Jastrunowie – obciążeni „hańbą domową” (cz. 2)

Czerwone dynastie w mediach

Prof. Jerzy Robert Nowak

Syn stalinisty – Tomasz Jastrun, od dziesięcioleci „wyróżnia się” pełnymi agresywnej hucpy felietonami, atakującymi polskie tradycje narodowe oraz przedstawicieli nurtu chrześcijańsko-patriotycznego. Jego publicystyka słynie z przesycenia wyzwiskami i pomówieniami, co przydało jej miana „publicystyki wrzasku”. Zaangażowana w burzenie autorytetów, tropiąca rzekomy polski antysemityzm, stanowi przykład pisarstwa zaangażowanego już nie tyle w utrwalanie komunizmu, jak to było w przypadku ojca – Mieczysława, ile w kreowanie obrazu Polski jako ksenofobicznego „Ciemnogrodu”.

Swoistym credo Tomasza Jastruna było wyznanie z 1986 r.: „I zostawiłem kraj/ słowo ojczyzna nie mieści mi się już w gardle” („Kultura” nr 12, 1986, s. 118).

W książce pt. „Złota klatka. Notatnik amerykański”, opublikowanej w czerwcu 1988 r. w wydawnictwie podziemnym, T. Jastrun dał karykaturalny obraz Polonii amerykańskiej, zarzucając jej skrajny antykomunizm oraz obsesję tropienia Żydów i masonów. Pisał: „Kto nie krzyczy: „bić czerwonych”, brany jest z miejsca za lewicę” (s. 84).

„Europejczyk” Jastrun nie próbuje nawet ukrywać swojej niechęci do wszystkiego, co polskie. W „Res Publice” (nr 8/89) pisał: „Wynurzywszy się z naszego ojczystego bałaganu, wygodnie czułem się w Szwecji (…). W samolocie siedziała obok mnie ładna dziewczyna (…). Wyemigrowała z Polski kilka lat temu (…). Nie mieliśmy żadnych znajomych, a jednak wydawało się, że znamy się od zawsze. Bo przecież jedliśmy razem piasek w naszej brudnej, ale bardzo osobliwej polskiej piaskownicy (…)” (s. 74).

Tomasz Jastrun przeprowadza ataki na tzw. polski „Ciemnogród”, w stylistyce pełnej wyzwisk i epitetów. Pisał np. o palantach patriotycznych, palantach martyrologicznych, patriotyczno-narodowych gniotach. Z jakąż lubością cytował słowa Jerzego Giedroycia: „Polacy to okropny naród” („Życie Warszawy” z 27 stycznia 1995 r.).

Podobnie jak ojca, wyraźnie nęka go gorączka tropienia domniemanego „polskiego antysemityzmu”. W jednym ze swoich tekstów, omawiając wyniki ankiet przeprowadzonych w dwóch liceach, ze szczególnym zapałem eksponował znajdowane w nich możliwie najbardziej absurdalne stwierdzenia i hipotezy. Dowodził, że wynik wyborów prezydenckich w 1990 r. oraz usunięcie Mazowieckiego są dowodem na to, że Żydzi są ogólnie znienawidzeni („Res Publica” z czerwca 1991 r.). Tekst zamykało podsumowanie: „Mamy oto w Polsce antysemityzm bez Żydów. Nasze społeczeństwo zdaje się być ciężko chore, a ksenofobia to tylko jeden z tych objawów (…) prezydenckie wybory przedłużyły „życie” trupowi, który tak uparcie psuje się, a zamknięty w naszym narodowym tapczanie kompromituje nas we własnych i cudzych oczach”.

Tomasz Jastrun jest poza tym typowym przykładem mentalności Kalego. Najmniejszą krytyczną uwagę na temat Żydów traktuje jako gorszący przejaw dzikiego „polskiego antysemityzmu”. Nie przeszkadza mu to jednocześnie piętnować Polaków za wyrażanie sprzeciwu wobec antypolskich oszczerstw i przedstawiać ich jako wyraz narodowych kompleksów albo dziwaczny lament z powodu nadepnięcia „na polski narodowy odcisk” (Tak zareagował np. na krytykę antypolskich scen w filmie S. Spielberga pt. „Lista Schindlera”).

Tomasz Jastrun uskarżał się również na to, że jego znajomi, często nawet ludzie bliscy mu w czasach opozycji, teraz sieją „szczękościsk i ksenofobię” („Rzeczpospolita” z 11-12 maja 1996 r.).

W jednym ze swoich tekstów T. Jastrun zaatakował również „Naszą Polskę” za cykl moich artykułów pt. „Kto jest kim w lobby filosemickim?” („Rzeczpospolita” z 19-20 października 1996 r.), ironizując, że „w tym patriotycznym piśmie filosemita to obelga”. Żeby więc nie było wątpliwości, stwierdzam expressis verbis: filosemityzm, jak każda skrajność, nie jest powodem do dumy. Oznacza bowiem skrajne wywyższanie jednego narodu, w tym przypadku żydowskiego, kosztem innych. Najczęściej zaś łączy się z pogardą dla innych narodów (w publicystyce T. Jastruna wobec Polaków).

Tymczasem to nie w „Naszej Polsce”, lecz w paryskiej „Kulturze”, z którą T. Jastrun przez lata współpracował, padły najostrzejsze słowa na temat filosemityzmu, zawarte w liście do redakcji emigranta z Polski Jana Laptera: „Filosemityzm jest tą samą formą rasizmu, co antysemityzm” („Kultura” nr 1 z 1972 r., s. 237).

Atakom na polskość i Polaków towarzyszy u T. Jastruna tendencja do wybielania innych nacji, na czele z niemieckimi Krzyżakami, jakoby niegodnie zniesławionymi przez polską historiografię i literaturę. W jednym z artykułów w „Res Publice” T. Jastrun w imieniu redakcji (wraz z W. Zajączkowskim) z zapałem celebrował obronę biednych oczernionych Krzyżaków, którzy stali się ofiarą polskiej „manipulacji historycznej” („Res Publica” z czerwca 1990 r.). Z dyskusji można było się „dowiedzieć”, że my, Polacy, mamy tę samą mentalność co Niemcy, „kontynuowaną przez rozkołysany nacjonalizm, że „Krzyżacy” Sienkiewicza to jego najgorsza powieść historyczna, a „Wiatr od morza” Żeromskiego to tylko zwykła „szmira””. Miesiąc wcześniej, w maju 1990 r., na łamach tejże „Res Publiki” T. Jastrun gromko piętnował „maniakalne lektury Sienkiewicza”. We wspomnianej dyskusji przewijały się obawy, że społeczeństwo polskie jest bardzo podatne na antysemityzm, antysowietyzm i antyniemieckość i grupy głośno krzyczących ideologów „mogą łatwo rozkołysać te nastroje”.

Podsumowując, chce się powiedzieć: „Lekarzu, ulecz samego siebie”!


Przywracacz PRL-u


Doskonały znawca kulis współczesnego życia kulturalnego prof. Zbigniew Żmigrodzki nazwał w swoim czasie T. Jastruna „czołowym przywracaczem PRL-u” („Niedziela” nr 42 z 1995 r.). I zrobił to nie bez uzasadnienia.

Tomasz Jastrun ze szczególną wrogością reagował na każde przypomnienie o łajdactwach, których dopuszczały się w czasach stalinowskich różne pseudoautorytety. Tłumaczył: „Czasy takie, że chwile upadku miał każdy. Nikt jednak nie przyznaje się do tych chwil słabości, każdy natomiast jak na komary poluje na słabości innych. I z lubością rozmazuje je na ścianie, pokazując potem ślady krwi” („Rzeczpospolita” z 24 czerwca 1995 r.). W myśl takiej poetyki pisania każdy był winien, a więc nikt nie był winien, i nie ma sensu żadne rozliczanie. Pod tym względem jego ojciec, dawny stalinista, był o wiele uczciwszy. Bowiem jak przyznał sam T. Jastrun na łamach „Res Publiki”, z obrzydzenia wobec swojej działalności i towarzyszącego jej moralnego kaca za lata 1944-1955 nie otrząsnął się aż do śmierci.

W polemikach z inaczej myślącymi T. Jastrun nie waha się posługiwać oszczerstwami.

Anatol Arciuch, charakteryzując ten proceder, napisał wręcz o „połączeniu przez Tomasza Jastruna koncepcji goebbelsowskich na temat polemiki z niewygodnymi poglądami z koncepcjami komunistycznymi” („Gazeta Polska” z 8 września 1994 r.).

Dość typowy pod tym względem był atak Jastruna na książkę Krystyny Czuby pt. „Media i władza”, jedną z najwybitniejszych książek napisanych w duchu obrony wartości chrześcijańskich w ostatnich latach. Jastrun oskarżył K. Czubę o rzekomy „prowincjonalizm i niską klasę myślenia”.

Jak „wysoka” jest klasa myślenia samego T. Jastruna, choćby w spojrzeniu na religię, dobrze ilustruje jego chełpliwa opowiastka o tym, jak zwyciężył w starciu z Bogiem o pozyskanie bardzo wierzącej dziewczyny: „Najbardziej religijna scena z mojego życia religijnego. Była bardzo młoda, bardzo wierząca i bardzo ładna. – Jak ty się teraz z tego wyspowiadasz? – zapytałem z nieszczerą troską (…). W odpowiedzi zasłoniła moje oczy dłonią. Patrzyłem nadal – w jej dłoni nie było ani piekła, ani czyśćca, było ciemno, ciepło, pachniało mlekiem i macierzanką („Res Publica Nowa” nr 7-8 z 1996 r.).

Jastrun zwierzał się, że ciarki przechodzą go na myśl, „ilu bęcwałów o niezłych biografiach zajmowało wysokie stanowiska tylko dlatego, że ich nazwiska znajdowały się w czyimś notesie” („Res Publica” z lutego 1996 r.).

Zwierzenia te skomentował „Tygodnik Solidarność” (nr 13 z 1996 r.). Przypomniano w nim, jak to Jastrun, dzięki „wyjęciu go” z notesu minister kultury Izabelli Cywińskiej, wylądował na stanowisku dyrektora Instytutu Kultury Polskiej w Sztokholmie. O roli Jastruna na sztokholmskiej synekurze napisano: „Jego osiągnięcia na polu krzewienia kultury polskiej nie są Szwedom znane. Ale żeby od razu: „bęcwał”?”.


Publicysta wrzasku


Niejednokrotnie zwracano uwagę na jakże silne przesycenie tekstów T. Jastruna prymitywnymi epitetami i porównaniami.

Publicysta „Gazety Polskiej” Jacek Kwieciński pisał o stylu ataków T. Jastruna na książkę prof. Wiesława Pawła Szymańskiego, iż było to po prostu „najzwyklejsze chamstwo” („Gazeta Polska” z 18 sierpnia 1994 r.).

W innym tekście na łamach tej gazety pt. „Chory z nienawiści” Kwieciński stwierdzał: „Pana Jastruna stać przecież na więcej niż epitety i wyzwiska. A jednak jego wypisy coraz bardziej przypominają wymachiwanie cepem. Parę pojęć z prymitywnej nowomowy, prostackie uogólnienia, chamskie słownictwo. Pohukiwania zamiast argumentów. (…) Nienawiść do antykomunistów myślących inaczej niż Michnik, Szczypiorski i on sam, oślepiła p. Jastruna całkowicie i ogłupiła do reszty” („Gazeta Polska” z 8 września 1994 r.).

Jeden z tekstów T. Jastruna w „Życiu”, zatytułowany „Zjadanie ogona”, ze skrajnym cynizmem i falą epitetów atakujący obronę najwyższych wartości wywołał bardzo wielką ilość protestów. Redakcja „Życia” zdecydowała się poświęcić większość kolumny na przedrukowanie tych protestów pod odpowiednimi tytułami, nie zamieszczając ani jednego głosu poparcia dla tekstu swego felietonisty. Spośród głosów krytycznych warto wskazać na tekst Stanisława Domalewskiego pt. „Jastrun krzyczący”, który tak charakteryzował artykuł z „Życia”: „Jest w tym tekście pogarda dla grupy ludzi, która jakoby genetycznie przenosi z pokolenia na pokolenie cechy uznane przez pana Jastruna za złe (…). Publicystyka pana Jastruna jest li tylko wrzaskiem człowieka, który wie, co gdzie i kiedy można na kogoś wrzasnąć. Owym wrzaskiem próbuje posadzić na miejsce tych, którzy zastanowić się chcą nad czymś spokojniej”.

Inny tekst, pióra Janiny Hery, zatytułowany „Jastrun prześmiewca” stwierdzał m.in.: „Poraża styl Pana artykułu. To miał być przecież przywilej „Ciemnogrodu”, a więc „Cnotliwców”, do których mam przyjemność przynależeć. To agresja. Te epitety. Te drwiny. I to drwiny z kogo i z czego? (…) Z faktu, że można bronić najwyższych wartości? Że ktoś wierzy, że owe najwyższe wartości istnieją? (…) Z przykrością muszę dodać, że nie spodziewałam się w „Życiu” artykułu na podobnym poziomie”.

Ulotniła się gdzieś pozowana posolidarnościowa opozycyjność T. Jastruna i coraz bardziej wychodziło na jaw jego głębokie upodobanie do lewactwa, widoczne choćby w przytaczanych niżej jakże wylewnych zwierzeniach:

„(…) przyznaję uczciwie, że „Trybuna” przy „Naszej Polsce” to oaza kultury i zdrowia psychicznego” („Polityka” z 25 lipca 1998 r.); o redaktorze S. Michalkiewiczu: „Do głowy mi nie przyszło, że ten człowiek będzie mi w roku 1996 bardziej obcy niż generał Jaruzelski (…)” („Kultura” nr 10 z 1996 r., s. 70);

„Ja też wolę Urbana od księdza Jankowskiego. Na tym polega urok nowych czasów, że wolimy naszych dawnych śmiertelnych wrogów od wcześniejszych przyjaciół” („Polityka” z 2 listopada 1996 r.);

„Jak się popatrzy na ród Giertycha, Macierewicza i Wassermanna, to można Kwaśniewskiego lubić mimo wszystko” („Rzeczpospolita” z 20 marca 2005 r.).


Specjalista od paszkwili


Bezpośrednio po śmierci Zbigniewa Herberta T. Jastrun napisał tekst pt. „Pan Herbert”, w którym posunął się do niewiarygodnych pomówień pod adresem zmarłego wielkiego polskiego poety („Polityka” z 8 sierpnia 1998 r.). Zarzucił mu bowiem, że w latach 90. przekroczył granice smaku, dając się rzekomo użyć jako „młot na polskich intelektualistów”. Tak określił T. Jastrun ostre rozliczenia Z. Herberta z faktem stalinowskiego uwikłania szeregu znanych intelektualistów.

Jastrun zarzucił również Z. Herbertowi, że przez pewien czas usadowił się „w rynsztoku kilku pism”. A na koniec posunął się do najgorszego pomówienia, gdy napisał, że: „(…) są choroby, które powodują, że jesteśmy słabsi od swoich demonów. W Polsce osoby publiczne nie cierpią na psychiczne schorzenia. Czy nie czas zerwać z tą tradycją? Herbert był chory na cyklofrenię (depresja z fazami obniżenia nastroju i pobudzenia). To zapewne w tej ostatniej fazie szokująco brutalnie zaatakował wielu, jakoś nisko, niemądrze. Miłosz jako słabo piszący po polsku, morderca intelektualny. Dla tych, co znali charakter choroby, wszystko było jasne, mimo ciemnych barw zdarzenia”.

Przytoczony fragment tekstu T. Jastruna szybko znalazł popularyzatorkę godną tego „chorego z nienawiści” publicysty. Okazała się nią tropicielka antysemityzmu Anna Bikont z „Gazety Wyborczej”, w której szczerze nie znoszono Herberta (nazwał bowiem kiedyś A. Michnika współczesnym Nikodemem Dyzmą!). Anna Bikont przedrukowała haniebne insynuacje pod adresem Herberta w swym „Stronniczym przeglądzie prasy” („Gazeta Wyborcza” z 10 sierpnia 1998 r.).

Warto dodać, że jeszcze przed pomówieniami w „Polityce” T. Jastrun wystąpił z podobnymi insynuacjami na temat rzekomej choroby psychicznej Z. Herberta w tekście na łamach „Życia” z 29 lipca 1998 roku. Tak komentował tę notatkę T. Jastruna Remigiusz Włast Matuszak na łamach „Tygodnika Solidarność” z 14 sierpnia 1998 r.: „Redakcja „Życia” przeprosiła wszystkich za depeszowy tekścik, który metodą nie wprost wyartykułował myśl niezwykle podłą, jak i też bardzo wygodną dla wyznawców „politycznej poprawności”. A pomysł Jastruna (o ile sam to wymyślił) rozwinięty następnie w „Polityce” był przedni: Poeta od lat był bardzo ciężko chory, zachorował tuż przed pokłóceniem się z Michnikiem, „miało to wpływ na jego ostatnie wypowiedzi”, obsiadła go ta wstrętna nacjonalistyczna prawica, wykorzystała do swoich wiadomych celów. Gdyby nie ONI, to Herbert byłby zupełnie OK, zresztą był, bo tych ostatnich lat nie należy brać pod uwagę”.

Tomasz Jastrun „wyróżnił się” również atakami na szereg innych nieżyjących twórców, którzy nie mogli się bronić, a zawinili w jego oczach głównie nadmiernie szczerą krytyką wobec różnych luminarzy żydowskiego pochodzenia. Chyba głównie z tego względu popadły w niełaskę „Dzienniki” Kisielewskiego, które były prawdziwym bestsellerem 1997 r. („Polityka” z 13 czerwca 1998 r.).

Nie przeszkadzało to T. Jastrunowi pisać, że „Dzienniki” te rzekomo zostały przyjęte „z rezerwą, a czasami nawet z zażenowaniem, nawet przez admiratorów Kisiela”.

W innym tekście Jastrun z kolei zaatakował „fobie” M. Dąbrowskiej, sugerując, że jej „Dzienniki” miały antysemicką wymowę („Rzeczpospolita” z 8 lutego 1997 r.).

Jeszcze ostrzej T. Jastrun postąpił z Krzysztofem Mętrakiem, który w swych książkach pozwolił sobie na uszczypliwości wobec niektórych przedstawicieli „narodu wybranego”. Jego bardzo dobry „Dziennik 1969-1979” nazwał „rupieciarnią myśli”, pisząc o „jadzie” Mętraka.

Kolejny raz okazało się, że publicystyką Jastruna kieruje swoisty żydowski szowinizm, że przy ocenie poszczególnych autorów nie liczy się wartość merytoryczna i artystyczna ich dzieł, lecz wyłącznie ich poglądy na temat Żydów.

Kolejne lata przynosiły nowe eksplozje jastrunowej nienawiści, obdarzanie przeciwników lawiną epitetów zamiast dyskusji i argumentów.

W kwietniu 1998 r. wyznawał na łamach paryskiej „Kultury”: „W moim kiosku starszy mężczyzna kupuje narodowy pakiet, czyli faszyzującą: „Naszą Polskę”, „Gazetę Polską”, a na dodatek nową gazetę Radia Maryja „Dziennik Polski”. Ja kupuję „Gazetę Wyborczą” i „Rzeczpospolitą”. Patrzymy na siebie z jednakowym obrzydzeniem, jak na osobny, ludzki czy nieludzki gatunek. Może ulegam sugestii, ale jest pewien typ fizyczny narodowca”.

Według hitlerowców, istniał „pewien typ fizyczny” Żyda. Czyżby T. Jastrunowi chodziło o tego rodzaju uogólnienia?

Polskie pisma patriotyczne, a mianowicie „Naszą Polskę” i „Głos”, nazwał „pismami kloacznymi” („Rzeczpospolita” z 26 stycznia 2002 r.). Ciekawe, jak należałoby osądzić jego własną stylistykę?!

Pod koniec 1998 r. Jastrun dopuścił się szczególnie ordynarnego ataku na Kościół katolicki w Polsce w tekście drukowanym na łamach paryskiej „Kultury”. Pisał tam m.in.: „Na dodatek w Polsce poziom intelektualny kleru wydaje się szczególnie niski (…) Prymas… tak, odbija mu się endeckim myśleniem na całą Polskę… Nasza specyfika to niezwykle mocne zaangażowanie katolickich kapłanów w nurt myślenia paranoidalnego… Codziennie całą Polskę bezcześci katolickie Radio Maryja (…)” (cyt. za tekstem: Pan poeta! Pan poeta!, „Nasza Polska” z 16 grudnia 1998 r.).

W tekście na łamach „Rzeczpospolitej” Jastrun („Smecz”) pisał o „rozpoznanych przezeń eunuchoidalnych głosach prezenterów Radia Maryja”, nie wyjaśniając jednak, w jaki sposób miałoby się rozpoznawać ową rzekomą „eunuchoidalność” („Rzeczpospolita” z 29 października 2005 r.). Insynuator z „Rzeczpospolitej” przekroczył w ten sposób wszelkie granice przyzwoitości („Rzeczpospolita” z 29 października 2005 r.).

Od czasu powstania rządu koalicyjnego pod egidą PiS T. Jatrun z furią atakował rządy prawicy, szczególnie przeciwstawiając się lustracji (por. np. jego tekst w „Rzeczpospolitej” z 3-4 lutego 2007 r.). W tekście z 17 marca posunął się do grożenia popierającym rządzącą koalicję nieuchronnym wielkim „rżnięciem”.

Aż wreszcie miarka się przebrała. „Rzeczpospolita” rozstała się z T. Jastrunem, który wylądował w godnym jego tekstów springerowskim medium – „Newsweeku” – szkalującym rząd J. Kaczyńskiego bez żadnych zahamowań.

drukuj