młodzi ludzie, którzy nie trzymają się
kurczowo zaszczytnych, eksponowanych posad, lecz potrafią zaprotestować
przeciwko rzeczom, z którymi się nie zgadzają. Śledziłam później
działalność Lecha Kaczyńskiego, który obejmował ważne stanowiska:
prezesa Najwyższej Izby Kontroli, ministra sprawiedliwości, w końcu
prezydenta Warszawy. Wtedy po raz pierwszy na niego głosowałam. Swój
głos oddałam również na Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich w
2005 r., dlatego że był dla mnie człowiekiem o czystych rękach i
znakomicie przygotowanym merytorycznie. Byliśmy wtedy wszyscy
sfrustrowani aferami korupcyjnymi, chciało się mieć u steru państwa
kogoś o nieskazitelnej pod tym względem opinii.
Obawia się
Pani wygranej Bronisława Komorowskiego?
– Przez dwa lata swoich
rządów Platforma Obywatelska zajmowała się tropieniem nieprawidłowych
pociągnięć swoich poprzedników. Wciąż słyszeliśmy o komisjach śledczych,
np. rozpatrywane były przyczyny śmierci Barbary Blidy. Jak dotąd sprawa
nie została zamknięta. To jest nieszczęście naszych czasów, bo nie
patrzy się na to, co naprawdę ważne dla ogółu społeczeństwa, jak np.
właściwa reforma służby zdrowia.
Jakie przemiany, które
nastąpiły po 1989 r., są dla Pani ważne?
– Cieszę się, że
skończył się komunizm, że mam paszport w domu, a moja wnuczka nie uczy
się w liceum zmienionej historii, tylko takiej, jaka była naprawdę.
Muszę podkreślić – co szczególnie ważne – że Lech Kaczyński był
pierwszym prezydentem w ostatnich dwudziestu latach, który nie był
posądzany o bycie agentem!
Istnieją utwory, których Pani brat
nie opublikował, bo chciał, żeby miała je wyłącznie rodzina?
–
Nie ma takich, w archiwum w Bibliotece Narodowej jest wszystko. Przede
wszystkim olbrzymia ilość listów, bo te ogromnie lubił pisać. Samych
jego listów, m.in. do Jerzego Zawieyskiego, Jerzego Turowicza, Czesława
Miłosza czy prof. Henryka Elzenberga, jego profesora z lat
uniwersyteckich – mistrza – jak twierdził, wyszło osiem tomów. Ukazał
się także pokaźny tom, który jest zbiorem listów rodzinnych z okresu,
gdy Zbyszek przebywał za granicą. W tej korespondencji opisane są sprawy
rodzinne; Zbyszek relacjonował w nich również swoje plany, wrażenia z
podróży, omawiał, nad czym obecnie pracuje.
Zbigniew Herbert
wielokrotnie wspominał solidne przedwojenne wychowanie, które Państwo
odebrali…
– Dom był patriarchalny. Mój ojciec był prawnikiem,
ekonomistą, dyrektorem niewielkiego banku, który nosił nazwę Małopolski
Bank Kupiecki. Bank ten wspierał polską przedsiębiorczość. Zarobki ojca
były wystarczające, więc mieliśmy ten komfort, że oprócz nas, dzieci
(mieliśmy jeszcze młodszego brata, lecz zmarł w wieku 12 lat w czasie
okupacji), ukochanej przez wszystkich babci, która stale z nami
mieszkała, i mamy, zatrudnialiśmy również gosposię. Nie wstawaliśmy
bladym świtem do przedszkola. Pamiętam – co było niezwykle ważne w
naszym wychowaniu – że dużo nam czytano. Babcia czytała nam bajki i
jakieś dziecinne książki aż do ochrypnięcia, a tata, gdy byliśmy trochę
mądrzejsi „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza i „Trylogię” Henryka
Sienkiewicza – oczywiście z wyjątkami i objaśniając tekst – ale
strasznie to lubiliśmy. Zbyszek był ode mnie o półtora roku młodszy,
więc przez całe dzieciństwo był moim towarzyszem. Napisał nawet o tym
wiersz „Siostra”. Bawiliśmy się ze sobą bardzo dobrze i trzymaliśmy
sztamę, zresztą trzymaliśmy ją przez całe życie.
Także szkoła
w tamtych czasach inaczej kształciła uczniów, kładąc akcent na
gruntowne wykształcenie humanistyczne.
– To prawda. Ówczesne
gimnazja kładły nacisk na humanistyczne przygotowanie, uczono łaciny,
greki. We Lwowie w czasach zaborów istniała swoista autonomia, polska
młodzież uczyła się po polsku. Lwów był azylem dla wielu ludzi, którzy
musieli się ukrywać po powstaniach Listopadowym i Styczniowym. Ze Lwowa
pochodzili tacy wybitni ludzie, jak m.in. prezydent Polski Ignacy
Mościcki, dwukrotny premier Kazimierz Bartel i mnóstwo profesorów
wyższych uczelni – Uniwersytet Jana Kazimierza był znakomitą uczelnią i
przygotował kadrę inteligencji. Przedwojenne szkoły były znakomite.
Zbigniew miał zdolności aktorskie, szczególnie parodiowania innych, i
występował w szkolnych przedstawieniach. Byłam zapraszana na nie do jego
szkoły, bo wtedy chłopcy uczyli się osobno, a dziewczynki osobno, więc
uczęszczaliśmy do różnych szkół.
Obecnie w Polsce jest 20
liceów im. Zbigniewa Herberta.
– Jak się lepiej czułam, to brałam
udział w uroczystościach nadania imienia Zbigniewa Herberta szkołom,
poznawałam także młodzież i grono profesorów tych placówek. Żeby takie
imię nadać szkole, musieli zgodzić się i rodzice, i profesorowie, i
młodzież. Te wszystkie szkoły stworzyły klub szkół herbertowskich – 20 z
nich jest w Polsce, jedna w Ameryce. Raz w roku odbywa się zjazd
klubowy, które organizuje jedno z liceów.
Kiedy odkryła Pani,
że brat pisze wiersze?
– Dosyć późno, właściwie wtedy, kiedy
opublikował pierwsze utwory. Były to wczesne lata 50. XX wieku. Zaczął
pisać, gdy był studentem w Krakowie. Jeden z jego pierwszych wierszy
pojawił się w „Tygodniku Powszechnym”. To była poezja pisana w inny
sposób niż w czasach romantyzmu, Młodej Polski czy skamandrytów, na
której się wychowywaliśmy. Pamiętam ciocię – siostrę mamy, która po
przeczytaniu jego wiersza w „Tygodniku Powszechnym” zapytała: „Zbysiowi
za to płacą?”. Była bardzo zdziwiona, bo forma wiersza była dla cioci
nie do przyjęcia.
Brat zwierzał się Pani czy był raczej
skrytym człowiekiem?
– Miałam z nim bardzo serdeczne stosunki.
Czy on mi się ze wszystkiego zwierzał? Nie wiem. Pewnie nie, ale
rozmawialiśmy ze sobą serdecznie. Był chrzestnym ojcem moich dzieci,
świadkiem na moim ślubie. Miałam być na jego ślubie w Paryżu, ale nie
dostałam paszportu. Korespondowaliśmy jednak ze sobą i zamartwialiśmy
się sobą nawzajem. Jako lekarz medycyny miałam stałe dochody, on nie.
Niech pan sobie wyobrazi, że pisze pan wiersze i z tego żyje… Dlatego
Zbyszek długo nie zakładał rodziny, bo widocznie obawiał się, że nie
miałby jej z czego utrzymać, poza tym może w jakimś stopniu czuł, że
przeszkadzałaby mu ona w pracy pisarskiej.
Był więc w jakimś
sensie samotnikiem?
– Nie, ale gdy pracował, potrzebował
samotności. Pamiętam, jak pierwszy raz wrócił z zagranicy i pisał
„Barbarzyńcę w ogrodzie”, w pewnym momencie poczuł się bardzo źle.
Przeszedł ciężką żółtaczkę, umieściliśmy go wraz z mężem, który również
był lekarzem, w sanatorium. Dostał tam osobny pokój, który traktował jak
azyl. Obłożywszy się notatkami, przez pewien czas pisał w tamtych
czterech ścianach. Ten okres był ważny zarówno dla jego zdrowia, jak i
twórczości.
Czuł, że to, co pisze, jest ważne?
– Tak,
chyba tak. Zbyszek dom rodzinny opuścił ostatecznie w 1952 r. i z Sopotu
przeniósł się do Warszawy. Pamiętam, że ofiarował wówczas rodzicom
zrobiony przez siebie tomik własnych wierszy. W dedykacji napisał:
„Rodzicom, dla których wszystko, co najlepsze 1946-1951”. Były to
wiersze z tego wczesnego okresu. Tylko niektóre z nich opublikował w
swoim pierwszym tomiku „Struna światła”, który po odwilży w 1956 r. mu
wydano. Jednym słowem, był bardzo krytyczny w stosunku do tego, co
robił. Tamte wiersze uważał za jeszcze nie dość dobre.
Był
perfekcjonistą?
– Tak. I samoukiem w tym względzie, bo
ostatecznie studiował prawo i ekonomię, a w zasadzie prawie nigdy w tych
dziedzinach nie pracował. Gdy po wojnie kończyło się studia, dostawało
się nakaz pracy. Zbyszka chciano zrobić prokuratorem wojskowym. Wyobraża
pan sobie Herberta jako prokuratora wojskowego w późnych latach 40. XX
wieku, kiedy sądzono „żołnierzy wyklętych”?
Czy jego twórczość
w czasach komunistycznych była również dla Pani szczególnie ważna,
utożsamiała się Pani z nią?
– Naturalnie, że utożsamiałam się z
tym, co pisał. Także nasz ojciec bardzo się cieszył, iż Zbyszek pisze.
Do dziś panuje przeświadczenie, że ojciec był bardzo niezadowolony, iż
syn jest poetą…
…gdyż wymarzył dla niego zawód prawnika.
–
Nic podobnego. Ojciec, zdaje się, doradzał mu w wyborze drogi, ale
ostatecznie brat sam wybrał kierunek studiów. Zbyszek, mając
wykształcenie prawnicze, ekonomiczne i filozoficzne, nie imał się zajęć
lepiej płatnych czy kierowniczych, bo wiązało się to dla niego ze stratą
czasu. Czasem też, dla różnych stanowisk, konieczne było zapisanie się
do partii.
To raczej w jego przypadku nie wchodziło w grę…
–
Nie wchodziło. Bardzo dużo przeszliśmy w czasie sowieckiej okupacji we
Lwowie. Przecież to, co się tam wtedy działo, to były czystki etniczne,
widzieliśmy transporty odjeżdżające na Wschód… Zawsze mieliśmy
spakowane plecaki, żeby w nocy, gdyby po nas przyszli, być
przygotowanymi. Panowała wtedy wielka bieda, ponieważ brakowało
pieniędzy, a polskie, które ktoś miał, straciły ważność. Byliśmy biedni
jak mysz kościelna. Po wyjeździe ze Lwowa przez pewien czas nie mieliśmy
domu, każdy z nas mieszkał gdzie indziej, kątem u kogoś. Ojciec z
trudem radził sobie w nowej rzeczywistości.
Co Państwa ojciec
cenił w życiu najbardziej?
– Wydaje mi się, że kilka rzeczy, że
miał pewną skalę wartości, którą nabył w dzieciństwie, a później
udoskonalił. Na pewno cenił Ojczyznę, choć w żyłach tak naprawdę mamy
mało krwi polskiej. Dziadek od strony matki był Polakiem, babcia –
Austriaczką, i wychowała siedmioro dzieci na Polaków – tak właśnie było
we Lwowie. Tam kultura polska jakoś promieniowała i zjednywała sobie
ludzi. Pan Jerzy Janicki powiedział kiedyś, że przysyłano do Lwowa na
przykład z Wiednia urzędników, funkcjonariuszy, żeby germanizowali
miasto. Nie dość że nikogo nie zgermanizowali, jeszcze sami się
spolonizowali.
Odnaleźli się Państwo w Polsce po 1989 roku?
–
Brat wrócił do Polski ostatecznie w 1990 lub 1991 roku i został nazwany
przez pewne osoby „gniewnym starcem”, ponieważ publicznie odnosił się
krytycznie do zastanej rzeczywistości. Dotąd nie wszystko zostało
zrobione, trzeba dokończyć proces reform w kraju. Mam nadzieję, że może
nowe pokolenie to zrobi.
Nie ma dziś problemów z wydawaniem
Herberta w dużych nakładach?
– Nie ma, wszyscy chcą go teraz
wydawać. Na przykład jego wiersze publikuje krakowskie Wydawnictwo a5.
Wspomniane listy rodzinne Herbertów zostały dobrze przyjęte. To
autentyczne dokumenty, które lepiej od najwspanialszej biografii
przemawiają do czytelnika.
Pani brat stale jest obecny w Pani
życiu, stale żyje…
– Tak. Często reprezentuję rodzinę na
uroczystościach poświęconych Herbertowi. Ja nie jestem dziś doktorem
medycyny, choć mam taki tytuł i jestem lekarzem po 50 latach pracy,
tylko ja jestem „siostrą Herberta”.
Dziękuję za rozmowę.
