Jan Dobraczyński – pisarz w sieci
W biografiach i twórczości wielu pisarzy z czasów PRL odbija się cała
komplikacja i uwikłanie w warunki polityczne, dylematy intelektualne, a także
moralne, jakie powstały w Polsce po wprowadzeniu komunizmu sowieckiego. System
ten wpłynął szczególnie silnie i skutecznie na młodszych pisarzy, którzy łatwo i
gorliwie przyjęli, czasem z naiwności, jego ideologię i kuszącą wizję
historyczną po zniszczeniach II wojny światowej.
Pisarze owi w programach socrealizmu zastępowali często polityków i
propagandystów, stawali się piewcami, apologetami nie tylko nowego ustroju,
powstającego na gruzach wojennych, ale i nowej, komunistycznej utopii. Tylko
niewielu z tych pisarzy komunistycznych – tak ich trzeba określić – powróciło
później do autentycznego pisarstwa, wielu pozostało złamanych jako ludzie i jako
twórcy, niewielu odrzuciło komunizm i przeszło do opozycji w latach 60. i 70.
Byli oczywiście pisarze, którzy właściwie nie uczestniczyli w systemie
komunistycznym lub w stopniu minimalnym, tak by przetrwać, decydując się na
metodyczny opór lub różnie wyrażany sprzeciw, choć ryzykowali w ten sposób
przerwanie swej twórczości, społeczną marginalizację, niewygody materialne, a
nawet represje. Wielu twórcom pomagały wtedy wyraźne przekonania, zwłaszcza
religijne, w dystansie wobec systemu. Pisarze o orientacji katolickiej stanowili
główną grupę, która opierała się systemowi albo próbowała własnej z nim
rozgrywki. Ale byli też w środowiskach katolickich literaci, którzy starali się
lepiej współżyć z tym reżimem, akceptując go jako jedyną realność polityczną,
jako status quo, który trzeba przyjąć, a z czasem poniekąd nawet się z nim
utożsamiali i go legitymizowali.
"Pisarze katoliccy"
Taka kohabitacja, współistnienie przeciwnych sobie sił, była niepisanym układem
z władzami komunistycznymi pisarzy o orientacji lewicowej, ale też grupy pisarzy
katolickich skupionej wokół koncesjonowanego przez władze Stowarzyszenia PAX,
założonego przez Bolesława Piaseckiego. Komunistyczne władze w latach 40. i 50.
nie kierowały się jednak w tym wypadku jakimś "liberalizmem", lecz czystym
wyrachowaniem i jawną raczej strategią walki z Kościołem i wiarą katolicką
wprost lub przez skłócenie osób wierzących, dezinformację i "dezintegrację"
całej społeczności katolickiej i jej organizacji. By odciągnąć wiernych od
Kościoła, a także "skanalizować" ruchy katolickie, dawano takim organizacjom jak
PAX prywatne przywileje w ramach upaństwowionej gospodarki i kultury: koncesje
gospodarcze, zgodę na własne wydawnictwa i prasę. Środowisko PAX-u stworzyło
niszę światopoglądową i kulturową, pozwalającą przetrwać po wojnie ludziom o
orientacji katolickiej i narodowej, kombatantom AK, NOW czy NSZ – tym, którzy
wyzbywali się wrogości do systemu, godzili się żyć i działać w jego ramach.
Najlepszym przykładem pisarza o takim ugodowym stosunku do systemu jest Jan
Dobraczyński, znany i bardzo popularny w swoim czasie, formalnie nienależący do
PAX, jak sam podkreślał, ale ściśle z nim związany. Przeszedł on zadziwiającą
ewolucję – od wahań i niezdecydowania na początku "Polski Ludowej", aż do pełnej
jej akceptacji w latach 80., a więc po rozbiciu "Solidarności" i stanie
wojennym. Pozostał jednym z nielicznych pisarzy, którzy do końca wspierali tę
postać państwowości i polityki, która ukształtowała się w systemie komunizmu
sowieckiego, przez wszystkie niemal jej etapy i okresy. Wielu pisarzy, którzy
najpierw popierali ideologię i komunistyczne zmiany w Polsce, odrzuciło z czasem
ów system lub różnie się od niego dystansowało. Dobraczyński natomiast pozostał
mu wierny do końca, nawet, gdy stan wojenny ostatecznie go skompromitował.
Nie wyrażał swego poparcia wprost, w języku partyjnej propagandy, ale pośrednio,
w sposób możliwy do przyjęcia, odwołując się do uczuć narodowych i
patriotycznych, tworząc program swoistego pozytywizmu, przetrwania substancji
społecznej, odnowy oraz jedności narodowej i moralnej. Ten pojednawczy głos, a
także patriotyczna retoryka Dobraczyńskiego, od 1982 r. przewodniczącego Rady
Porozumienia Narodowego w ruchu PRON (Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego),
powołanego z inspiracji władz stanu wojennego, zawsze przydawały się władzom
komunistycznym, szczególnie zaś gdy trzeba było pacyfikować niezadowolenie
społeczne. Zarazem jego głos, pisarza katolickiego i autorytetu moralnego, miał
służyć podniesieniu wiernych na duchu po klęsce stanu wojennego, w zapaści lat
80. Jednakże wtedy właśnie autorytet Dobraczyńskiego, jeśli go miał jeszcze jako
pisarz katolicki, całkowicie się skończył.
Wojna i młodość
A początki jego biografii były świetne i obiecujące, miał piękną kartę wojenną,
udział w kampanii wrześniowej, konspiracji, walkę w Powstaniu Warszawskim. Przed
wojną związany był z ruchem narodowym, współpracował z pismami "Myśl Narodowa" i
"Prosto z Mostu", którym kierował Stanisław Piasecki. Służbę wojskową odbył w
kawalerii i do tej formacji miał sentyment przez całe życie, co opisuje
szczegółowo w autobiograficznych wspomnieniach z lat 70. "Tylko w jednym życiu".
Po wybuchu wojny odbył kampanię wrześniową na ziemiach wschodnich jako
kawalerzysta. Po powrocie do Warszawy i prowizorycznym urządzeniu się z rodziną
rozpoczął działalność konspiracyjną. Związał się z Narodową Organizacją Wojskową
(NOW), zbrojną formacją Stronnictwa Narodowego, skąd został później skierowany
do Biura Informacji i Propagandy (BIP) Komendy Głównej AK. Pracował zarazem jako
urzędnik pomocy społecznej w Zarządzie Miejskim Warszawy. Dzięki temu ze swoimi
współpracownikami mógł przeprowadzić akcję pomocy dzieciom deportowanym przez
Niemców z Zamojszczyzny oraz dzieciom żydowskim z getta. Wysyłano je,
wystawiając oficjalne dokumenty, do zakładów opiekuńczych w kraju, przeważnie
organizowanych przy zgromadzeniach zakonnych. Dobraczyński nie podkreślał
zbytnio swoich zasług. We wspomnieniach zapisał: "Mój wkład w tę akcję
minimalny. Nie ja szukałem tych dzieci, nie ja je przewoziłem, nie ja
sporządzałem fałszywe wywiady. (…) Jedynie z opowiadań opiekunek wiedziałem,
że moje panie dokonywały niezwykłych czynów, wydobywając dzieci z jakichś nor,
szmuglując je z getta, przechowując w swoim domu i osobiście dowożąc do
zakładu". Współpracownica Dobraczyńskiego, Jadwiga Piotrowska, szacowała, że
uratowano w ten sposób około 300 dzieci, natomiast Irena Sendlerowa,
kierowniczka referatu dziecięcego "Żegoty", która również współpracowała z
Dobraczyńskim i sama uratowała około 2500 dzieci żydowskich, uważa, że na
"liście Dobraczyńskiego" było około 500 uratowanych dzieci.
"Prawdopodobnie ocalił mi życie" – stwierdza literaturoznawca Michał Głowiński w
artykule w "Gazecie Wyborczej" (3/4 VII 1999 r.), kilka lat po śmierci
Dobraczyńskiego. Opisując okoliczności swego ocalenia, zapytuje: "Co go do tego
skłoniło. Co było przyczyną, że pisarz związany ze skrajną prawicą, do końca
życia ideolog antysemityzmu, w czasie okupacji z poświęceniem ratował żydowskie
dzieci". Rozważając zaś całą biografię Dobraczyńskiego, z jego poparciem dla
stanu wojennego i przewodnictwem w PRON, zauważa: "Zaiste sprzeczności te są
porażające, niepojęte, trudne do wytłumaczenia, tworzy się piekielny splot,
zadziwiający u człowieka tak religijnego. Nie mnie rozważać problem, czy
uratowanie choćby jednego człowieczego istnienia (a Dobraczyński przyczynił się
do ocalenia znacznie większej liczby ludzi) przeważa to wszystko, co stanowiło
zło i niegodziwość".
Dopiero pod koniec życia, na kilka miesięcy przed śmiercią pisarz otrzymał medal
Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, przyznany przez Instytut Yad Vashem za
ratowanie żydowskich dzieci.
Brał czynny udział w Powstaniu Warszawskim, co opisał obszernie w autobiografii.
Walczył najpierw w rejonie Leszna i Starego Miasta w "Grupie Północ", dowodzonej
przez płk. Karola Ziemskiego "Wachnowskiego", jako organizator BIP. Po
opanowaniu tego rejonu przez Niemców wycofał się ze swym oddziałem kanałami do
Śródmieścia, a później na Mokotów. Na Starym Mieście zostawił żonę z dwiema
córkami, dla których ucieczka kanałami była zbyt ryzykowna. Miał je zobaczyć
dopiero po wojnie. Po kapitulacji Powstania trafił do obozu koncentracyjnego
Bergen-Belsen.
W kręgu podejrzanych
Po wojnie wrócił do kraju, odnalazł rodzinę uratowaną po Powstaniu i wkrótce
związał się z grupą PAX organizowaną przez Bolesława Piaseckiego. Twórczość
literacką, którą rozpoczął przed wojną, kontynuował także w czasie jej trwania,
a jej tematykę wyznaczały z jednej strony doświadczenia i realia wojenne, z
drugiej – zainteresowania i doświadczenia wiary chrześcijańskiej.
Po wojnie nie poprzestał jednak na twórczości tylko literackiej. Miał ambicje
czy też zobowiązania wobec swego ugrupowania bycia także osobą publiczną i
działalności na rzecz społeczeństwa niezależnie od tego, jak wierzył, jaki
porządek polityczny zapanował. W autobiografii pomija milczeniem najważniejsze
momenty powstawania systemu komunistycznego, dramatyczne wybory i dylematy, tło
represji i terroru, co poniekąd zrozumiałe, bo jego wspomnienia wydano w czasach
PRL. Ale ich zasadą jest też, że Autor prześlizguje się po sprawach
niewygodnych, nie zdradza nawet zamiaru, by przemycić choćby część prawdy. Nie
wiadomo, czy gdyby spisywał swe wspomnienia po 1989 roku, napisałby je całkiem
inaczej. Być może zaszedł już za daleko w akceptacji systemu, by zmienić
całkowicie o nim pogląd, bo musiałby także zmienić już siebie. O swej współpracy
np. z "Tygodnikiem Warszawskim", założonym zaraz po wojnie przez ks.
Wądołowskiego, którym kierował następnie ks. Zygmunt Kaczyński aresztowany i
torturowany w więzieniu na Mokotowie, gdzie zmarł w 1953 roku Dobraczyński miał
tylko tyle do powiedzenia: "Szybko miałem dość redakcji, poprawiania artykułów,
wizyt o piątej rano [ks. Wądołowskiego], a wreszcie niepłacenia – bo redaktor
nie spieszył się z płaceniem, i chciał, abym pracę u jego boku traktował jako
zajęcie honorowe. Na dobitkę nadredaktorem pisma został ks. Kaczyński, dla
którego nie żywiłem zbyt wiele sympatii od czasów rozmów politycznych u
kardynała Hlonda. Uciekłem z 'Tygodnika’". Można podejrzewać, że Dobraczyński
opuścił redakcję pisma z całkiem innych przyczyn. O ile jego wspomnienia z
czasów wojny są bardzo ciekawe i, wolno sądzić, autentyczne, o tyle te
powojenne, z czasów PRL, są już mało wiarygodne, wewnętrznie cenzurowane, pisane
ze świadomością wymogów systemu, niejako na użytek władzy.
W Archiwum IPN zachowała się "teczka osobowa" Jana Dobraczyńskiego (o sygnaturze
IPN 00231/173, t. 88), z której wynika, że znalazł się on w kręgu
zainteresowania MBP jako przedwojenny działacz Stronnictwa Narodowego, pojawia
się zaś w zeznaniach śledczych więzionych działaczy SN, w szczególności Adama
Doboszyńskiego. W notatce z 1952 r. płk Czaplicki informuje, że Dobraczyński
jest notowany w III i V Departamencie MBP jako były członek Wydziału Propagandy
Zarządu Głównego SN i "figurant obiekt [owego] rozpr [acowania] spr [awy] krypt
[onim] 'Wisła’". Z zeznania Zygmunta Lacherta, "przyjętego" przez oficera
śledczego MBP ppor. Romana Laszkowicza, wynika, że Dobraczyński otrzymał w 1946
r. 10 tysięcy dolarów z funduszu byłej Delegatury Rządu RP na potrzeby
organizowanej wtedy redakcji "Dziś i Jutro".
Na początku lat 50. Dobraczyński kandyduje z ramienia PAX do Sejmu i z tego
okresu pochodzą donosy konfidentów, "Stokrotki" i – obszerniejsze – "Uczciwego",
zapewne z kręgu PAX, które świadczą o rutynowej inwigilacji przyszłego posła,
lecz chyba nie zawierają żadnych istotnych dla UB informacji.
Pisarz uwikłany
W 1952 r. Dobraczyński zostaje posłem na Sejm i choć na koniec kadencji, w 1956
r. powie, że nie podejmie się już tej roli, to jednak 30 lat później, w stanie
wojennym, zostanie znów posłem ze swoiście rozumianego poczucia obowiązku
patriotycznego i w tymże roku stanie na czele ruchu PRON. Jak wiadomo, w 1953
r., po zamknięciu "Tygodnika Powszechnego" za niesubordynację w odpowiednim
świętowaniu żałoby po Stalinie, Dobraczyński podejmuje się dalszego prowadzenia
pisma z ekipą redakcyjną PAX-u, o czym w autobiografii podaje wersje bardzo
pokrętne.
Spełnia więc kolejne funkcje i role wyznaczane przez system, coraz bardziej
działa w jego imieniu, w duchu metod i celu, jakim było zdobycie pełnej władzy
nad społeczeństwem.
Rzecznik jedności narodowej przyczynia się do rozbicia środowisk katolickich i
osłabienia pozycji Kościoła, zwalczanego przez władze komunistyczne na wszelkie
sposoby. Zdobywa sobie dość wygodną pozycję dzięki temu, że jest coraz bardziej
przydatny dla władz, potrzebujących poparcia szczególnie po stanie wojennym.
Jest tolerowany, zyskuje spokojną egzystencję "katolickiego pisarza
komunistycznego". Sam Dobraczyński opowiadał z rozbrajającą naiwnością o swych
kontaktach z najwyższymi czynnikami. Jeden z pierwszych nastąpił z Jerzym
Borejszą, wszechwładnym po wojnie prezesem "Czytelnika", organizującym
komunistyczną "dywersję" m.in. w środowiskach katolickich: "Borejsza przyjął
mnie niezwykle życzliwie. Moje eks-endeckie pochodzenie nie tylko go nie raziło,
ale przeciwnie, wydawał się zachwycony, że ktoś z takich ludzi zapukał do jego
gabinetu. Potem (…) zapytał mnie pewnego razu: 'Panie Janie, niech no pan
powie – ale tak zupełnie szczerze – co mówią o mnie w tych waszych endeckich
kołach?’. Wiedziałem, że zna się na żartach, więc mu odpowiedziałem: 'Wie pan, w
dawnej Polsce było przysłowie, że każdy szlachcic ma swojego Żyda – tego
jedynego, porządnego, uczciwego. Teraz mówi się, że każdy marksista ma swojego
endeka – tego jednego przyzwoitego. Ale ten Borejsza – mówią u nas – to byłby
najszczęśliwszy, gdyby mógł mieć przy sobie samych przyzwoitych eks-endekow…’.
Borejsza ryknął śmiechem, a potem rzekł: 'Ale pan pozwoli, że ja ten dowcip będę
powtarzał’".
Był pisarzem bardzo płodnym i poczytnym, napisał ponad 80 książek, które wydano
w nakładzie powyżej 4 milionów egzemplarzy. Jego beletrystyczne książki o
tematyce wojennej i historycznej nie były literaturą najwyższego lotu, bardziej
wartościowa jest proza o tematyce religijnej i biograficznej, niewątpliwie
najważniejsze pozycje stanowią: "Listy Nikodema", "Cień Ojca" o św. Józefie,
"Ptaki śpiewają, ryby słuchają" o św. Antonim, książki o św. Teresie, św.
Andrzeju Boboli, o. Maksymilianie Kolbem, ale też o Janie Sobieskim i Marysieńce
czy o Traugutcie.
Najwierniejsi czytelnicy
Jan Bohdan, wicedyrektor Urzędu ds. Wyznań: "Nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć
w tej chwili, jak funkcjonuje literatura katolicka u odbiorcy i dlatego trudno
jest orzec, co jest bardziej szkodliwe? książki Dobraczyńskiego czy Grahama
Greene’a". Henryk Piętek, wicedyrektor Departamentu IV MSW: "Departament IV robi
ocenę wydawnictw katolickich. (…) Są duże niedopatrzenia w dotychczasowej
polityce w stosunku do wydawnictw katolickich. Np. PAX wydaje szereg książek,
które są sprzeczne z tym, co PAX reprezentuje. (…) Powołano grupę ludzi,
którzy się zajmują tą sprawą. Podniósł ponadto sprawę wysyłania przez niektórych
katolików, szczególnie Dobraczyńskiego, dużej ilości literatury katolickiej do
ZSRR, przeważnie na adresy prywatne. Należy temu położyć kres". Henryk
Chmielewski, dyrektor Departamentu Społeczno-Administracyjnego MSW: "Uważa, że
najgorszy podręcznik dla kleru jest mniej szkodliwy niż np. 'Manna i chleb’
Dobraczyńskiego".
Protokół posiedzenia Zespołu ds. Kleru przy Wydziale Administracyjnym KC PZPR, 7
IV 1964 [w:] Tajne dokumenty Państwo – Kościół 1960-1980, Londyn 1996, s. 122.
Do końca życia nie zmienił swego stosunku do PRL. Już po 1989 roku, dwa lata
przed śmiercią, zapytany w wywiadzie o ocenę swej roli w PRON ("Goniec
Pomorski", 31 V 1992 r.), odpowiadał bez większych wahań: "Uważam, że [PRON]
zrobił wiele dobrego przede wszystkim dla polskiej kultury i oświaty. Mając aż
35 procent katolików w organizacji, mogliśmy to wszystko robić. Powiem szczerze,
że gdyby w pewnym momencie poparł nas Kościół, te osiągnięcia byłyby znacznie
większe. Popierali nas tylko szeregowi księża. Biskupi zaś odnosili się z
rezerwą, choć wszystkie kongresy rozpoczynaliśmy mszą celebrowaną przez biskupa.
Więcej, znacznie więcej poparcia mieliśmy ze strony hierarchii prawosławnej".
Zapytany o stosunek do Wojciecha Jaruzelskiego, który nadał mu wcześniej tytuł
generalski, Dobraczyński odpowiedział, że na początku miał do niego całkowite
zaufanie: "Wojciecha Jaruzelskiego uważam za człowieka uczciwego, który chciał
zrobić dobrze, tylko mu nie wszystko wyszło. Był uwikłany w przynależność
partyjną, bo marksistą to on nigdy nie był". Rozczarował się do niego
Dobraczyński nieco później, pod koniec swej działalności: "Zawiódł mnie niestety
na końcu, ale przypuszczam, że zrobił to wbrew własnej woli. Mianowicie, dał mi
Stanisława Cioska, największego łobuza, jaki mógł być, na sekretarza PRON. Ja
się broniłem przeciw temu. On w tym względzie uległ komuś. Przypuszczam, że
Rakowskiemu, w stosunku do którego miał zawsze dziwną słabość".
W "teczce" Dobraczyńskiego zachowała się anonimowa notatka biograficzna,
prawdopodobnie z końca lat 80., która zawiera dość niską ocenę jego przydatności
nawet dla PRON: "Wśród aktywu Biura Rady Krajowej PRON oraz Rad Wojewódzkich
Ruchu oceniany jest jako mierny organizator, niepotrafiący wywrzeć znaczącego,
osobistego wpływu na działalność pronowską. Charakteryzowany jest jako osoba
szczególnie dbała o swój autorytet i prestiż. Twierdzi się wręcz, iż ma
tendencję do otaczania się osobami bezwzględnie podporządkowanymi. Szeroko znaną
stała się sprawa jego wystąpienia na Prezydium RK PRON, poprzedzającym II
Kongres Ruchu, w którym oświadczył, że nie jest zasadnym rozpatrywanie innych
kandydatur na przewodniczącego niż on, 'ponieważ gen. Jaruzelski widzi tylko
jego na tym stanowisku’".
Kilka dni po ogłoszeniu stanu wojennego w 1981 r., po tragedii w kopalni
"Wujek", dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia, Dobraczyński pisał w ankiecie
"Żołnierza wolności" (22 XII 1981 r.): "Mówił ojciec święty Jan Paweł II, że nie
powinna lać się polska krew, gdyż jej wylano zbyt wiele. Mówił o tym w swym
przemówieniu gen. Jaruzelski, przypominając, jak bardzo nasza ziemia jest
nasiąknięta krwią. A jednak krew polała się. Kto napełnił taką zawziętością
serca młodych górników? Komu ta krew była potrzebna? Pamięć o niej zaciąży
boleśnie nad myślami rodzin zabitych i rannych, także nas wszystkich w dniach
święta, które my, katolicy, i również inni wychowani jednak w kulturze i
tradycji polskiej, zwykli obchodzić w duchu radości, zgody i braterskiej
miłości". Słowa te świadczą o najgłębszym uwikłaniu w system komunistyczny,
niemal o utożsamieniu się z nim, o jego wewnętrznej obronie, o tragicznym
zatraceniu się w nieprawdzie i fałszu, co dla katolika i pisarza – rozróżnienie
prawdy i dobra – powinno być najważniejsze.
Przedruk z "Biuletynu IPN" 2007, nr 8-9 (Jan Dobraczyński – wielki pisarz,
wielkie uwikłanie).
Dr Marek Klecel
