Jak przegraliśmy II wojnę światową
Z Robertem Kaczmarkiem, reżyserem i producentem filmowym, który z
Grzegorzem Braunem zrealizował film „New Poland”, rozmawia Adam Kruczek
Najnowszy film Panów pokazuje sowiecką agenturę
działającą w latach 40. na terenie USA w środowisku polonijnym. Okazuje
się, że czołowe role odegrali tam znani peerelowscy dostojnicy –
Bolesław Gebert i Oskar Lange.
– Początkowo sądziliśmy, że to
będzie film w zasadzie przyczynkarski, głównie dla historyków
oglądających TVP Historia, ale w trakcie realizacji rozrósł się o nowe
wątki, nowe dokumenty, interpretacje. W zasadzie od lat krążymy wokół
tych tematów. Ten film dopełnia to, co zrobiliśmy wcześniej. „Defilada
zwycięzców” pokazywała przyczyny II wojny światowej, „Towarzysz Generał”
prezentował jej konsekwencje widziane z polskiej perspektywy, a „Marsz
wyzwolicieli” podejmował ten problem w perspektywie międzynarodowej jako
sowiecki plan opanowania świata. „New Poland” pokazuje, jak Sowieci
realizowali ten plan.
Film jest zatem czymś więcej niż tylko erratą do biografii tych kilku panów?
–
Tak naprawdę w filmie postawiliśmy pytanie, dlaczego przegraliśmy II
wojnę światową. Najbardziej fascynują mnie te najprostsze, fundamentalne
pytania, na które nie ma odpowiedzi. Na przykład w kwestii, jak doszło
do II wojny światowej, do niedawna funkcjonowała interpretacja
sprowadzająca się w zasadzie do tego, że Adolf Hitler zwariował i napadł
na Polskę. A okazało się, że można na to spojrzeć inaczej, są inne
zmienne wyjaśniające genezę II wojny światowej. Teraz zajęliśmy się jej
końcem widzianym przez pryzmat sowieckich działań agenturalnych w USA.
Te nasze filmy, przez inny niż w oficjalnej wersji historii dobór
faktów, pokazują możliwość odmiennej interpretacji naszej najnowszej
historii. A ponieważ w dyskursie publicznym brak jest tych pytań, a
jeśli już ktoś je postawi, to są natychmiast spychane w jakieś nisze
tematyczne, to sądzę, że dobrze się stało, iż ten film powstał.
Stawiają
Panowie tezę, że to sowiecka agentura w Stanach Zjednoczonych
doprowadziła do tego, że po II wojnie światowej zamieniliśmy okupację
niemiecką na sowiecką?
– W dużej mierze tak, choć oczywiście
zaważyły tu również względy natury obiektywnej. Przecież Sowieci byli
sojusznikami Amerykanów, którzy do Murmańska pchali mnóstwo sprzętu,
począwszy od butów, a na broni ciężkiej skończywszy. Stany Zjednoczone
miały swój cel polityczny, którym było wygranie II wojny światowej jak
najmniejszym kosztem. Co się stanie z Polską, jeśli Stalin chce ją
przejąć, było dla nich problemem drugorzędnym. Jednocześnie w otoczeniu
Roosevelta było mnóstwo agentury sowieckiej. Agent sowiecki znalazł się
nawet wśród jego najbliższych doradców. Na konferencji przede wszystkim w
Teheranie, a później w Jałcie, sprawa polska była z góry przegrana. To
dlatego kluczowa dla naszego regionu propozycja Churchilla, aby ofensywa
aliancka w Europie nie zaczynała się od zachodu, ale od południa, z
wyjściem na linii Warszawy i zatrzymaniem Sowietów, została odrzucona
przez Amerykanów, a tak naprawdę przez wysoko postawioną agenturę w
amerykańskich kręgach przywódczych działającą na rzecz Sowietów. Można
sobie wyobrazić, jak wyglądałby podział wpływów w Europie, gdyby
aliancka ofensywa ruszyła nie z Normandii, ale z Bałkanów.
Jak w tę wielką politykę wpisywali się ludzie pokroju Bolesława Geberta czy Oskara Langego?
–
Poprzez działalność na terenie USA w organizacjach związkowych, różnego
rodzaju stowarzyszeniach, ludzie tacy jak Gebert czy Lange byli dla
Sowietów bardzo ważni jako osoby kształtujące opinię publiczną. Kreml
oddziaływał tu wielokierunkowo. Z jednej strony przez Komunistyczną
Partię Stanów Zjednoczonych, która była finansowana przez Sowietów, a z
drugiej – przez wpływ Kominternu i różnego rodzaju organizacje, o
których dużo pisano w prasie. Tworzył atmosferę sprzyjającą Sowietom. To
prasa – tak jak dzisiaj telewizja, radio czy internet – była wtedy
głównym nośnikiem informacji, kształtowała ówczesną opinię publiczną, a
argumenty sowieckich agentów padały na bardzo podatny grunt środowisk
intelektualnych w Stanach Zjednoczonych, różnego rodzaju „pożytecznych
idiotów”. Wyjaśniamy to w filmie jako pojęcie stworzone przez Stalina.
Dzięki temu Amerykanie – którzy nie wiedzieli, co naprawdę dzieje się w
Rosji bolszewickiej, i do głowy by im nie przyszło, jakich potwornych
zbrodni dopuszczali się tam komuniści – mieli z reguły dobry wizerunek
tego państwa.
Tytuł filmu „New Poland” nawiązuje zapewne do publikacji Bolesława Geberta wydanej w 1945 r. pod tym właśnie tytułem.
–
Tak, Gebert wydał tę broszurę nieprzypadkowo w czasie realizacji
decydujących rozstrzygnięć II wojny światowej w stosunku do Polski.
Pokazuje w niej dwie Polski. Jedną faszystowską, klerykalną, zacofaną, z
obozami koncentracyjnymi, antysemicką, jako Polskę z okresu
międzywojennego, czyli II RP; i drugą: postępową, demokratyczną, z
reformą rolną, tolerancyjną itd. – reprezentowaną przez komunistów.
Trudno, żeby Amerykanie – którzy często nie wiedzieli nawet, gdzie leży
Polska, którzy byli karmieni przez prasę komunistyczną informacjami, jak
to po Polsce za czasów Piłsudskiego krążyły plutony egzekucyjne, gdzie
kat jeździł od miasta do miasta i wieszał ludzi (jak pisano w
amerykańskiej „Trybunie Robotniczej”), co pokazujemy w filmie –
zareagowali po czymś takim pozytywnie na apel, żeby ta Polska wróciła do
świata Zachodu.
Inna sprawa, że ta wizja „nowej Polski”, zarysowana
przez Geberta w 1945 r., poniekąd została zrealizowana w czasach III RP,
czego już w filmie nie pokazujemy.
Czy postawa tych ludzi wynikała ze szczególnego cynizmu czy może z przekonania?
–
Dobrze to wyjaśnia w filmie historyk Herbert Romerstein. W wielu
wypadkach brało się to ze szczerych chęci zmiany ówczesnego świata – bo
przecież nie był on idealny. Jednak jeśli ktoś dłużej pozostawał w kręgu
działania partii komunistycznej, a tak było z Gebertem czy Langem, to
musiał przejrzeć na oczy i stawał się zwyczajnym aparatczykiem i
posłusznym agentem.
Siatką agenturalną w Ameryce kierował demoniczny gen. Wasilij Zarubin, zbrodnicza i intrygująca postać…
–
Warto byłoby mu poświęcić osobny film. Podróżujący po całej Europie,
stały bywalec w Paryżu i Londynie, oczytany, znający biegle języki. Gdy
pojawił się w Kozielsku, był jedynym Sowietem, któremu polscy oficerowie
salutowali. Stworzył dla nich bibliotekę z normalnymi książkami, a nie z
propagandą sowiecką. Starał się pozyskać ich zaufanie, rozmawiał z
nimi, grał w szachy, by stworzyć ich wizerunki psychologiczne i
przewidzieć, czy pójdą na współpracę z władzami sowieckimi. To jego
raport decyduje o rozstrzelaniu polskich oficerów. Zarubin dochodzi do
wniosku, że zaledwie ok. 1 proc. z nich w duszy nie jest nastawionych
wrogo do Sowietów. Po wykonaniu tego zadania został przerzucony do
Waszyngtonu pod przykrywką pracownika ambasady sowieckiej. Ale tak
naprawdę zawiaduje całą siatką agenturalną przygotowaną już wcześniej na
różnych polach, np. związków zawodowych, prasy robotniczej, środowiska
artystycznego Hollywood czy naukowego, np. w kwestii pozyskania
dokumentacji bomby atomowej. Za działanie tych wszystkich czynników i
przygotowywanie korzystnego dla Sowietów klimatu w Stanach Zjednoczonych
był odpowiedzialny właśnie ten człowiek.
Na jaki opór środowiska polonijnego trafiła działająca na szkodę Polski komunistyczna jaczejka w Ameryce?
–
Historia zdrady i agentury to jeden z wątków naszego filmu. Drugi, jak
sądzę, równie pasjonujący, mówi o polskim sprzeciwie wobec tych kłamstw i
prowokacji. Pokazujemy, niestety bardzo skrótowo, kolejną, tym razem
pozytywną postać, której warto poświęcić cały film – płk. Ignacego
Matuszewskiego. To o jego pracy Piłsudski powiedział, że pierwszy raz
wiedzieliśmy więcej o wrogu niż wróg o nas. Był odpowiedzialny za wywiad
i kontrwywiad w czasie wojny polsko-bolszewickiej, był ministrem
skarbu, to on wywiózł polskie złoto za granicę i dostarczył je
Sikorskiemu. Przewidział, że losy Polski rozegrają się w USA, i dlatego
zdecydował się na emigrację właśnie do Stanów Zjednoczonych, dokąd
dotarł przez Brazylię. Matuszewski próbował organizować Polonię do
przeciwdziałania próbom antypolskiego urabiania opinii publicznej. W
filmie pokazujemy, jak silnie podzielone było środowisko polonijne w
USA, to, że płk Matuszewski powołał Instytut Piłsudskiego, który do tej
pory istnieje i odgrywa w tamtym środowisku bardzo ważną rolę. Ale
jednocześnie komuniści mieli silny, odgórny wpływ na Polonię przez swoje
kontakty z amerykańską administracją. Pokazujemy zdjęcia archiwalne,
np. jak Oskar Lange gości w Moskwie na zaproszenie Stalina i leci tam
oficjalnie ze Stanów Zjednoczonych. To on po rozmowie ze Stalinem
przedstawia dokumenty na temat nowych granic Polski. Sojusz
amerykańsko-sowiecki był dla USA wartością nadrzędną, a Roosevelt nie
targował się o cenę, jaką ma zapłacić Sowietom. Pułkownik Matuszewski i
jego środowisko byli zatem, niestety, na przegranej pozycji.
Czy kariery Geberta i Langego w PRL można uznać za zwieńczenie ich antypolskich działań agenturalnych?
–
Fakty mówią same za siebie. Oskar Lange zrobił niesamowitą karierę jako
naukowiec, ekonomista, zastępca przewodniczącego Rady Państwa. Do dziś
ma pomnik w Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. Bolesław Gebert został
szefem Centralnej Rady Związków Zawodowych, później był ambasadorem w
Turcji.
A jakie są dalsze losy płk. Matuszewskiego?
–
Ignacy Matuszewski umarł w 1946 r., oficjalnie na zawał serca. Na jego
grobie chyba jeszcze nikt z oficjalnych władz III Rzeczypospolitej nie
złożył kwiatów. Jest dziś postacią kompletnie zapomnianą.
Premiera
filmu „New Poland” w TVP Historia jest zapowiadana na 10 września.
Później ma być powtórka w Jedynce, oczywiście jeśli nie zmienią się
władze TVP i dotrzymane zostaną zobowiązania. Zapraszam na naszą stronę
internetową www.filmopengroup.pl, która ruszy 1 sierpnia.
Dziękuję za rozmowę.
