Jak cię odnaleźć, święty Franciszku?
Marcin Jasiński
Niedawno po raz kolejny dane mi było odwiedzić Asyż. Nie ma już śladu po trzęsieniu ziemi, które kilka lat temu dość znacznie nadwyrężyło mury miasta. Zniknęły rusztowania, a ulice znów zamieniły się w różnobarwne, wypełnione po brzegi rzeki ludzi. Wszystko tu przypomina świętego. Miasto żyje z turystów i pielgrzymów. Komercja jest tak wszechobecna, że wydaje się zupełnie zagłuszać głos, który tu przed wiekami się rozległ. Franciszek w świadomości wielu odwiedzających to miasto nie funkcjonuje już jako średniowieczny Boży buntownik, który wyrzekł się wszystkiego i postawił swoje życie na jednej szali, ale jako nieszkodliwy dziwak, który kochał świat i rozmawiał ze zwierzętami. Współczesność przypisała mu kolejną ważną rolę: stał się patronem ekologów.
Przyznają się do niego wszyscy: politycy, organizacje wyrastające z duchowości franciszkańskiej, ludzie dobrej woli widzący realność zagrożenia świata ginącego pod zwałami śmieci, śmiercionośnych odpadów, jak i stowarzyszenia obojętne wobec niesionych przez św. Franciszka wartości czy wręcz wrogie chrześcijaństwu. Istny tygiel poglądów, choć dotyczących przecież jednego ważnego problemu.
Moda na ekologię
W tekście opublikowanym w „Tygodniku Powszechnym” (M. Olszewski, „Ekolog, czyli dzwon na trwogę” TP 34/2008) autor zwraca uwagę na milczenie polskich duchownych w sprawach ochrony środowiska, przypisując im grzech zaniechania. Jako źródło pasywności wskazuje jakoby przekonanie większości ludzi Kościoła, iż „ekolodzy to podejrzane środowisko, od którego lepiej trzymać się z daleka”. Podaje jednocześnie powód takiej postawy: to specyficzny naddatek, stale obecny w działaniu wielu grup Zielonych, sprowadzający się często do propagowania idei jemu wrogich. Z wyraźnym odcieniem ironii ukazuje Kościół jako zalęknioną, nierozumiejącą współczesności instytucję, która ze strachu (?) przed konfrontacją z rzeczywistym zagrożeniem, opierając się na fałszywych mitach, wybiera milczenie. Czy tak jest naprawdę?
W XIX w. w ramach biologii powstała specjalna nauka zajmująca się wzajemnymi stosunkami między organizmami a ich środowiskiem. Po raz pierwszy słowa „ekologia” użył Ernst Haeckel w 1866 roku. Od tego czasu stało się ono niezwykle modnym, odmienianym na wszelkie możliwe sposoby, niezbędnym składnikiem wszelkiego rodzaju political correctness. Z pewnością główną przyczyną tak wielkiego zainteresowania kwestiami ochrony środowiska stało się jego zanieczyszczenie, groźba nieodwracalnych zmian klimatycznych, zagrożenia wynikające z nieodpowiedzialnego, rabunkowego korzystania z dóbr naturalnych, niebezpieczeństwo skażenia radioaktywnego itp. Ponieważ problem dotyczy w mniejszej lub większej skali wszystkich mieszkańców globu, idee wszelkiego rodzaju grup Zielonych stały się w naturalny sposób nośne, słyszalne i powszechnie akceptowane. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że takiej sposobności nie mogły przepuścić różnego rodzaju organizacje, które chciały „przy okazji” wysłać w świat nieco swoich pomysłów na powszechne szczęście człowieka. Tak poczęło się przymierze pomiędzy (na szczęście tylko niektórymi) organizacjami ekologicznymi i partiami lewicowymi bądź radykalnymi ugrupowaniami lewackimi. Tym też można tłumaczyć nierzadko spotykaną ideową opozycję aktywistów ruchów ochrony przyrody wobec nauczania Kościoła. Doszło do tego, że niektórzy z nich chrześcijaństwo obarczają winą za ukształtowanie takiej, a nie innej cywilizacji. Zarzucają, że przyznaje ono ludziom prawo do panowania nad przyrodą i zobowiązuje ich do ekspansywnego wzrostu. Carl Amery uznał wprost, że źródłem współczesnej moralności konsumpcyjnej jest biblijny nakaz panowania nad stworzeniami! Inni przypisywali religii chrześcijańskiej pogardę dla świata i nadmierne wyniesienie człowieka nad przyrodę. Oskarżali o zniszczenie pogańskiego animizmu, który przez sakralizację elementów przyrody miał skutecznie chronić je przed dewastacją. W świetle takiej tezy nie dziwi zupełnie fakt, iż z inspiracji tego typu środowisk odżywają dziś pogańskie kulty Matki Ziemi, wskrzesza się stare wierzenia panteistyczne. Na fali zainteresowania animizmem furorę robią powieści np. Paulo Coelho, o tyle groźne, że napisane w duchu modernistycznym: pod pojęcia chrześcijańskie bardzo sprytnie podkłada się sprzeczne z nimi, pogańskie treści, używając terminologii biblijnej, co prowadzi do kuriozalnych sytuacji.
Antychrześcijański charakter wielu grup ekologicznych potwierdzają także wypowiedzi jawnie uderzające w nauczanie Kościoła, m.in. żądanie prawa do aborcji, eutanazji, opowiadanie się za legalizacją związków homoseksualnych, odbierania prawa głosu Kościołowi w debacie publicznej, zepchnięcie go na margines życia społecznego. Przykładem jest na naszym polskim gruncie ścisła współpraca partii Zieloni 2004 z antyklerykalnie nastawionym Polskim Stowarzyszeniem Racjonalistów, poparcie „Apelu do polityków”, w którym zostały zawarte m.in. powyższe tezy, wspieranie inicjatyw lewej strony sceny politycznej. Co więcej, śledząc pole aktywności Zielonych 2004, analizując nazwiska działaczy lewicowych, ściśle z nimi współpracujących i przeglądając listę inicjatyw, można odnieść wrażenie, że obrona przyrody stanowi jedynie stosunkowo wąski margines tego, czym się tak naprawdę zajmują…
XI Nie śmieć!
Zarzuca się Kościołowi, że marginalizuje problem ekologii. Nie jest to prawdą. Istnieją w jego łonie organizacje z powodzeniem propagujące idee ochrony środowiska, jak np. franciszkańska organizacja REFA. Autor wspomnianego tekstu zarzuca, że „poza REFĄ w Kościele rozpoczyna się ekologiczna terra ignota”. Kościół nie musi tworzyć nowych organizacji, struktur, by wypełnić wspomniane wyżej dzieło. Wystarczy dobrze odczytać przykazanie miłości. Kwestia szacunku wobec świata natury jest wyraźnie obecna w Biblii. „On ustanowił w pięknym porządku wielkie dzieła swej mądrości (…)” – pisze mędrzec Syrach. Wyrazem dobra bytów stworzonych jest to, że „niosą zdrowie i nie ma w nich śmiercionośnego jadu ani władania Otchłani na tej ziemi” (Mdr l, 14). Księga Rodzaju mówi, iż człowiek został utworzony z prochu ziemi, a następnie umieszczony w raju, aby uprawiał go i doglądał (Rdz 2, 15). „Uprawiał”, czyli czynił sobie ziemię poddaną, życiodajną. Drugi termin – „doglądać” – znaczy chronić, strzec. Człowiek ma być troskliwym opiekunem, chronić powierzone mu we władanie Boże dzieło – nie niszczyć! Panowanie nad ziemią powinno być wzorowane na rządach króla, który mądrze i troskliwie zabiega o pomyślność poddanych (Iz 12, 2; Ps 72; Prz 8, 15).
Chrześcijańscy ekologowie w swoich działaniach kierują się zasadniczą tezą: świat jest dziełem Stwórcy, darmo ofiarowanym człowiekowi, a każdy dar – w myśl podstawowej zasady teologii moralnej – jest zadaniem! Opisanie kryzysu ekologicznego nie należy do obowiązków ani kompetencji Kościoła. Jest to obowiązek ludzi nauki. Zachwianie równowagi w przyrodzie zostało przez Kościół dostrzeżone już bardzo dawno, zanim światło dzienne ujrzał słynny Raport U Thanta. O problemach ekologii dyskutowano podczas Soboru Watykańskiego II. Mówili o tym też kolejni Papieże, proponując konkretne sposoby rozwiązywania problemów.
W marcu br. Watykan uwspółcześnił listę grzechów śmiertelnych, dodając do niej m.in. zanieczyszczenie środowiska. Warto też przypomnieć bardzo zdecydowany głos Jana Pawła II, choćby słowa wypowiedziane w homilii podczas pielgrzymki do Ojczyzny w Zamościu 12 czerwca 1999 r. : „Kiedy wędruję po polskiej ziemi (…) i kontempluję piękno tej ojczystej ziemi, uprzytamniam sobie ten szczególny wymiar zbawczej misji Syna Bożego. (…) Piękno tej ziemi skłania mnie do wołania o jej zachowanie dla przyszłych pokoleń. Jeśli kochacie tę ojczystą ziemię, niech to wołanie nie pozostanie bez odpowiedzi! Zwracam się w szczególny sposób do tych, którym powierzona została odpowiedzialność za ten kraj i za jego rozwój, aby nie zapominali o obowiązku chronienia go przed ekologicznym zniszczeniem! Niech tworzą programy ochrony środowiska i czuwają nad ich skutecznym wprowadzaniem w życie! Niech kształtują nade wszystko postawy poszanowania dobra wspólnego, praw natury i życia! Niech ich wspierają organizacje, które stawiają sobie za cel obronę dóbr naturalnych! W rodzinie i w szkole nie może zabraknąć wychowania do szacunku dla życia, dla dobra i piękna. Wszyscy ludzie dobrej woli winni współdziałać w tym wielkim dziele”.
Jan Paweł II już wcześniej, ogłaszając św. Franciszka patronem ekologów i wydając przy tej okazji dokument „Inter santos”, dał wyraźny znak: Kościół ma obowiązek bronić czystości środowiska naturalnego, podjąć współpracę ze wszystkimi, którzy realizują to dzieło. Musi być jednak zachowana odpowiednia hierarchia wartości: najpierw dobro człowieka, jego zbawienie, uwielbienie Stwórcy w Jego dziełach, integralność i nienaruszalność wartości ludzkiego życia, a dopiero potem troska o świat natury. Proces ten społeczne nauczanie Kościoła określa jako „budowanie cywilizacji miłości opartej na prymacie osoby przed rzeczą, etyki nad techniką, umiłowania tego, aby bardziej 'być’ przed dążeniem, aby więcej 'mieć'”. Na pewno warto by było uwspółcześnić rachunki sumienia o pytania dotyczące np. śmiecenia w lesie, spuszczania szamba do rzeki, niezachowywania okresów karencji w opryskach, sortowania śmieci itp. Potrzebna jest nowa odsłona przykazania miłości. Tu niewątpliwie jest wielkie pole do działania dla katechetów i kaznodziejów. Wspomniany wyżej Ruch św. Franciszka z Asyżu REFA akcentuje tzw. małą drogę prowadzącą od kształtowania indywidualnych postaw proekologicznych do konkretnych działań. Ma to wyrażać hasło: „Ekologia zaczyna się od serca”.
Święty od… psów i kotów?
Niepokój budzi pewien szczególny kompromis, jaki daje się zauważyć tu i ówdzie 4 października, w dniu wspomnienia św. Franciszka, a prowadzący do pomieszania wartości. Otóż od jakiegoś czasu w tym dniu w kościołach organizowane są obrzędy poświęcenia… psów, kotów, papug, kanarków, chomików itd. Budzi to zrozumiałe zainteresowanie mediów. Oczywiście każdy ma prawo do posiadania czworonożnego towarzysza, nawet jeśli chce, do strojenia go w kolorowe ubranka i wydawania fortuny na strzyżenie, trwałe ondulacje i psie manicure. Jego sprawa. Nie potrafię jednak znaleźć odpowiedzi na pytanie: po co wprowadzać aksjologiczny chaos? Czemu ma służyć ten szczególny „duchowy folklor”? Czy przypadkiem wtedy nie stawia się znaku równości pomiędzy człowiekiem – dziełem Boga, obdarzonym duszą nieśmiertelną, a stworzeniem, które zajmuje jednak zdecydowanie inną, niższą pozycję w porządku zbawienia? Czy nie jest to afirmacja (i sakralizacja) chorej relacji, gdzie w skrajnym ujęciu miejsce więzi międzyludzkiej zajmuje miłość do zwierzęcia? „Znaj proporcje, mocium panie”, zwykł mówić bohater Fredrowskiej komedii. Czasem zbytnio ulegamy presji, która wywraca do góry dnem właściwy porządek rzeczy. Czy tego chciał św. Franciszek i czy o to mu chodziło, gdy układał wersy „Pieśni słonecznej”? Chyba nie…
