Jak ściągnąć czarne skrzynki do Polski

Choć naczelny prokurator wojskowy gen. Krzysztof Parulski i minister Jerzy
Miller w maju i czerwcu ubiegłego roku potwierdzali w Moskwie autentyczność
nagrań i odczytanych przez Rosjan stenogramów z tzw. czarnych skrzynek, polscy
biegli chcą wypożyczyć oryginały rejestratorów. Zanim podpiszą się pod
ostateczną opinią fonoskopijną, zamierzają przebadać je m.in. pod kątem
ewentualnej ingerencji w ich zapis. O tym, czy skrzynki trafią do Polski,
zdecydują Rosjanie.

Naczelna Prokuratura Wojskowa już kilkakrotnie zwracała się we wnioskach
kierowanych do strony rosyjskiej o pomoc prawną o udostępnienie czarnych
skrzynek. Może to być przekazanie ich stronie polskiej wraz z wrakiem samolotu
lub choćby ich wypożyczenie. Polscy prokuratorzy chcą udać się do Rosji lub
sprowadzić je na pewien czas do Polski po to, by wykonać badania, które – jak
tłumaczy rzecznik wojskowej prokuratury płk Zbigniew Rzepa – "z punktu widzenia
polskiego śledztwa są zasadne".
– Biegli chcą odsłuchać to, co jest zarejestrowane na taśmach oryginalnych, i
porównać z kopiami, którymi dotychczas dysponowała strona polska – informuje
rzecznik wojskowej prokuratury zajmującej się śledztwem w sprawie katastrofy
smoleńskiej. Chodzi o to, by biegli, z którymi współpracują prokuratorzy, przed
wydaniem ostatecznej opinii fonoskopijnej nabrali pewności co do rzetelności
przeprowadzonych badań i dokonanych odczytów. Prokuratura nie chce mówić o
szczegółach, ale konieczne jest m.in. zweryfikowanie dowodu, jakim są zapisy
rejestratorów, i ustalenie, czy nikt w nie nie ingerował i ich nie modyfikował.
Rosyjska prokuratura na razie nie odpowiadała na prośby o pomoc prawną.
Oryginały czarnych skrzynek, a dokładnie taśmy z rejestratorów Tu-154M,
znajdowały się w MAK i dopiero teraz, po zakończeniu prac rosyjskiej komisji,
zostaną przekazane prokuraturze, która będzie mogła je Polsce wypożyczyć. To,
czy Rosjanie skrzynki udostępnią, nie jest jednak wcale pewne.
– Chcemy teraz docisnąć stronę rosyjską – mówi rzecznik wojskowej prokuratury.
Jak? Nie wiadomo.
Choć kierowana przez ministra Jerzego Millera komisja nie ujawniła całości z
odsłuchanych przez polskich specjalistów stenogramów, a podczas wtorkowej
konferencji przedstawiła jedynie ich fragmenty, wiadomo jednak, że w pewnych
ważnych szczegółach różnią się one od tych, jakie w czerwcu ubiegłego roku
przekazał Polsce MAK. I które, co dziś warto przypomnieć, w spektakularny sposób
postanowił przedstawić na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego pełniący
wtedy obowiązki głowy państwa Bronisław Komorowski. Różnią się też od tych, na
których MAK oparł swój raport. Według polskich ekspertów, to nie gen. Andrzej
Błasik, ale kpt. Artur Ziętek, nawigator, czyta frazę "mechanizacja skrzydła".

W upublicznionych w maju ubiegłego roku stenogramach dowódca załogi miał się
zwracać do szefa protokołu dyplomatycznego słowami: "Jak się okaże (niezr.), to
co będziemy robili?". Według odczytu polskich ekspertów mjr Arkadiusz Protasiuk
powiedział wówczas: "Tak że proszę pomyśleć nad decyzją, co będziemy robili". A
to bardzo istotna różnica.
Z końcem maja ubiegłego roku kierujący w rządzie Donalda Tuska MSWiA Jerzy
Miller, a zarazem szef polskiej komisji badającej przyczyny katastrofy rządowego
tupolewa, przywiózł z Moskwy trzy płyty CD. Każda z nich zawiera autentyczną –
jak potwierdzali prokuratorzy – kopię nagrania z trzech rejestratorów samolotu.
Oprócz tego strona polska dostała również stenogram rozmów w kabinie pilotów.
Proces kopiowania zapisów czarnych skrzynek był kontrolowany przez
przedstawicieli obu krajów, w tym przez naczelnych prokuratorów wojskowych.
Jednak 10 dni później okazało się, że minister Miller musiał wracać do Moskwy i
jeszcze raz kopiować zapis z czarnych skrzynek. Tłumaczył, iż jedna z płyt z
nagraniem była uszkodzona. Dlatego w jego obecności Rosjanie odpieczętowali
czarne skrzynki i jeszcze raz skopiowali ich zapis. Kiedy polscy analitycy z
Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie zaczęli odsłuchiwać nagrania i
porównywać je z przekazanym i opublikowanym już stenogramem, okazało się, że
zapisów w stenogramie jest więcej niż czasu na przekazanej płycie CD. Po
dokładnych badaniach ustalono, że brakuje 17 sekund. Rejestrator CVR w Tu-154 to
zwykła taśma analogowa – zapisuje z reguły 30 ostatnich minut lotu i jeżeli się
kończy, to kasuje początek i zapisuje dane od nowa. W tym przypadku była inna,
cieńsza taśma, której więcej nawinęło się na szpulę i zarejestrowano 38 minut.
Polscy śledczy zaczęli podejrzewać, że przekazane taśmy były montowane, a tym
samym nagrania nie były wierną kopią oryginału. Wtedy o całej sprawie
poinformowano Jerzego Millera, który zaczął obawiać się olbrzymiego skandalu.

Również po tej nieoczekiwanej wizycie w siedzibie MAK 9 czerwca ubiegłego roku
polscy prokuratorzy znów twierdzili, że nie ma obawy, by taśma była sfałszowana,
bo nagle się okazało, iż poprzednia wersja była po prostu niepełna. Również
wtedy minister Miller podpisał pismo potwierdzające zgodność z oryginałem
odebranych nagrań. Dokument w imieniu MAK sygnowała gen. Tatiana Anodina.
Szefowi polskiej komisji towarzyszył prokurator generalny Krzysztof Parulski,
szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej.
Jak informował wówczas "Nasz Dziennik", nowe kopie również nie były wiernym
odzwierciedleniem zapisu taśmy z tupolewa. Jak się okazało, podczas przegrywania
zawartości czarnej skrzynki na właściwy zapis nałożyły się też zakłócenia
pochodzące z sieci elektroenergetycznej, a szumy mocno utrudniły pracę biegłych.
By je wyeliminować, eksperci musieli poznać dokładną wartość częstotliwości, z
jaką pracowała rosyjska sieć elektroenergetyczna w czasie przegrywania kopii. I
tutaj jest jeden z głównych problemów – tak naprawdę wciąż nie ma pewności, czy
nikt nie manipulował oryginałami czarnych skrzynek. Do dziś nie ma ich w Polsce,
choć są własnością państwa polskiego, i prawdopodobnie nie będzie ich przez
wiele lat, aż do zakończenia całego postępowania w tej sprawie przed rosyjskim
wymiarem sprawiedliwości.

 

Maciej Walaszczyk

drukuj